Archiwum dla: Wrzesień, 2016

Co wy wiecie o lesie. „Sekretne życie drzew”, Peter Wohlleben

przez , 28.wrz.2016, w Bez kategorii

Będzie o morderczej wojnie i przyjaźni na wieki. Rodzicielskiej miłości i wyrzeczeniu. O sojuszach przeciwko wrogom, walce o przetrwanie i samotności która prowadzi do przedwczesnej śmierci. To wszystko znajdziemy w książce…o drzewach.

Peter Wohlleben, autor „Sekretnego życia drzew” to wbrew pozorom nie zawodowy pisarz, a leśnik. Od ponad 20 lat Wohlleben pracuje w Zarządzie Lasów Państwowych w Niemczech, zajmując się tzw. lasami pierwotnymi i wprowadzaniem w życie nowych zasad leśnictwa, opartych na ekologicznych a jednocześnie ekonomicznych podstawach. O drzewach i życiu lasu pisze z niesamowitą wręcz pasją i ogromną wiedzą, opartą o badania naukowe i wieloletnią praktykę. Jednak to, co najbardziej uderza czytelnika, to miłość, jaką autor darzy drzewa.

Opowieści Wohllebena przypominają momentami literaturę science – fiction. Czytamy o tym, jak drzewa czują i jak się porozumiewają, jak otaczają opieką swoje potomstwo i sąsiadów, jak potrafią tworzyć przyjacielskie komuny i wspierać się w potrzebie, tworzyć sojusze z innymi organizmami i zwalczać wrogów. Mało tego – drzewa mają pamięć, potrafią się uczyć i czerpać wnioski z przeszłości, a nawet przewidywać przyszłość. Czytając tę książkę uświadamiamy sobie jak mało wiemy o tych organizmach, bez których nie bylibyśmy w stanie żyć. Jak wiele im zawdzięczamy i jak mało się o nie troszczymy. Uderzające było jedno zdanie z książki mówiące, że może skoro już nauczyliśmy się walczyć o prawa zwierząt, to zadbamy też o życie zielonych braci.

Wbrew pozorom, choć życie w lasach przypomina ciężką walkę – o wodę, słońce, powietrze, cukry, odpowiednia temperaturę, przeciwko tysiącom małych i większych wrogów, od grzybów przez owady po zwierzęta, leśny ekosystem ze swoim okrucieństwem żyje w niezwykłej harmonii. Jest jeden czynnik, który tę harmonię zaburza, nawet jeśli chce dobrze. To człowiek. Robimy źle drzewom nie tylko dlatego, że je wycinamy, ale i dlatego, że je sadzimy. Pozbawiamy naturalnego środowiska, towarzystwa i wsparcia przyjaciół i rodziny. Tworzymy drzewne kaleki, skazane na krótka i pełną cierpienia wegetację – na przykład obsadzając drzewami ulice (Wohlleben o takich drzewach pisze przejmująco „dzikie dzieci ulicy”) czy sprowadzając egzotyczne rośliny do parków. A nawet w dobroci serca nasadzając lasy czy…usuwając powalone przez korniki pnie. Tę książkę koniecznie powinien przeczytać minister Szyszko i jego poplecznicy, chociaż szczerze wątpię, czy wyciągnęliby z niej jakieś wnioski.

Książka napisana jest pięknym, pełnym porównań a jednocześnie rzeczowym językiem, za pomocą którego autor jest w stanie nam objaśnić skomplikowane chemiczne czy biologiczne procesy. Las w „Sekretnym życiu drzew” to organizm, taki jak Solaris, który próbuje się z nami porozumiewać, a my, mimo wieków koegzystencji wciąż nie jesteśmy w stanie zrozumieć, o co mu chodzi.

Tytuł: „Sekretne życie drzew”

Autor: Peter Wohlleben

Wydawnictwo Otwarte

Zostaw komentarz :, , więcej...

Polska pogarda – „Lekcje anatomii doktora D.”, Wojciech Engelking

przez , 27.wrz.2016, w Bez kategorii

Młody, genialny chirurg plastyczny i pomocnik doktora Mengele. Mieszkaniec współczesnej Warszawy i lekarz, który obserwuje ostatnie chwile Auschwitz. Co ich łączy, poza nazwiskiem i zegarkiem na ręku?

Najnowsza powieść Engelkinga to nie bajka dla grzecznych dzieci. Pełna przemocy, pornografii i budząca – nie zawaham się użyć tego słowa – obrzydzenie. Bynajmniej nie przez lejące się tutaj wydzieliny, ale przez opis niebywałej wręcz pogardy dla innego człowieka. Pogardy, która uprzedmiotawia i która niszczy, fizycznie i psychicznie tych, którzy zetkną się bohaterem.

Jakub Dejman jest młody, przystojny, bogaty i sławny. Nienawidzi ludzi z wzajemnością. Jako popularny chirurg plastyczny nie głaszcze cudzych uczuć, nie zabiega o klientów, nie stara się spełniać ich zachcianek. Krzyczy „wszyscy jesteście brzydcy” a tych, którzy trafią pod jego nóż, poprawia bynajmniej nie tak, jakby sobie tego życzyli, ale tak, jak według niego jest najlepiej. To taki współczesny Übermensch, któremu satysfakcję sprawia, że może kupić sobie człowieka na własność. Że może zmusić go do nienawiści wobec siebie, a jednocześnie sprawić, że będzie wykonywał jego polecenia. Jakub kpi z obyczajowych norm i z prawnych zasad. Kupuje seks galerianek i prowadzi klinikę bez uprawnień nie dlatego, że inaczej nie może, że nikomu się nie spodoba czy jest niezdolny. Robi to, bo może. Bo czuje się bogiem.

Paradoksalnie ten, którego Engelking zestawia z Jakubem, pomocnik (dosyć niechętny zresztą) doktora Mengele w porównaniu z Warszawiakiem jest łagodnym barankiem. Po prostu żądnym akceptacji i niezdolnym do głębszego sprzeciwu. W swojej bierności jednak Jacob potrafi się przeciwstawiać takim, jak Jakub właśnie. Dla niego człowiek to nie rzecz, którą można pokroić, zniszczyć, którą się można nie przejmować, nawet jeżeli wymaga tego od ciebie otoczenie.

Zestawienie nazistowskich Niemiec ze współczesną Warszawą jest o tyle ryzykowne, że autor pokazuje palcem, jak dalece współczesny człowiek przerósł swoim okrucieństwem tych, którzy są tego okrucieństwa wzorcem. Kluczem do eksperymentów doktora Mengele czy nauczyciela Jacoba von Deymana jest rozpowszechnione przekonanie, że życie jednostki nie liczy się, jeśli mamy na celu dobro ludzkości czy rozwój nauki. Tak, to dobro ludzkości i pęd ku wiedzy są wypaczone, przejaskrawione, wynaturzone – ale wciąż są niczym w porównaniu z bestialstwem społeczeństwa XXI wieku. Bo w XXI wieku potworności dopuszczamy się z nudów, dla zabawy, bo wreszcie – tak jak Jakub właśnie – możemy. Otoczenie młodego doktora Jakuba przypomina staw z piraniami, gotowymi rozszarpać osobnika, który na chwilkę tylko straci czujność. Koledzy, kochanki i przyjaciele nie są kolegami, kochankami i przyjaciółmi – są tymi, którzy ochoczo czerpią korzyści ze znajomości, czekając tylko na najmniejszy sygnał niepowodzenia, żeby robić te same złe rzeczy, tylko BARDZIEJ. Mało tego, nienawiścią i okrucieństwem wykazują się także osoby kompletnie obce. Dlaczego? Bo każdy chce się poczuć lepszy. Engelking przejaskrawia? Bynajmniej. Wystarczy poczytać pierwsze lepsze internetowe forum żeby zobaczyć, z jaką przyjemnością Polacy skaczą sobie do gardeł, życzą śmierci i gwałtów czy obrzucają wyzwiskami. I większość z nich bynajmniej nie robi tego za pieniądze.

„Lekcje anatomii doktora D.” to bezwzględna obserwacja, kontynuująca to, o czym Engelking pisał już w „(niepotrzebne skreślić)”. Egoizm, obojętność, brak głębszych więzi, tzw. fejm choćby przez minutę, pogoń za kasą, gdzie każdy ideał ma swoją – to to, co cechuje pokolenie 20-30-latków. Z prawdziwą przyjemnością czekam tylko na głosy oburzonych hipokrytów.

Tytuł: „Lekcje anatomii doktora D.”

Autor: Wojciech Engelking

Wydawnictwo Literackie

 

Zostaw komentarz :, , więcej...

Polska Mesjaszem narodów wersja 2.0 – „Czterdzieści i cztery”, Krzysztof Piskorski

przez , 26.wrz.2016, w Fantastyka

„Krew jego dawne bohatery, a imię jego będzie czterdzieści i cztery”

Oj, co myśmy się w szkole nainterpretowali tego fragmentu! I nie tylko my, zdaje się że Wieszczem katują do dziś. I tak, katują, bo o ile poezja Mickiewicza i Słowackiego może zachwycać, o tyle kolejne sztampowe lekcje wypłukują z nich wszystko co piękne i wzruszające. Odrywając także od okoliczności, w jakich te utwory powstawały, pozbawiając nieszczęsnych uczniów całego kontekstu. Dlatego osobiście cieszę się, że ktoś podjął się próby przywrócenia tej poezji i wpisania jej na nowo w naszą kulturę. W sposób dosyć niezwykły, bo czyniąc zarówno poezję, jak i jej autorów częścią powieści…fantastycznej.

Krzysztofa Piskorskiego od dawna bardzo szanuję jako pisarza, a jego „Cienioryt” to prawdziwy majstersztyk. Miło mi więc powiedzieć, że „Czterdzieści i cztery”, choć w zupełnie odmiennym klimacie, utrzymują taki sam poziom. Książka wciąga od pierwszej do ostatniej linijki a autorowi należy się medal za zręczne mieszanie gatunków i splatanie rzeczywistości historycznej z wytworami własnej wyobraźni.

Akcja książki dzieje się w świecie, którego losy zmieniono dzięki odkryciu niezwykłej technologii – i energii przez tę technologię wykorzystywanej, czyli etheru. Ether to jednak nie tylko coś w rodzaju pary (książka bardzo mocno zresztą czerpie ze steampunka), ale także środowisko, w którym funkcjonują rozmaite wersje tej samej rzeczywistości. Ludzkość jednocześnie zatrzymała się w epoce kolonialnej, rozszerzając ją nie tylko na inne kontynenty, ale i na inne, równoległe ziemie i wykonała niesamowity skok technologiczny, któremu jednak nie dorównał skok cywilizacyjny. Niezwykłe wynalazki wciąż służą głównie wojnie i zwalczaniu siebie wzajemnie. A w środku tego wszystkiego znajduje się biedna, wykreślona z mapy świata Polska, którą zawiódł Napoleon i która w kolejnych zbrojnych zrywach próbuje wywalczyć sobie niepodległość. A sama akcja powieści rozpoczyna się, gdy na wieczorny spoczynek udaje się grupka ocalałych powstańców pod wodzą Emilii Plater….

Piskorski, jak już napisałam, znakomicie radzi sobie ze splataniem ze sobą wydarzeń realnych i fantastycznych – a trzeba powiedzieć, że epoka, na której oparł swoją powieść, czyli wiek XIX, jest jedną wielką niesamowitą historią. Dzielni podróżnicy i badacze, przemierzający cały świat, od australijskich plemion po polarne kry, metafizyczne teorie (jak chociażby ta Towiańskiego, który swojego czasu „uwiódł” Mickiewicza), naukowe hipotezy, wielcy twórcy (na przykład lord Byron, którego również znajdziemy w książce), ale i niezwykle gwałtowne ruchy polityczne czy społeczne. Socjalizm, feminizm…I tu wielkie podziękowania dla Piskorskiego, który postanowił docenić Polki tamtych czasów, niekoniecznie pełniące role tragicznych matek. To wspomniana Emilia Plater, Józefina Rostkowska czy Narcyza Żmichowska, pisarka i feministka, która posłużyła jako pierwowzór głównej postaci książki, Elizy Żmijewskiej. Niezwykle inteligentnej, wykształconej, z talentami kryptograficznymi i umiejętnościami płatnego zabójcy i talentem do poezji.

W książce, która jest o niepodległej Polsce, o prawdziwych Polakach, o narodowych wieszczach nie mogło zabraknąć także wtrętu mistycznego. To nawiązania do religii słowiańskiej, o której coraz głośniej ostatnio, wśród młodzieży i wśród rodzimych autorów, nie tylko fantastycznych. Powoli zaczynamy publicznie przyznawać, że chrześcijaństwo nie jest naszą rodzimą religią, że zostało Słowianom narzucone, wypierając wcześniejsze wierzenia. Niestety wiemy o nich bardzo mało, stąd też – nawet opisywane przez Piskorskiego- rozmaite  interpretacje tego, co wiemy… Główna bohaterka, Eliza, będąc kobietą nowoczesną na wskroś (oczywiście na miarę 1844 roku) jednocześnie pochodzi z rodu kapłanek Żmija. Wie, czym są wiły i płanetnicy, a na pomoc francuskim buntownikom wzywa duchy – swoją drogą wielkie brawa dla Piskorskiego za twórcze rozwinięcie III części „Dziadów”.

Oczywiście, „Czterdzieści i cztery” to fantastyka. Mamy więc podróże między światami przy pomocy etherowych bram, wielkie, inteligentne pasikoniki, gatunek wyspecjalizowany w zabijaniu ludzi, gadające głowy i magię krwi. Jednak to fantastyka dla tych, którzy dużo wiedzą, bo w książce aż roi się od nawiązań, odniesień i symboli. Tradycyjnie – im więcej się wie, tym więcej znaczeń się odczyta i tym większą ma się z książki przyjemność.

Tytuł: „Czterdzieści i cztery”

Autor: Krzysztof Piskorski

Wydawnictwo Literackie

 

1 komentarz :, , , , , więcej...

Antropolog z piekła rodem – „Czarne światło”, Marta Guzowska

przez , 23.wrz.2016, w Kryminał

Jest nieprzyjemny jak doktor House i pozbawiony emocji jak Temperance Brenan. I podobnie jak popularna „Kości”, Mario Ybl jest antropologiem. Genialnym, który jest w stanie od pierwszego spojrzenia na kości opowiedzieć o chorobach i ciężkich warunkach życia ich właścicieli. I to właśnie – ciężki charakter, znakomite, dowcipne i bezczelne dialogi, wraz z jego fobiami i przyzwyczajeniami – a właściwie monologi oraz aspołeczny charakter Ybla to główny walor powieści „Czarne światło”. Choć sam fabularny pomysł to prawdziwy majstersztyk.

Do napisania  „Czarnego światła” zainspirowała Martę Guzowską praca naukowa kolegi, Maurycego Stanaszka zajmującego się tak zwanymi pochówkami wampirycznymi oraz zdaje się lektura książki „Trupia farma” (zarówno Maurycy, jak i odniesienia do farmy znaleźli się w książce). Oraz lektura Stephena Kinga, bo akcja iście makabrycznej historii się w maleńkim, sennym, na pozór nudnym aż do wymiotów miasteczku – jest to pewną nowością, bo do tej pory akcja jej kryminałów rozgrywała się poza granicami Polski. Miasteczka tego serdecznie nienawidzi główny bohater powieści, profesor Mario Ybl. Być może dlatego, że ten światowej sławy naukowiec z tegoż właśnie miasteczka pochodzi. I wciąż mieszkają tu ci, którzy go pamiętają. Pani Tereska, która sprzedaje znicze pod cmentarnym murem, koledzy z podstawówki… Wciąż tez mieszka tu matka Ybla, której ten ostatni postanowił unikać jak ognia. Nawet jeśli spotkanie z matką to zalecenie terapeuty.

Marta Guzowska znakomicie i z dużą dawką ironii oddała atmosferę zapyziałej mieściny, gdzie nadal rządzi wójt z plebanem. Praca archeologów to działo szatana i wymaga publicznych procesji połączonych z egzorcyzmami, na widok młodej dziewczyny  która wzięła ślub cywilny sąsiadki soczyście spluwają, w gminie robi się przekręty na handlu gruntami, a kobieta, która nosi spódniczki nad kolanko to Jezabel. Gdzie wystarczy pójść do piekarni, żeby mieć więcej informacji niż po obejrzeniu dziennika i gdzie nic, co kiedykolwiek zrobiłeś, nie zostanie ci zapomniane. W tymże cudownym małym miasteczku ktoś sabotuje pracę archeologów, kradnąc im kolejne szkielety z wykopalisk a Mario Ybl, mimowolnie i mocno niechętnie rozwiązuje zagadkę i odkrywa tajemnicę mieściny.

To już kolejna książka o przygodach naszego niemiłego antropologa. Niemiłego, bywa, że chamskiego, chociaż sława sprawia, że zamiast dać mu w pysk, kolejni rozmówcy traktują go jak ekscentryka. Ybl to czarny koń tej książki, a jego teksty doprowadzają do łez śmiechu. Zapewne tylko dlatego, że nie jesteśmy akurat jego bezpośrednim rozmówcą… Za stworzenie tej postaci należą się Guzowskiej wielkie brawa, bo skomasować tyle fobii i dziwactw w jednej osobie to duża sztuka. Zresztą barwnych postaci jest w „Czarnym świetle” znacznie więcej – od Ybla, cierpiącego na nyktofobię, przez porfiryka Maurycego aż po specjalistę od czarnego pijaru – wikarego. W obliczu postaci akcja blednie i pełni rolę drugorzędną.

Czytając „Czarne światło” człowiek się cieszy, że Guzowska, jakby nie patrzył poważny naukowiec, zabrała się za pisanie kryminałów. Sama w jednym z wywiadów mówiła, że archeologia i literatura kryminalna to rzeczy w gruncie rzeczy pokrewne – człowiek nigdy nie jest pewny motywów ani nie jest w stanie odtworzyć procesu myślowego, czy to mordercy czy obiekty z wykopalisk. A samo pisanie, nawet o rzeczach obrzydliwych i strasznych jest dla niej sposobem na odreagowanie.

W tej sytuacji chyba chciałabym, żeby pani Marta miała nerwową pracę…

Tytuł: „Czarne światło”

Autor: Marta Guzowska

Wydawnictwo Burda Książki

Zostaw komentarz :, , więcej...

Są rzeczy, które robić trzeba – „Wzburzenie”, Philip Roth

przez , 22.wrz.2016, w Obyczajowe

W historii literackiego Nobla Philip Roth pełni taką rolę, jak jeszcze do niedawna Leonardo DiCaprio w historii Oscara – wielokrotnie nominowany, ale jeszcze jej nie otrzymał (Leosiowi się udało, może i Rothowi się uda). W Polsce wciąż mamy trudności z uznaniem go za jednego z najlepszych współczesnych pisarzy amerykańskich, mimo niezliczonych nagród i wyróżnień. Być może przeszkadza nam jego żydowskie pochodzenie, chociaż Roth ma opinię antysemity i sam uważa się za twórcę amerykańskiego, pisze bowiem w języku angielskim. Najbardziej chyba nam jednak przeszkadza opinia dewianta i autora porno, tak bowiem kojarzą Rotha mniej zorientowani czytelnicy. Wszystko, oczywiście, przez jego najbardziej znaną, uważaną za skandalizującą powieść, czyli „Kompleks Portnoya”.

Czy Philip Roth w czasach, kiedy nastolatki zaczytują się „50 twarzami Greya” i mają dostęp do Redtube wciąż gorszy? Nie. Tym bardziej, że „Kompleks Portnoya” to ani nie jedyna jego książka, ani nie seksualne obsesje są jedynym tematem poruszanym przez pisarza. Choć ważnym, tak jak seks jest ważny w życiu każdego człowieka. Roth ma bowiem to do siebie, że pisze o tym, co nas gnębi i co nas dotyka. Porusza tematy bliskie, ale uniwersalne. Wolność wyboru. Dyskryminacja. Uprzedzenia. Do tego traktuje człowieka jako całość, bez osądzania, przyjmując go z całym dobrodziejstwem inwentarza.

„Wzburzenie” – powieść napisana w 2011 roku opisuje lata 60. i 70. ubiegłego wieku i jednocześnie jest wielkim środkowym palcem wystawionym w kierunku tych, którzy uważają Rotha za autora jednego bohatera. Marcus Messner, choć młody, jest bohaterem niezwykle dojrzałym, o sprecyzowanych poglądach i ściśle wyznaczonej, jak to dziś nazywamy, ścieżce kariery. Wydawałoby się, że tryb życia, jaki prowadzi, jest spełnieniem marzeń rodziców i nauczycieli o dobrym synu i studencie. Marcus uczy się na samych celujących, umawia się z odpowiednimi dziewczynami, nie upija się, nie pali i nie spędza nocy w podejrzanych spelunach. Mało tego – pomaga ojcu rzeźnikowi w pracy, choć niektóre czynności go brzydzą. Na przykład patroszenie. „Nacina się lekko odbyt, wpycha się rękę do środka, zbiera się wnętrzności w garść i wywleka. Nienawidziłem tej czynności. Rzygać się od niej chciało”. Ale młody Marcus wie już, że są czynności, które po prostu należy wykonać i już.

Co więc sprawia, że bohater kończy marnie? Może ostateczne przelanie czary. Ojciec dostaje ataków panicznego strachu, że chłopakowi się coś stanie. Wścieka się, że Marcus się spóźnił do domu nie dlatego, że się spóźnił, ale dlatego, że ojciec go szukał w klubie bilardowym i nie znalazł. Chłopak, który chce się uczyć w spokoju nie jest w stanie znieść wiecznych podejrzeń i wynosi się z domu i uczelni. Jednak w nowym miejscu również nie znajduje spokoju. Jeśli wyprowadza się z pokoju, bo współlokatorzy nie dają mu spać, dziekan wmawia mu, że jest konfliktowy i aspołeczny. Spokojny i poukładany Messner na siłę jest wtłaczany w role, których przyjąć nie chce. Nie obnosi się ze swoim żydowskim pochodzeniem a jednak umieszczają go w pokoju z innymi Żydami. Jest zdeklarowanym agnostykiem, ale władze uczelni z jednej strony wytykają mu żydowskie pochodzenie a z drugiej zmuszają do uczestnictwa w katolickich spotkaniach. Nie chce być członkiem żadnego studenckiego stowarzyszenia, a jednak przywódcy stowarzyszeń go sobie wyrywają. Wszyscy jakby się uparli, że pilna nauka, brak zainteresowania życiem innych ludzi i jasno sprecyzowane plany na przyszłość są DEKLARACJĄ. Dosyć aktualny problem w naszych czasach i naszym kraju, kiedy to brak stanowiska jest stanowiskiem, a ten, kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam.

„Wzburzenie” to powieść o dyskryminacji przez tolerancję. Takiej, co to mówi „przyznaj, że jesteś Żydem, przecież jesteśmy tolerancyjni”, wpycha się w sprawy, które są i powinny być naszymi osobistymi, takimi jak przekonania religijne czy życie osobiste i żąda ich upubliczniania. Jednocześnie, przy całej tej oficjalnej tolerancji świat przedstawiany przez Rotha jest genialny w tworzeniu nieoficjalnych barier. Właśnie takich jak umieszczanie osób tego samego wyznania czy pochodzenia w tych samych pokojach, mimo niezgodności charakteru, jak pełne potępienia szepty o dziewczynie, która uprawia seks, bo lubi to robić, jak niedopuszczanie osób innego koloru skóry czy wyznania do studenckich bractw. Messner nieustannie odbija się od takich barier, aż w końcu doprowadzony do ostateczności mówi gremialnie „fuck you” zakłamanemu systemowi. „Gdziekolwiek pójdziesz, zawsze się znajdzie coś, co będzie cię doprowadzać do szału” – mówi Messner.

Główny bohater za swój bunt płaci cenę ostateczną. Podobnie jak inni bohaterowie powieści Rotha, na przykład David Kepesh. Czy jest to sygnał dla czytelnika, żeby jednak łykał tę żabę i dawał się wpychać w koleiny, robiąc to, co mu się nie podoba? Zgodnie z cytatem z początku tekstu o patroszeniu kur – bo są po prostu rzeczy, które zrobić trzeba? To pytanie już do czytelnika. Ja wolę to interpretować tak, że „trzeba” odnosi się raczej do robienia tego, co uważamy za słuszne, nawet jeśli nas to dużo kosztuje.

Tytuł: „Wzburzenie”

Autor: Philip Roth

Wydawnictwo Literackie

 

Zostaw komentarz :, , , , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...