Antropolog z piekła rodem – „Czarne światło”, Marta Guzowska

przez , 23.wrz.2016, w Kryminał

Jest nieprzyjemny jak doktor House i pozbawiony emocji jak Temperance Brenan. I podobnie jak popularna „Kości”, Mario Ybl jest antropologiem. Genialnym, który jest w stanie od pierwszego spojrzenia na kości opowiedzieć o chorobach i ciężkich warunkach życia ich właścicieli. I to właśnie – ciężki charakter, znakomite, dowcipne i bezczelne dialogi, wraz z jego fobiami i przyzwyczajeniami – a właściwie monologi oraz aspołeczny charakter Ybla to główny walor powieści „Czarne światło”. Choć sam fabularny pomysł to prawdziwy majstersztyk.

Do napisania  „Czarnego światła” zainspirowała Martę Guzowską praca naukowa kolegi, Maurycego Stanaszka zajmującego się tak zwanymi pochówkami wampirycznymi oraz zdaje się lektura książki „Trupia farma” (zarówno Maurycy, jak i odniesienia do farmy znaleźli się w książce). Oraz lektura Stephena Kinga, bo akcja iście makabrycznej historii się w maleńkim, sennym, na pozór nudnym aż do wymiotów miasteczku – jest to pewną nowością, bo do tej pory akcja jej kryminałów rozgrywała się poza granicami Polski. Miasteczka tego serdecznie nienawidzi główny bohater powieści, profesor Mario Ybl. Być może dlatego, że ten światowej sławy naukowiec z tegoż właśnie miasteczka pochodzi. I wciąż mieszkają tu ci, którzy go pamiętają. Pani Tereska, która sprzedaje znicze pod cmentarnym murem, koledzy z podstawówki… Wciąż tez mieszka tu matka Ybla, której ten ostatni postanowił unikać jak ognia. Nawet jeśli spotkanie z matką to zalecenie terapeuty.

Marta Guzowska znakomicie i z dużą dawką ironii oddała atmosferę zapyziałej mieściny, gdzie nadal rządzi wójt z plebanem. Praca archeologów to działo szatana i wymaga publicznych procesji połączonych z egzorcyzmami, na widok młodej dziewczyny  która wzięła ślub cywilny sąsiadki soczyście spluwają, w gminie robi się przekręty na handlu gruntami, a kobieta, która nosi spódniczki nad kolanko to Jezabel. Gdzie wystarczy pójść do piekarni, żeby mieć więcej informacji niż po obejrzeniu dziennika i gdzie nic, co kiedykolwiek zrobiłeś, nie zostanie ci zapomniane. W tymże cudownym małym miasteczku ktoś sabotuje pracę archeologów, kradnąc im kolejne szkielety z wykopalisk a Mario Ybl, mimowolnie i mocno niechętnie rozwiązuje zagadkę i odkrywa tajemnicę mieściny.

To już kolejna książka o przygodach naszego niemiłego antropologa. Niemiłego, bywa, że chamskiego, chociaż sława sprawia, że zamiast dać mu w pysk, kolejni rozmówcy traktują go jak ekscentryka. Ybl to czarny koń tej książki, a jego teksty doprowadzają do łez śmiechu. Zapewne tylko dlatego, że nie jesteśmy akurat jego bezpośrednim rozmówcą… Za stworzenie tej postaci należą się Guzowskiej wielkie brawa, bo skomasować tyle fobii i dziwactw w jednej osobie to duża sztuka. Zresztą barwnych postaci jest w „Czarnym świetle” znacznie więcej – od Ybla, cierpiącego na nyktofobię, przez porfiryka Maurycego aż po specjalistę od czarnego pijaru – wikarego. W obliczu postaci akcja blednie i pełni rolę drugorzędną.

Czytając „Czarne światło” człowiek się cieszy, że Guzowska, jakby nie patrzył poważny naukowiec, zabrała się za pisanie kryminałów. Sama w jednym z wywiadów mówiła, że archeologia i literatura kryminalna to rzeczy w gruncie rzeczy pokrewne – człowiek nigdy nie jest pewny motywów ani nie jest w stanie odtworzyć procesu myślowego, czy to mordercy czy obiekty z wykopalisk. A samo pisanie, nawet o rzeczach obrzydliwych i strasznych jest dla niej sposobem na odreagowanie.

W tej sytuacji chyba chciałabym, żeby pani Marta miała nerwową pracę…

Tytuł: „Czarne światło”

Autor: Marta Guzowska

Wydawnictwo Burda Książki

Zostaw komentarz :, , więcej...

Są rzeczy, które robić trzeba – „Wzburzenie”, Philip Roth

przez , 22.wrz.2016, w Obyczajowe

W historii literackiego Nobla Philip Roth pełni taką rolę, jak jeszcze do niedawna Leonardo DiCaprio w historii Oscara – wielokrotnie nominowany, ale jeszcze jej nie otrzymał (Leosiowi się udało, może i Rothowi się uda). W Polsce wciąż mamy trudności z uznaniem go za jednego z najlepszych współczesnych pisarzy amerykańskich, mimo niezliczonych nagród i wyróżnień. Być może przeszkadza nam jego żydowskie pochodzenie, chociaż Roth ma opinię antysemity i sam uważa się za twórcę amerykańskiego, pisze bowiem w języku angielskim. Najbardziej chyba nam jednak przeszkadza opinia dewianta i autora porno, tak bowiem kojarzą Rotha mniej zorientowani czytelnicy. Wszystko, oczywiście, przez jego najbardziej znaną, uważaną za skandalizującą powieść, czyli „Kompleks Portnoya”.

Czy Philip Roth w czasach, kiedy nastolatki zaczytują się „50 twarzami Greya” i mają dostęp do Redtube wciąż gorszy? Nie. Tym bardziej, że „Kompleks Portnoya” to ani nie jedyna jego książka, ani nie seksualne obsesje są jedynym tematem poruszanym przez pisarza. Choć ważnym, tak jak seks jest ważny w życiu każdego człowieka. Roth ma bowiem to do siebie, że pisze o tym, co nas gnębi i co nas dotyka. Porusza tematy bliskie, ale uniwersalne. Wolność wyboru. Dyskryminacja. Uprzedzenia. Do tego traktuje człowieka jako całość, bez osądzania, przyjmując go z całym dobrodziejstwem inwentarza.

„Wzburzenie” – powieść napisana w 2011 roku opisuje lata 60. i 70. ubiegłego wieku i jednocześnie jest wielkim środkowym palcem wystawionym w kierunku tych, którzy uważają Rotha za autora jednego bohatera. Marcus Messner, choć młody, jest bohaterem niezwykle dojrzałym, o sprecyzowanych poglądach i ściśle wyznaczonej, jak to dziś nazywamy, ścieżce kariery. Wydawałoby się, że tryb życia, jaki prowadzi, jest spełnieniem marzeń rodziców i nauczycieli o dobrym synu i studencie. Marcus uczy się na samych celujących, umawia się z odpowiednimi dziewczynami, nie upija się, nie pali i nie spędza nocy w podejrzanych spelunach. Mało tego – pomaga ojcu rzeźnikowi w pracy, choć niektóre czynności go brzydzą. Na przykład patroszenie. „Nacina się lekko odbyt, wpycha się rękę do środka, zbiera się wnętrzności w garść i wywleka. Nienawidziłem tej czynności. Rzygać się od niej chciało”. Ale młody Marcus wie już, że są czynności, które po prostu należy wykonać i już.

Co więc sprawia, że bohater kończy marnie? Może ostateczne przelanie czary. Ojciec dostaje ataków panicznego strachu, że chłopakowi się coś stanie. Wścieka się, że Marcus się spóźnił do domu nie dlatego, że się spóźnił, ale dlatego, że ojciec go szukał w klubie bilardowym i nie znalazł. Chłopak, który chce się uczyć w spokoju nie jest w stanie znieść wiecznych podejrzeń i wynosi się z domu i uczelni. Jednak w nowym miejscu również nie znajduje spokoju. Jeśli wyprowadza się z pokoju, bo współlokatorzy nie dają mu spać, dziekan wmawia mu, że jest konfliktowy i aspołeczny. Spokojny i poukładany Messner na siłę jest wtłaczany w role, których przyjąć nie chce. Nie obnosi się ze swoim żydowskim pochodzeniem a jednak umieszczają go w pokoju z innymi Żydami. Jest zdeklarowanym agnostykiem, ale władze uczelni z jednej strony wytykają mu żydowskie pochodzenie a z drugiej zmuszają do uczestnictwa w katolickich spotkaniach. Nie chce być członkiem żadnego studenckiego stowarzyszenia, a jednak przywódcy stowarzyszeń go sobie wyrywają. Wszyscy jakby się uparli, że pilna nauka, brak zainteresowania życiem innych ludzi i jasno sprecyzowane plany na przyszłość są DEKLARACJĄ. Dosyć aktualny problem w naszych czasach i naszym kraju, kiedy to brak stanowiska jest stanowiskiem, a ten, kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam.

„Wzburzenie” to powieść o dyskryminacji przez tolerancję. Takiej, co to mówi „przyznaj, że jesteś Żydem, przecież jesteśmy tolerancyjni”, wpycha się w sprawy, które są i powinny być naszymi osobistymi, takimi jak przekonania religijne czy życie osobiste i żąda ich upubliczniania. Jednocześnie, przy całej tej oficjalnej tolerancji świat przedstawiany przez Rotha jest genialny w tworzeniu nieoficjalnych barier. Właśnie takich jak umieszczanie osób tego samego wyznania czy pochodzenia w tych samych pokojach, mimo niezgodności charakteru, jak pełne potępienia szepty o dziewczynie, która uprawia seks, bo lubi to robić, jak niedopuszczanie osób innego koloru skóry czy wyznania do studenckich bractw. Messner nieustannie odbija się od takich barier, aż w końcu doprowadzony do ostateczności mówi gremialnie „fuck you” zakłamanemu systemowi. „Gdziekolwiek pójdziesz, zawsze się znajdzie coś, co będzie cię doprowadzać do szału” – mówi Messner.

Główny bohater za swój bunt płaci cenę ostateczną. Podobnie jak inni bohaterowie powieści Rotha, na przykład David Kepesh. Czy jest to sygnał dla czytelnika, żeby jednak łykał tę żabę i dawał się wpychać w koleiny, robiąc to, co mu się nie podoba? Zgodnie z cytatem z początku tekstu o patroszeniu kur – bo są po prostu rzeczy, które zrobić trzeba? To pytanie już do czytelnika. Ja wolę to interpretować tak, że „trzeba” odnosi się raczej do robienia tego, co uważamy za słuszne, nawet jeśli nas to dużo kosztuje.

Tytuł: „Wzburzenie”

Autor: Philip Roth

Wydawnictwo Literackie

 

Zostaw komentarz :, , , , , więcej...

Czego się nie robi dla władzy – Dusza cesarza, Brandon Sanderson

przez , 20.wrz.2016, w Fantastyka

Brandon Sanderson przyzwyczaił mnie ostatnio do potężnych tomiszcz. „Dusza cesarza” wygląda przy nich jak notatnik (chodzi i objętość, nie jakość wnętrza). Krótka forma ma jednak swoje plusy i swoje wymagania, a Sanderson udowadnia, że jest w stanie im sprostać. W krótkiej formie wymagana jest precyzja, dokładność i konsekwencja, zgrabna historia z początkiem do końca, bez rozpraszania się na wiele wątków. Tu już nie można liczyć, że czytelnik zgubi się w gąszczu, zapomni, kto był czyim pociotkiem czy tego, że osobnik najpierw posługiwał się mieczem a potem znienacka wyciągnął pistolet. W „Duszy cesarza” udało się autorowi zawrzeć całe bogactwo opisywanego świata i jego fascynującą odmienność a jednocześnie zachować dyscyplinę.

Bohaterką „Duszy cesarza” jest Shai – ktoś w rodzaju złodzieja i fałszerza w jednym, taki damki Arsen Lupin (ktoś go jeszcze pamięta?). Schwytana z powodu zdrady wspólnika Shai czeka na wyrok śmierci, bowiem Fałszerwstwo, którym się para, to mieszanina magii z religią, zakładająca istnienie duszy w każdym przedmiocie. Bluźnierstwo, które jednak działa. Dlatego doradcy cesarza przyciśnięci potrzebą, kupują usługi Shai. A ta potrzeba to…sfałszowanie duszy cesarza, który nie odzyskał przytomności po ataku skrytobójcy.

Jak zwykle u Sandersona pod magiczną otoczką kryje się drugie dno. Tym razem jest nim dwulicowość. Bo jak inaczej nazwać rezygnację ze swoich wierzeń w celu utrzymania własnych interesów? Władza i pieniądze uzależniają i są znacznie silniejsze niż wszelkie moralne obiekcje. Dlatego też Shai głęboko gardzi arbitrami, którzy z łatwością sprzeniewierzają się swoim zasadom w celu ochrony własnych interesów. A może właściwie nie mają zasad a to, co sobą prezentują to, jakby tu nazwać – zwykły marketing dla niewtajemniczonych i naiwnych?

Jak zwykle u Sandersona w „Duszy cesarza” też mamy bardzo ciekawą ideę magii, a właściwie chemii, czy też może alchemii. Fałszowanie, jak już napisałam, zakłada istnienie duszy w każdym organizmie, a każdym przedmiocie. Wystarczy ten przedmiot przekonać, że chce być czymś innym lub nakłonić do realizacji marzeń. Głupio brzmi, prawda? Ale stare, wypaczone okno wciąż pamięta, że kiedyś było pięknym witrażem i bardzo chce wrócić do tego stanu. Shai je tylko popycha w odpowiednim kierunku. To coś jak u Pratchetta nie dopuszczanie do latającego dywanu myśli, że powinien się poddać działaniu grawitacji.

Ciekawa książka o lojalności, konflikcie interesów, szczerości i tym, co kształtuje człowieka. Oraz o miłości do sztuki.

Tytuł: „Dusza cesarza”

Autor: Brandon Sanderson

Wydawnictwo Mag

 

Zostaw komentarz :, więcej...

Militarna fantastyka – Czerwień: Misja Brzask, Linda Nagata

przez , 19.wrz.2016, w Fantastyka

Czym są wojny? Sposobem na zdobycie pieniędzy przez wielkie koncerny. Wojny wybuchają najczęściej na zadupiach, bo nie zabija się własnych podatników. A dokładniej gdzie? W sumie można rzucić monetą… Poznajcie cynicznego porucznika Jamesa Shelleya, bohatera najpopularniejszego amerykańskiego reality show!

Wspomniany James Shelley jest dowódcą elitarnego oddziału Sił Lądowych Stanów Zjednoczonych, do którego trafił odpracowując karę więzienia. Za dowcip losu należy uznać, że więzienie to mu groziło za udział w pacyfistycznej manifestacji. Żołnierze cenią sobie swojego dowódcę nie tylko za cięty humor i cynizm, ale za jego niezwykłą intuicję, dzięki której podczas trwającej kilka miesięcy misji nie zginął jeszcze nikt z oddziału. Shelley jest dla nich kimś w rodzaju biblijnego króla Dawida, otrzymującego pomoc od Boga. Okazuje się, że tym Bogiem jest zbuntowana AI, której celem jest przekształcenie świata w miejsce życia szczęśliwych, małych konsumentów…

„Czerwień” to pierwszy tom militarnej SF, której akcja dzieje się gdzieś w bliżej nieokreślonej przyszłości. Książka to wyrazisty i co gorsza, bardzo podobny do naszej rzeczywistości obraz wojen pokazanych jako efekt konfliktów i walk o wpływy między wielkimi koncernami, gdzie prawda to to, co pokazują media, a najlepszy reality show powstaje z tego, co rejestrowane jest podczas rzeczywistych akcji.

„Czerwień” to mokry sen miłośników strzelanek, gdzie żołnierze zaopatrzeni są w egzoszkielety znacząco wspomagające ich siłę i wytrzymałość, gdzie emocje tłumione – lub wzmacniane są dzięki specjalnym nanoskalpom, gdzie urwane nogi łatwo można zastąpić tytanowymi protezami. Główny bohater to ktoś w rodzaju Robocopa, częściowo scyborgizowany, o sterowanych emocjach, a jednak biorący stronę tych, co maja rację. Nawet, jeśli niektórzy nazwą ich terrorystami (swoją drogą w jednym zdaniu Linda Nagata zawarła całą prawdę o terrorystach i bojownikach o dobrą sprawę. To tylko kwestia terminologii). Książka pełna jest scen militarnych potyczek, zasadzek i tajnych akcji z udziałem scyborgizowanych zwierząt, ale także analiz społeczeństwa uzależnionego od konsumpcji, odzwyczajonego od samodzielnego myślenia, łykającego medialna papkę, łatwego łupu dla pozbawionych skrupułów Demonów Wojny. Czyli finansowych magnatów. Czy da się z nimi walczyć? Nie od parady główny bohater porównywany jest do króla Dawida. Momentami argumentacja poszczególnych stron jest zbyt czarno-biała, dodatkowo jest w powieści parę scen z bohaterskich filmów o amerykańskich chłopcach, z tymi ich „yes, sir”, oszałamiająco wręcz naiwnych w wyrazie, ale przeważnie analizy nowoczesnego społeczeństwa dokonywane przez Shelleya i jego przyjaciół są zaskakująco trafne i skłaniają do refleksji. Dla mnie plusem jest także równowaga między scenami walki i opisami „toys for boys” a resztą akcji.

Linda Nagata  jest czołową przedstawicielką nanopunku, opisującego połączenie zaawansowanej nanotechnologii z ludzkim mózgiem. W 1995 roku opublikowała rewelacyjną powieść „Struktor Bohra”, za którą otrzymała nagrodę Locusa za najlepszy debiut, a w 2000 roku odebrała Nebulę za opowiadanie „Boginie”. Napisała kilkanaście powieści oraz wiele opowiadań science fiction i fantasy. „Czerwień” została uznana przez „Publishers Weekly” za najlepszą książkę 2015 roku. Jest też finalistką nagród Nebula i Johna Campbella.

Tytuł: „Czerwień. Misja Brzask”

Autor: Linda Nagata

Dom Wydawniczy Rebis

 

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Jak Pius XII planował zabicie Hitlera. Niezwykła książka Marka Rieblinga

przez , 15.wrz.2016, w Powieść historyczna

Pontyfikat papieża Piusa XII przypadł na najtrudniejsze czasy – II wojny światowej. Wielu historyków zarzucało Piusowi sympatyzowanie z Hitlerem, współudział w Holokauście czy – w najlepszym wypadku – niezwykłą wręcz powściągliwość w wyrażaniu opinii o poczynaniach nazistów. Niewielu jednak wie, że w ten sposób Pius XII ukrywał swoją główną działalność – przygotowywanie zamachu na Hitlera.

Książka Marka Rieblinga, amerykańskiego historyka, eseisty i analityka politycznego to niezwykły dokument, który czyta się lepiej niż niejedną szpiegowską powieść. „Kościół szpiegów” to zapewne też woda na młyn wszelkich zwolenników teorii spiskowych, zwłaszcza tych, którzy wszędzie węszą obecność „agentów Watykanu”. Tak, Watykan miał siatkę szpiegowską, a Pius XII był jednym z jej elementów jeszcze w czasach, kiedy nie śniło mu się o tym, że zostanie papieżem. Swoją znajomość pracy wywiadowczej oraz dyplomatyczne umiejętności zaczął wykorzystywać natychmiast po objęciu tronu Stolicy Piotrowej. A jego celem było przeciwstawienie się nazizmowi.

Milczenie Watykanu i samego Piusa XII wobec zbrodni nazizmu budziło i budzi wciąż wiele kontrowersji. Wiele osób miało za złe papieżowi, że w czasie rządów Hitlera nie używał publicznie słowa „Żyd”, unikając jak ognia wspominania o tragicznych losach Żydów z terenów zajmowanych przez nazistów. Mark Riebling zauważa jednak, że ostatni dzień, w którym papież użył słowa „Żyd” to ten sam, w którym głowa Kościoła katolickiego zdecydowała nie tylko, że Hitlera należy zabić, ale że Watykan weźmie w czynny udział w zorganizowaniu zamachu.

W „Kościele szpiegów” Riesling opisuje niezwykły wręcz spisek Niemców, w których rządy Hitlera wywoływały obrzydzenie i sprzeciw. Do tych osób należał między innymi Wilhelm Canaris, szef Abwehry, czyli niemieckiego wywiadu. To on i współpracujący z nim wysocy rangą oficerowie za pośrednictwem agenta Josefa Müllera przekazywali Piusowi XII informacje o planach aneksji Holandii, Belgii i Francji (Pius skrzętnie je przekazywał zainteresowanym rządom, choć, jak historia pokazała, bez ich większej reakcji) . To oni także przygotowali kilka prób zabicia przywódcy hitlerowskich Niemiec. Rola Piusa była zresztą znacznie większa – wykorzystywał siatkę agentów Watykanu do zdobywania i przesyłania informacji, pośredniczył w kontaktach między spiskowcami a aliantami (chodziło przecież nie tylko o zabicie Hitlera, ale i przyszłość państwa niemieckiego), wykorzystywał kościelne fundusze do ratowania europejskich Żydów czy wreszcie starał się rozwiewać skrupuły generałów, rozdartych między oficerską przysięgą a chęcią ukrócenia rządów tyrana. W swoim sumieniu Pius XII, choć zapewne kosztowało go to znacznie więcej, był znacznie bardziej zdecydowany na użycie ostatecznych środków przeciwko Hitlerowi. Choć swoje działania ukrywał niezwykle skutecznie. To działaniom Piusa XII należy zawdzięczać obalenie Mussoliniego czy też inną, słynną próbę zamachu na Hitlera, zwaną Operacją Walkiria, której dokonał Claus von Stauffenberg.

Z książki Rieblinga wyłania się obraz dwóch niezwykłych mężczyzn, stojących po przeciwnej stronie barykady. Jeden nieobliczalny, podejrzliwy, pozbawiony skrupułów, bezwzględnie dążący do celu. Drugi – ostrożny, zdający sobie sprawę z niebezpieczeństwa, na jakie naraża nie tylko najbliższych współpracowników, ale wszystkich katolików. Pius XII prowadził z Hitlerem niebezpieczną grę, w której z jednej strony wysyłał mu kartki z życzeniami urodzinowymi, a z drugiej z datków na tzw. tacę opłacał tajnych kurierów. Nigdy nie wypowiedział na głos „płomiennych słów” na temat Hitlera i nazizmu, które, jak czytamy w książce, cisnęły mu się na usta, za to czynnie wspomagał tych, którzy chcieli usunąć niemieckiego tyrana.

„Kościół szpiegów” to wymarzony materiał na film akcji. Mamy tu jezuickich agentów, wykradane plany zabezpieczeń, zamachowców ukrywających się w kościelnych kryptach, katolickiego wydawcę z narażeniem życia w małym samolocie pokonującego Alpy, aby dostarczyć wiadomości. Jednocześnie mamy dokument o największym chyba w dziejach kościoła kryzysie chrześcijańskiej moralności, która w walce ze złem szuka usprawiedliwienia dla złamania najważniejszego przykazania: „nie zabijaj”.

Tytuł: „Kościół szpiegów”

Autor: Mark Riebling

Wydawnictwo Literackie

 

Zostaw komentarz :, , , , , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...