Anglicy. Przewodnik podglądacza

przez , 20.wrz.2017, w Obyczajowe, Podróże

Jeśli zaśmiewaliście się kiedyś ze słynnego „Merde” Stephena Clarke, Anglika w Paryżu, „Przewodnik podglądacza” was zachwyci. Tym razem bowiem Brytyjczyk wziął pod lupę…swoich ziomali. Jest sarkastycznie i ironicznie, z humorem rodem z Monty Pythona, trochę czarnym i zdecydowanie autoironicznym. I jeżeli chodzi o podglądanych Anglików i samego autora. Który jest przecież Anglikiem z krwi i kości.

Matt Rudd zajmuję się tymi częściami życia, które najbardziej kojarzone są z Anglikami. Pracą (to w niej w końcu spędzamy większość naszego życia), rozrywkami, czyli słynnymi pubami i nocnym pijaństwem, golfem, piłka nożną a także wyjazdami na plażę (w końcu Anglia to wyspa, prędzej czy później trafimy na plażę). Nie omija także słynnej brytyjskiej kuchni (i wyjaśnia, dlaczego Anglicy uzależnieni są od curry) a także sypialni. To znaczy tego, co się dzieje w sypialni, choć czasami dzieje się na parkingach. Nawet jeżeli robią to na tych parkingach 70-latki (ok., wróć, nie wyobrażajmy sobie tego). Jednym słowem Rudd jest wścibski, i pełen poświęcenia, bo przejeżdża setki kilometrów, sypia w kiepskich hotelach i je niezidentyfikowane bliżej produkty tylko po to, żeby bardziej przybliżyć nam kraj, który kocha. No kocha, kocha, inaczej nie zrezygnowałby z życia na rajskiej wyspie pełnej egzotycznych owoców i pięknych kobiet. A to zrobił i od tej pory jego życie mija na szaleńczych gonitwach na dworzec i godzinach spędzanych w pociągu z – jak się okazuje – nadzwyczaj szczęśliwymi ludźmi.

W książce zajrzymy do angielskich domów, rozłożymy się na kanapach i popodziwiamy wspaniałe kuchnie, pełne absurdalnych gadżetów, takich jak przyrząd do wycinania kulek z melona. W ogrodach znajdziemy podświetlone kopie rzeźby Davida Michała Anioła, perfekcyjny trawnik w pasy, szopę stylizowana na egzotyczna chatkę i emeryta – naturystę. Zajrzymy do salonów bingo i kuchenek mikrofalowych. Spróbujemy zrobić zakupy w hipermarkecie albo na wyprzedaży rzeczy absolutnie niepotrzebnych. Napijemy się herbaty albo piwa śmierdzącego mokrą psią sierścią.

To znakomita „lekcja angielskiego”, dzięki której jesteśmy w stanie znacznie lepiej zrozumieć anglików – tych, którzy np. u nas w Krakowie biegają nago po rynku Głównym, świętując czyjś wieczór kawalerski i tych, którzy zdecydowali o Brexicie. Przy wszystkich złośliwościach, szpilkach i przytykach, jakich Rudd nie szczędzi współrodakom wniosek z książki jest jeden – Anglicy dają się lubić. Są przecież mad but brilliant – szurnięci, ale genialni.

Tytuł: „Anglicy. Przewodnik podglądacza”

Autor: Matt Rudd

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Zostaw komentarz :, więcej...

Dżender domowy i inne historie – Hubert Klimko-Dobrzaniecki

przez , 19.wrz.2017, w Obyczajowe

Jest zabawnie, przewrotnie i śmiesznie. O Polakach, Polakach na obczyźnie, związkach, stosunkach międzyludzkich i relacjach damsko-męskich. W najnowszym tomie swoich opowiadań Hubert Klimko-Dobrzaniecki wytyka palcem nasze przywary i śmieje się do rozpuku. Chociaż momentami, ma się wrażenie, trochę przez łzy.

W jaki sposób urna z prochami matki wpłynie na życie wziętego scenarzysty? Czy angielski kucharz, zagorzały fan gatunku New Romantic i legendarnej grupy ABC, aby nie przesadził ze stekami? Co ma do powiedzenia pewien Chińczyk, którego zmorą jest litera R ? Dlaczego Arab z Polakiem przespali upadek muru berlińskiego? Z jakiego powodu słowo „alibi” staje się imieniem żeńskim? W tych kilku opowiadaniach Dobrzaniecki sięga gdzieś pod powierzchnię skóry i funduje nam wiwisekcję. Głównie dotyczącą kontaktów z ludźmi. Gdzie pozorne zaangażowanie czy też jego brak pokrywa strach i pustkę, gdzie nie istnieje cos takiego jak lojalność czy zwykła uczciwość. Czy to w związkach czy przyjaźni. Przy okazji autor wykrzywia rzeczywistość czy też może raczej pokazuje nam jej fragmenty przez szkło powiększające, doprowadzając do absurdu. Czy to słynny talent Polaków do kombinowania, potrzebę ekshibicjonizmu, nawet jeśli przyjmuje on artystyczne czy pseudoartystyczne formy, demonizowanie gender czy też „dżender”. Gdzieś w tle opowiadań przewija się filozofia życiowa: „udało mi się uniknąć tradycyjnego wykształcenia, dlatego myślę samodzielnie”. „Jeżdżę na rowerze (…). W pracy i bloku podejrzewają, że jestem zboczony. A niech maja jakieś zajęcie, skoro nie lubią książek czytać”.

Trochę mi swoja narracją opowiadania Klimko-Dobrzanieckiego przypominają krótkie formy Rolanda Topora, którymi zaczytywałam się bardzo dawno temu. Momentami absurdalne, z zaskakującymi rozwiązaniami i zwrotami. Nieoczekiwaną puentą.

Dla tych, którzy cenią celność i precyzyjność krótkiej formy.

Hubert Klimko-Dobrzaniecki – pisarz, poeta, filmowiec. Zadebiutował w 2003 roku zbiorem opowiadań „Stacja Bielawa Zachodnia”. Opublikowany w 2006 roku dyptyk „Dom Róży. Krýsuvík” był nominowany do nagrody Nike.  W 2007 roku ukazały się trzy jego książki – „Kołysanka dla wisielca” i „Raz. Dwa. Trzy” oraz „Wariat”. Za „Wariata” Klimko-Dobrzaniecki otrzymał nominację do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus, za „Kołysankę dla wisielca” – do Nagrody Mediów Publicznych „Cogito”. W 2007 roku znalazł się również na liście kandydatów do Paszportów „Polityki”. W 2009 opublikował autobiografię „Rzeczy pierwsze”.

Tytuł: „ Dżender domowy i inne historie”

Autor: Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Wydawnictwo Noir Sur Blanc

Zostaw komentarz :, więcej...

Bestseller Deborah Moggach – Tulipanowa gorączka

przez , 14.wrz.2017, w Powieść historyczna, Romans

Namiętność, intryga, oszustwo, a w tle XVII-wieczny Amsterdam i coś, co jak zaraza opanowało umysły jego mieszkańców – tulipany. To prawdziwa gorączka, którą udało się zawrzeć Deborah Moggach. A „Tulipanowa gorączka” nie tylko zawładnęła umysłami czytelników, ale i okazała się inspiracją. Na ekran przeniósł ja Justin Chadwick ( reżyser m.in. filmów „Kochanice króla” i „Mandela: Droga do wolności”). Autorem scenariusza jest sam Tom Stoppard, a wśród obsady znaleźli się Alicia Vikander, Christoph Waltz i Judi Dench.

To niezwykła historia uczucia, które połączyło młodą żonę zamożnego holenderskiego kupca i zdolnego malarza. Wszystko zaczęło się niewinnie – kupiec Cornelis chce, idąc w ślady wielu holenderskich bogaczy, zamówić portret rodzinny. Cornelius kocha sztukę i piękne rzeczy, kocha także swoja piękną, młodą żonę. Jest w stanie przychylić jej nieba i żałuje tylko, że w ich małżeństwie brakuje potomka.

Malarzem zaangażowanym przez Cornelisa jest młody i zdolny Jan van Loos. Malarz nie może skarżyć się na brak powodzenia u kobiet,  jednak traktuje je instrumentalnie. Nieoczekiwanie dla siebie zakochuje się w młodziutkiej kupcowej. A ona, wbrew rozsądkowi odwzajemnia szalone uczucie.  Zbieg okoliczności sprawia, że ich romans może wyjść na jaw. Para tworzy iście szatański plan, który zagwarantuje, że Cornelis nie będzie ich szukał. Potrzebują tylko pieniędzy…

Bardzo cenię Deborah Moggach za niewymuszony, lekki styl i umiejętność pisania o uczuciach bez popadania w ckliwość i przesadę. W „Tulipanowej gorączce” autorka daje nam wszystko, czego potrzeba do wyciskacza łez – piękną, młodziutką kobietę zamkniętą w domu, służącą marzącą o lepszym życiu, romantycznego artystę i poważnego, bogatego starca, którzy marzy o rodzinie (i wielki plus – tu nie ma „złych” postaci i czarnych charakterów!). Na dodatek Moggach swobodnie maluje atmosferę bogatego, sytego Amsterdamu, miłości i sztuki, która pełniła funkcję czysto użytkową, jako inwestycja albo rozrywka (i dzięki bogu za bogatych holenderskich kupców, bowiem dzięki nim możemy dziś w muzeach oglądać przepiękne obrazy). Książka bazuje na bardzo śmiałym pomyśle, i bynajmniej nie chodzi mi tu o wątek romansu malarza z kupcową, a autorka potrafi nadać całości odpowiedniego dramatyzmu. Ciekawostką oczywiście są tulipany, dziś utożsamiane z Holandia, choć bynajmniej z tego kraju nie pochodzące i to, jak kwiat ten ekscytował zdawałoby się statecznych mieszczan.

Książka pełna kolorów i nieoczekiwanych zwrotów akcji.

Deborah Moggach jest autorką bestsellerowych powieści „Tulipanowa gorączka” i „Hotel Marigold”. „Hotel” również został zekranizowany w 2011 roku, powstała także kontynuacja tego przeboju kinowego pt. „Drugi hotel Marigold”. Moggach napisała również scenariusz do „Dumy i uprzedzenia”, nominowany do nagrody BAFTA.

Tytuł: „Tulipanowa gorączka”

Autorka: Deborah Moggach

Dom Wydawniczy Rebis

Zostaw komentarz :, , więcej...

Śledztwo po szwedzku według Johanny Mo

przez , 13.wrz.2017, w Kryminał

Helena Mobacke była kiedyś znakomitą policjantką, typowaną na najwyższe stanowiska. Jednak to z powodu pracy poniosła największą ofiarę w życiu – straciła synka. Teraz Helena próbuje wrócić do świata żywych. Potrzebuje mniej światła reflektorów i nowego miejsca i wcale nie jest pewna, czy powrót to dobry pomysł. Dostaje pozornie prostą sprawę – ktoś wpadł pod pociąg metra. Jednak wkrótce okazuje się, że ofiara prawdopodobnie została popchnięta i przede wszystkim, co dodatkowo blokuje Helenę, jest to młody chłopak… Kobieta nie może przestać myśleć o swoim synku, Antonie. Jest roztargniona i w ważnych sprawach potrafi zostawić członków swojego zespołu bez pomocy. Wkrótce mają następną ofiarę i wszyscy, wliczając w to Helenę, zdają się coraz bardziej wątpić w jej zdolność do rozwiązania sprawy.

Książka Johanny Mo to kwintesencja tego, czym jest skandynawski kryminał. Szczegółowy opis drobiazgowej, policyjnej roboty, będącej trochę kosmosem biorąc pod uwagę polskie warunki. Bohaterowie, z ich czernią i bielą i rozmaitymi słabościami, które czasem biorą górę. Nacisk na podłoże psychologiczne, wliczając w to profilowanie zabójcy. No i ten dreszczyk z gryzieniem pazurów, bo do rozwiązania wiedzie cieniutka ścieżka – kiedy wreszcie wszyscy wszystko pokojarzą?

Książka ciekawa z psychologicznego punktu widzenia, bowiem nieustająco się w niej przewija wątek utraty dziecka. Jak sobie z tym radzi i czy jest w stanie sobie poradzić rodzic? Czy obwinia siebie, czy wszystkich naokoło, czy emocje wywołują u niego wzrost agresji czy tez załamanie nerwowe? Tytuł „Tak sobie wyobrażam śmierć” odnosi się właśnie to tego wydarzenia – odejścia dziecka. A jego śmierć, niezależnie od okoliczności i wieku dziecka zawsze jest także czymś w rodzaju śmierci rodzica. Helena jest nieustannie rozdarta i w emocjonalnej rozsypce. Z jednej strony nie jest w stanie się uwolnić od przejmującego uczucia nieustającej obecności synka, z drugiej strony zdaje sobie sprawę, że rozpacz jest dla niej destrukcyjna. Kiedy jednak okoliczności sprawia, że na chwile oderwie myśli od przeszłości, zaczyna odczuwać potworne wyrzuty sumienia. Tak chyba musi wyglądać piekło… I dlatego też czytelnik odczuwa współczucie zarówno dla niej, jak i każdego rodzica z powieści, który stracił dziecko.

Dobrze się czyta.

Tytuł: Tak sobie wyobrażałam śmierć”

Autorka: Johanna Mo

Wydawnictwo Helion

 

1 komentarz :, , więcej...

Bokser w bibliotece – Jankeski fajter, Aura Xilonen

przez , 12.wrz.2017, w Obyczajowe

On się nazywa Liborio i jest meksykańskim imigrantem w Stanach Zjednoczonych. Nielegalnym. Nie ma nic, poza fatalnie opłacaną pracą u pewnego księgarza, łachami, które ma na grzbiecie i legowiskiem na stryszku księgarni. W wolnych chwilach – czyta. A, i jeszcze – potrafi szybko biegać i ma niesamowicie mocny cios… Pewnego dnia Liborio staje w obronie pięknej dziewczyny z sąsiedztwa, w której od dłuższego czasu się podkochuje. Tak rozpoczyna ciąg zdarzeń, które zmienia jego życie jak wybuch atomówki.

O młodziutkiej (ur. w 1995 roku) Aurze Xilonen mówi się, że przebojem wdarła się na literacką scenę (swoja droga przypominając bardzo swojego bohatera, który łamie przeszkody i jednym ciosem rozwala przeszkody). Za „Jankeskiego fajtera” Aura zdobyła nagrodę Premio Mauricio Achar 2015 a prawa do jej debiutanckiej książki sprzedano w USA, Holandii, we Włoszech, Francji i w Niemczech. I niesamowicie trudno jest uwierzyć i w to, że jest to debiut, i w wiek autorki – chyba tylko dlatego, że Jankeski fajter ma w sobie niesamowita energię. Wręcz nią kipi, razem z głównym bohaterem, który czasem musi ja z siebie wyrzucić po prostu biegnąc przed siebie.

Xilonen próbuje się jakoś ustawiać i szufladkować, co jest nieco irytujące, bo sugeruje wtórność, a „Jankeski fajter” to książka samodzielna, oryginalna i świeża. W Polsce najczęściej spotykanym porównaniem jest Masłowska. To porównanie o tyle zrozumiałe, że obie autorki specyficznie dekonstruują język – czy też nadają rangę języka mowie ulicznej. Bohaterowie Fajtera jako środkiem wyrazu posługują się mieszanką hiszpańsko – angielską z naleciałościami slangowymi. Specyficznym, ubogim, maksymalnie uproszczonym językiem, w którym da się powiedzieć nadspodziewanie wiele, ale też pomija się wszelkie niuanse emocji. Ten język nadaje się do przekazywania twarzą w twarz, z dodatkiem mimiki i mowy ciała ale w książce wystarczający nie jest.  Dlatego też główny bohater i narrator jednocześnie mimowolnie przechwytuje styl komunikacji z czytanych przez siebie książek, tworząc mocno oryginalną mieszankę. Aura Xilonen wskazuje (nie wiem, czy to zabieg zamierzony), jak ubóstwo języka wpływa na ubóstwo kontaktu z drugim człowiekiem i jak bardzo jednak potrzebujemy umieć nazwać to, co nas przepełnia. Liborio często tego nazwać nie umie, więc skala reakcji jest u niego prosta – ucieczka albo atak.

„Jankeski fajter” to książka ważna społecznie, zwłaszcza w czasach rosnącej, nie tylko w Stanach Zjednoczonych nienawiści do wszelkiego rodzaju imigrantów. Liborio jest sprytny, silny i ma niesamowity instynkt przetrwania. Zadowala się byle czym – i łagodnie pozwala sobie to byle co dawać. Ci, którzy go widzą, oceniają po pozorach. Meksykanin, niewiele się odzywa, pewnie przygłupi, na dodatek na pewno leniwy i bardziej przypominający zwierzę niż człowieka. Jednocześnie Aura przypomina, że istnieje coś takiego, jak niezależna od odcienia skóry ludzka życzliwość. A „Jankeski fajter” staje się czymś w rodzaju współczesnej wersji „american dream”, realizowanego przez wyrzuconych poza nawias. Liboria, obdarzonego talentem do walki. Dziewczynę na wózku, która z determinacją dąży do tego, żeby zostać prawniczką. Dziennikarkę, która w zalewie plotkarskich newsów chciałaby, choć się do tego nie przyznaje, choć trochę poprawić świat. Właściciela przytułku dla dzieciaków. Symboliczne jest to, że dla tych osób pierwszym krokiem na zbudowanie lepszego świata jest… stworzenie biblioteki.

Kawałek mocnej prozy.

Tytuł: „Jankeski fajter”

Autorka: Aura Xilonen

Wydawnictwo Znak

 

Zostaw komentarz :, , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...