Archiwum dla: Październik, 2016

Literackie trzęsienie ziemi – „Krótka historia siedmiu zabójstw” Marlona Jamesa

przez , 31.paź.2016, w Bez kategorii

Tej książki nie wolno czytać bez muzyki. Wstrząsająca, soczysta, brutalna, niezwykła – ile by się superlatyw nie napisało o powieści Marlona Jamesa, będzie ich za mało. „Krótka historia siedmiu zabójstw” to literackie trzęsienie ziemi.

Co się nam kojarzy z Jamajką? Reggae, jointy i piękne dziewczyny. Marlon James prowadzi nas jednak znacznie głębiej, w świat slumsów i wojen gangów, w których nie obowiązują żadne zasady. Spotykamy tu miejscowych donów, dziennikarzy, handlarzy prochami, prostytutki, amerykańskich agentów, kubańskich zamachowców, Micka Jaggera z kumplami i jego – Śpiewaka. Człowieka, który wprowadził dobre wajby do Kingston, którego muzyka była w stanie uleczyć ciało i duszę i który wymyślił sobie, że w Kingston można zaprowadzić peace and love. W tej roli każdy czytelnik z łatwością rozpozna Boba Marleya.

Akcja powieści zaczyna się w 1976 roku, kiedy to kilku zabójców uzbrojonych w karabiny wdziera się do domu Śpiewaka. Piosenkarzowi udaje się przeżyć, ale zamachowcy znikają i nikt nie wie, kim są. Zamach  jest centralnym punktem powieści – tym, w którym splatają się wszystkie wątki fabuły i tym, który wpływa na życie wszystkich bohaterów. Nawet tych, których w momencie zamachu w domu Marleya nie było.

Ta powieść, choć liczy sobie solidnych kilkaset stron, jest za ciasna dla wszystkich bohaterów. Marlon James z mistrzowską precyzją, choć używając niezwykle charakterystycznego języka, pełnego wulgaryzmów, za pomocą monologów i dialogów postaci potrafi pokazać czytelnikowi krwawe wojny o kasę i wpływy, nie tylko rdzennych Jamajczyków, ale światowych potęg. Bo zamach na Śpiewaka to także element zimnej wojny.

Osobną warstwę tworzy tutaj język – wielkie brawa tutaj dla Roberta Sudoła, znakomitego tłumacza, któremu udało się oddać całe jego bogactwo. Język definiujący przynależność poszczególnych bohaterów – do dzielnicy, w której się wychowali, do miejsca, w którym żyją, do celu, jaki chcą osiągnąć, do zasad moralnych, jakimi się kierują.  Język pełen wulgaryzmów i slangowych określeń, smaczny i pikantny jak kurczak po jamajsku. Ten język jest dla czytelnika przewodnikiem przez poszczególne kręgi piekła, jakim jest Kingston i okolice.

„Krótka historia siedmiu zabójstw” to historia bynajmniej nie krótka – za to pełna rozmachu, obejmująca trzy dekady i przekraczająca geograficzne granice Jamajki.  I zabójstw jest tu zdecydowanie więcej, tak jak i bohaterów, których losy przeplatają się ze sobą jak kolory w buddyjskiej mandali. To historia, przy czytaniu której z jednej strony chce się krzyczeć i zamknąć oczy a drugiej nie sposób się oderwać. Jest mordercza i wycieńczająca, ale uzależnia tak, jak biała żona.

Powieść Marlona Jamesa okrzyknięto odkryciem roku i śmiem twierdzić, że ta opinia jest zbyt krzywdząca. „Krótka historia…” to nie kolejny jednoroczny bestseller. To coś, co zostanie z nami na zawsze.

Tytuł: „Krótka historia siedmiu zabójstw”

Autor: Marlon James

Wydawnictwo Literackie

Zostaw komentarz :, , więcej...

Dziamdzia glań! Czyli Michał Rusinek opowiada o tym, czy przekleństwa są potrzebne

przez , 30.paź.2016, w Bez kategorii

Czy dzieci powinny przeklinać?

To nie jest dobrze postawione pytanie. Dzieci to ludzie, a ludzie składają się także z emocji, którym dają – bo muszą dać – wyraz. Jednym ze sposobów wyrażania emocji są ekspresywizmy, przybierające najczęściej formę tzw. przekleństw. Żeby je usunąć z języka, trzeba by wcześniej usunąć emocje. A to niewykonalne.

Książka to zachęta do mówienia wulgaryzmów czy inspiracja do kreatywnego bawienia się językiem?

Skoro przekleństw nie możemy się pozbyć, to spróbujmy się nimi pobawić. Etymologicznie rzecz biorąc „wulgarny” to po łacinie „pospolity”. Zamiast się pospolitować, spróbuj wymyślić własne słowo, które się nada do nakrzyczenia na sznurówkę, jeśli nie chce się zawiązać.

Zasób słownictwa młodych ludzi – dzieci też – mocno ubożeje. Czy książka ma być sposobem na odwrócenie tego procesu?

Aż tak daleko idących celów bym tej książce nie stawiał. Natomiast kreatywna zabawa językiem jest, moim zdaniem, bardzo pożyteczna. Proszę zwrócić uwagę, że prawdziwy „native speaker” to nie tylko bierny użytkownik języka, ale i jego współtwórca.

Skąd wziął się pomysł na wierszyki o przekręcaniu i przeklinaniu?

Przede wszystkim z obserwacji własnych dzieci, które niedawno wchodziły w świat słów. I tak samo, jak bawiły się – na różne sposoby – przedmiotami z otaczającego je świata, tak i bawiły się słowami. Mój syn stworzył nawet osobny kraj, zwany grejfrucją, którego obywatele posługiwali się wymyślonym przez niego językiem grejfruckim. Do tej pory pamiętam kilka zwrotów…

Czy Pan jako dziecko przekręcał wyrazy? Pamięta Pan jakieś przykłady?

W każdej rodzinie krążą opowieści o przekrętach; ważne, by je zapamiętywać, zapisywać. Ja bardzo długo zamiast „legenda” mówiłem „elegenda”. Widocznie wydawało mi się w tej formie bardziej eleganckie.

Prosił Pan kogoś o pomoc przy tworzeniu list przekrętów i przekleństw?

Tak, pomoli mi telewidzowie. Jakiś czas temu byłem gościem programu Dzień Dobry TVN. Zwróciłem się wówczas z prośbą do telewidzów o nadsyłanie mi przykładów zapamiętanych przez siebie. W przypadku przekrętów – zatkaliśmy serwery TVNu!

„Jak przekręcać i przeklinać” to pełna kolorów i fantastycznie ilustrowana (autorką ilustracji jest Joanna Rusinek) książeczka pełna krótkich wierszyków. W pierwszej części znajdują się te poświęcone przekręcaniu (tak, znalazłam tam także to, którego ja używałam jako dziecko), druga przeklinaniu. Wulgaryzmów jednak – jak już pewnie wywnioskowaliście z wywiadu powyżej bać się nie należy. Autor proponuje młodym czytelnikom pełne ekspresji wykrzykniki typu „dziamdzia blać” czy „O, Hellada” :-) Obu częściom towarzyszą spisy przekręceń i przekleństw no i – co ważne – miejsce do zapisywania nowych, naszych, osobistych.

Piękna książeczka zachęcająca do kreatywnej zabawy, gdzie materiałem nie jest papier i kredki, ale słowo.

Tytuł: „ Jak przekręcać i przeklinać”

Autor: Michał Rusinek.

Ilustracje: Joanna Rusinek

Wydawnictwo Znak emotikon

Zostaw komentarz :, , więcej...

Western z Mazur – „R.I.P”, Mariusz Czubaj

przez , 26.paź.2016, w Kryminał

Kryminał inspirowany westernem. Takim, co to nie ma w nim białych charakterów, za to jest tajemniczy jeździec znikąd i miejscowa rodzina Burdette, trzęsąca okolicą. A całość dzieje się na rodzimych Mazurach.

„R.I.P” to kolejna powieść o przygodach byłego policjanta, obecnie prywatnego detektywa Marcina Hłasko. Hłaskę chce zaangażować prawdziwa barrakuda prokuratury, szukająca zaginionej krewnej. Hłasko, specjalista od zaginięć wie jednak, kiedy są szanse na odnalezienie poszukiwanego a kiedy należy odpuścić. W pierwszym momencie więc odmawia. Okazuje się jednak, że miejsce, w którym ostatnio widziano zaginioną wiąże się z innym zniknięciem, sprzed 26 laty. Zniknięciem ojca Hłaski.

Mazury według Czubaja to prawdziwy Dziki Zachód, gdzie synek miejscowego bossa lubuje się w prowokowaniu awantur, a potem wzywa tatusia, który zaprowadza porządek. I jak na Dzikim Zachodzie ten porządek to ciągnięcie za koniem (pardon, samochodem, chociaż konie w powieści też się pojawiają), obcinanie kończyn, przypalanie papierosem i tego rodzaju przyjemności. Przy czym płeć ofiary nie ma żadnego znaczenia. Miejscowy – i tu mam na myśli miejsce zamieszkania, a nie zasięg) watażka trzęsie w okolicy wszystkim, od mediów po policję, nie mówiąc o właścicielach lokalnych biznesów i nikt nie jest w stanie stawić mu czoła. Do czasu, bowiem, jak się okazuje, bowiem na Koeniga (tak nazywa się biznesmen) zawziął się pewien ksiądz.

„R.I.P” to opowieść o zemście, bardzo bezwzględnej i do końca, bez bawienia się w stawianie przed wymiarem sprawiedliwości. Mściciele nie mają skrupułów, tak jak nie mieli ich przestępcy. W przeciwieństwie do westernów typu Rio Bravo, gdzie nikczemność złych charakterów jest nikczemnością, powiedziałabym, delikatną, z daleka, nikczemność w „R.I.P” jest namacalna i brutalna i dotyczy bohaterów po obu stronach barykady. „Dobrych” ludzi tutaj nie ma. To bardziej western typu „Django”.

A skoro już o „Django” mowa – Czubaj jak Tarantino wprowadza nam na scenę kilka prawdziwie groteskowych postaci, na przykład wiecznie upalonych gandzią poszukiwaczy skarbów. Jak z Tarantino jest też scena strzelaniny tuż przed kiczowatą przyczepą z hamburgerami, na której wymalowano cycata lalę. Ni z gruchy ni z pietruchy wyskakuje też lokalny guru i mistrz medytacji ze swoją sektą i upodobaniem do naturalnych halucynogenów a całość mocno zmierza w kierunku absurdu, co jest znaczącą różnicą z poprzednio opisywanymi przygodami Hłaski.

Czytać należy z przymrużeniem oka, a ja bym naprawdę chciała to zobaczyć w wersji filmowej.

Tytuł: „R.I.P”

Autor: Mariusz Czubaj

Wydawnictwo Albatros

Zostaw komentarz :, , więcej...

Żydowski król – nowa powieść Szczepana Twardocha

przez , 25.paź.2016, w Obyczajowe

Byłaby to zwykła książka o bandyckich porachunkach, o walce o wpływy i kasę, o walkach gangów. Byłaby, gdyby nie napisał jej Twardoch. I gdyby nie umieścił jej w Warszawie lat 30. ubiegłego wieku, do opisów zwykłej gangsterki dodając przy okazji swoją wizję stosunków polsko-żydowskich.

„Król” to opowieść o czasach cudnej wolności, wspominanych z nostalgia, kiedy Polska była potężna i wolna – przynajmniej w wyobrażeniach. W wizji Twardocha, i mam wrażenia, że posypią się za to na niego gromy jak na Olgę Tokarczuk – ta Polska to ostoja nacjonalizmu i nazizmu, skrajnego antysemityzmu. Tego antysemityzmu, który każe krzyczeć „Żydzi na Madagaskar” i tworzyć ławkowe getta na uczelniach, który każe szanowanemu prawnikowi mówić, że nie będzie się ubierał u krawca, który obsługuje Żyda. Od tego antysemityzmu wolna jest jedna dziedzina. I bynajmniej nie jest to nauka, humanizm, sztuka i kultura. To świat bazarowych urków i szemranych interesów, warszawskiego capo di tutti capi, który zbiera haracz od mieszkańców przestępczego światka niezależnie od tego, jakiego są wyznania. Pieniądz, jest pieniądzem, niezależnie od tego, czy banknoty czuć piwem i golonką czy cebula i śledziem.

Bohaterem książki jest Jakub Szapiro. Bokser, zawodnik, dla żydowskiej ludności bohater, bo na bokserskim ringu Szapiro rozkłada każdego zawodnika strony chrześcijańskiej, a już tego znanego z nazistowskich poglądów najbardziej spektakularnie. Dlatego Szapiro jest szanowany i dlatego kłaniają mu się i ci nowocześni i ci pejsaci. To symbol żydowskiej chwały, taki człowiek z marmuru, którego posągu bynajmniej nie kazi to, że Szapiro jest człowiekiem od brudnej roboty miejscowego kacyka. Z pomnika bohatera nie spycha Szapiro nawet to, że Jakub jest w stanie wyciągnąć z domu biednego sklepikarza i poćwiartować go, wrzucając szczątki do okolicznych glinianek. Sam Szapiro jednak, mimo pozorów króla życia we własnych oczach nieskalany nie jest. Wszystko, co robi, każda plugawość, której jest bezczynnym świadkiem powoduje, że Szapiro karleje i niknie. Dręczą go koszmary, płacze w objęciach prostytutek i wykonuje chaotyczne ruchy w celu jakiegoś wydumanego „odkupienia” grzechów.  I żeby była jasność – nawrócenie grzesznika się nie dokonuje.

Twardoch przyzwyczaił nas do znakomitych książek i „Król” jest kolejną z nich. Brutalną i naturalistyczną, a jednocześnie pełną metafor i poetycką. Obok Jakuba Szapiro przewija się przez karty powieści cały szereg fenomenalnie zarysowanych postaci, na przykład Ryfka Kij, burdelmama z luksusowego przybytku czy Pantaleon, walczący z potworem w swojej głowie i ciele. To także niezwykle barwny obraz Warszawy, z jej Kercelakiem i podejrzanymi przybytkami, w których je się serdelki zapijając lufą. Warszawy, w której bardziej niż pieniądz liczy się to, czy jesteś „stąd”.

Tytuł: „Król”

Autor: Szczepan Twardoch

Wydawnictwo Literackie

 

Zostaw komentarz :, więcej...

Anioły nie lubią ludzi – „Angele Dei”, Dariusz Domagalski

przez , 20.paź.2016, w Fantastyka

Są anioły i demony, Arka Przymierza i templariusze, ale wbrew schematowi nie chodzi o władzę nad światem. Dariusz Domagalski w swojej powieści „Angele Dei” zajmuje się raczej kwestią wolnej woli i zaufania wobec Stwórcy.

Powieść fantasy, w której głównym tematem wbrew pozorom nie są ładne obrazki, a podstawowa dla chrześcijaństwa (przynajmniej tak wydaje się mnie, humanistce i niekatoliczce) idea. Czyli, że Bóg wie co robi i należy mu zaufać, a nie podważać jego kompetencje. Jeżeli Bóg stworzył człowieka słabym i podatnym na grzechy, a także obdarzył go wolną wolą, pozwalającą mu tych grzechów uniknąć (lub się w nich tarzać, jeśli ma taka ochotę), to wara komukolwiek do kwestionowania boskiego działania. Bardzo adekwatny komentarz do rzeczywistości, w której wolna wolę próbuje się zastępować normami prawnymi, nieprawdaż? Tylko, że podważającymi boskie decyzje i wchodzącymi w boskie buty nie są rozmaici terlikowscy (z małej litery pisani, bo określam raczej stan umysłu)a byty wyższe, czyli anioły. Anioły bardzo ludzkie, bo zazdrosne o uwagę Ojca, aroganckie i dumne.

„Angele Dei” to bynajmniej nie pierwsza w polskiej fantastyce książka o hufcach anielskich i mówcie co chcecie, ale powieści Kossakowskiej w tym temacie chyba nikt nie prześcignie. I niestety także niektóre z wątków (nie będę ich zdradzać, żeby nie spojlować) są wobec powieści Kossakowskiej wtórne. Ciekawostką jest natomiast sposób prowadzenia fabuły – akcja dzieje się w czasach Nabuchodonozora, wojen krzyżowych i współcześnie. Mamy tu ludzkich strażników Arki Przymierza i strzegące ich byty wyższe, uwaga – niekoniecznie anielskie. Bo tematem tym razem jest intryga anielska – jak by tu zgładzić ludzkość i wkraść się z powrotem w łaski Boga. Przez dłuższą chwilę nie wiadomo, kto tu jest dobry, kto zły, do kogo trzeba czuć sympatię a do kogo wręcz odwrotnie, jak w dobrym kryminale. Dla mnie wyjątkowo interesujące są poszczególne anielskie postacie i brawa dla Domagalskiego za wyobraźnię. Zarówno przy tworzeniu ich atrybutów, jak i jednostkowych historii. Chociaż wciąż czekam na pisarza, który opisze anielicę (ewentualnie demonicę) jako dosyć szpetną, albo chociaż nie obłędnie atrakcyjną, z długimi nogami i pięknym biustem. No i plus za obrazoburczą ideę, że anioły również uprawiają seks (a odkrycie, kim naprawdę jest najsłynniejszy asasyn świata, Starzec z Gór, to prawdziwe zaskoczenie).

Interesujące, bez wstrząsów, z paroma niespodziankami.

Tytuł: „Angele Dei”

Autor: Dariusz Domagalski

Dom Wydawniczy Rebis

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...