Archiwum dla: Marzec, 2017

Bibliotekarski duet detektywistyczny według Lisy Hågensen

przez , 31.mar.2017, w Kryminał

To nie jest typowy szwedzki kryminał. Nie ma tu dokładnej i żmudnej policyjnej roboty, w ogóle zbrodnia jest mglista i trudna do sprecyzowania. Książka Lisy Hågensen przypomina raczej powieści Stephena Kinga, gdzie rzeczywistość miesza się z horrorem klasy B, trochę tylko jednak w książce brakuje umiejętności budowania nastroju grozy. Może przez bohaterkę, której zachowanie jest momentami wręcz groteskowe.

Jest rok 2011, koszmarne lato. Raili Rydell, bibliotekarka, dosyć nieporadna życiowo, wiecznie narzekająca na swoja tuszę i wciąż przeżywająca ostatnia miłosna klęskę spędza urlop w domku nad jeziorem w Lövaren. Okazuje się jednak, że na miejscu dzieją się dziwne rzeczy. Sąsiadowi wydaje się, że kiedyś miał psa a w domku po drugiej stronie jeziora dawniej bawiło się dziecko. Młode kobiety mieszkające w okolicy mają tendencję do zapadania na choroby psychiczne. Sama Raili nieustannie cierpi na ból głowy i wydaje jej się, że w lesie czai się coś złego. Może bohaterka machnęłaby na to ręka gdyby nie nieoczekiwana śmierć zaprzyjaźnionego sąsiada, który coś odkrył i miał jej to właśnie powiedzieć…

Jak już wspomniałam, brak w książce trochę umiejętności budowania nastroju. Główna akcja przeplatana jest fragmentami dziejącymi się ponad 300 lat wcześniej i od początku wiadomo, że we wszystkim palce – albo pazury – maczała siła nieczysta. Choć w ostateczności, skąd ta siła się wzięła jednak czytelnik się nie dowiaduje, przez co oba wątki, współczesny i ten z przeszłości jakoś się nie łączą. Mam wrażenie, że autorka za szybko wprowadziła pierwiastek niesamowity wywalając kawę na ławę, przez co przestało być strasznie. Niemniej jednak wątek demoniczny bardzo długo biegnie równolegle do kryminalnego i w nim nie przeszkadza, a część kryminalną czyta się całkiem nieźle. Głównie ze względu na osobę głównej bohaterki, niby nieśmiałej i zakompleksionej, a jednak wścibskiej, upartej, niemiłej. Raili bez skrupułów włazi ludziom do domów, nawet jak jest niemile widziana, dopomina się kawy, zadaje niegrzeczne pytania i generalnie porusza się jak słoń w składzie porcelany. Smaku dodają najlepsze w całej książce rozmowy Raili z przyjaciółką Ylvą, w których przebija sardoniczny humor.

Wątek się rwie, sporo tutaj niekonsekwencji i tak jak już wspomniałam, jak na horror – a ta książka jest jednak horrorem – brakuje trochę nastroju. Jest to jednak debiutancka powieść Lisy Hågensen, zaledwie początek cyklu przygód Raili i Ylvy. Pozostałych jeszcze nie przetłumaczono na polski, ale ponieważ jak już wspomniałam, sceny z udziałem tej dwójki są zdecydowanie najlepsze w całej  książce, pociągnięcie całej serii bazującej na wątku ich współpracy może mieć sens.

Tytuł: „A jej oczy były niebieskie”

Autor: Lisa Hågensen

Wydawnictwo Czarna Owca

 

Zostaw komentarz :, , więcej...

Konklawe – Robert Harris

przez , 30.mar.2017, w Sensacja

Umiera papież. W Watykanie gromadzą się kardynałowie, którzy mają wybrać nową głowę Kościoła Katolickiego. W zamkniętej przestrzeni Kaplicy Sykstyńskiej ścierają się frakcje, ambicje, polityka. Okazuje się jednak, że zmarły papież miał swoją wizję kościoła – ubogiego i liberalnego. Jaka rolę w wypełnieniu jego woli odegra cierpiący na kryzys wiary kardynał Lomelli, dziekan kolegium Kardynalskiego, prowadzący konklawe? I kim jest tajemniczy kardynał Benitez, patriarcha z Bagdadu, podniesiony do swojej funkcji zgodnie z procedurą, lecz w tajemnicy przed innymi kardynałami?

Choć „Konklawe” nie dorównuje jakością „Oficerowi i szpiegowi”, najlepszej według mnie książce Harrisa, to dobra książka w dobrym czasie. Na świecie głośno mówi się o kryzysie Kościoła i konflikcie między propagującym zwykłe, ubogie życie Franciszkiem a patriarchami. Harris idealnie wstrzelił się zarówno w spekulacje na temat polityki kościoła i tego, co kryje się za murami Watykanu. Jak to naprawdę wygląda nie wiemy, instytucja ta jest bowiem niezwykle dyskretna i tajemnicza, ale Harris stworzył niezwykle przekonujący obraz tego, co dzieje się podczas najgorętszych momentów jej istnienia. Wybór papieża autor potraktował jak coś w rodzaju wyborów politycznych, z lobbowaniem, przekupstwem, szukaniem haków, szantażem i rozmaitymi brudnymi gierkami używanymi zwykle w polityce. Bo nie ma co ukrywać, choć można mówić o natchnieniu, dotknięciu przez Ducha Świętego i temu podobnych rzeczach – wybór głowy Kościoła to wybór głowy państwa. Nawet więcej, bo państwo to ma niesamowity wręcz wpływ niemal wszędzie na ziemi.

„Konklawe” to świetny thriller polityczny, choć ograniczony jest do właściwie dwóch miejsc. Nie ma tu tajnych służb, wywiadów, szpiegów, całość rozgrywa się w zamkniętej przestrzeni. Sięgnął tu Harris po schemat z tradycyjnego kryminału rodem z Agathy Christie, gdzie główny bohater, mający do rozwikłania zagadkę, ma wszystkie dane w jednym miejscu, pod ręką, a tylko od jego bystrości zależy, czy znajdzie mordercę. W „Konklawe” – czy ostatecznie uda mu się odsunąć od ubiegania się o tron papieski tych, którzy nie są godni na nim zasiadać. Lamelli jest detektywem niechętnym, ale skrupulatnym i obowiązkowym do bólu. I choć sam ma o sobie złe zdanie, ze względu na kryzys wiary, okazuje się być tym „jedynym sprawiedliwym”, który przestrzega zasad.

Harris kunsztownie splótł tutaj intrygę. Czytelnikowi zdaje się, że żaden ruch, żaden krok nie jest przypadkowy. Lamelli oraz kardynałowie wypełniają swoje przeznaczenie, które zaplanował dla nich zmarły papież. Człowiek skromny, uczciwy, ale także z niezwykle jasną wizją tego, jak ma wyglądać przyszłość Kościoła Katolickiego. W miarę czytania czytelnik zdaje sobie sprawę, że bohaterowie nie mają już innego wyjścia, jak tylko zagrać do końca ustawiona partię szachów. Nie bez powodu zresztą używam tego porównania – w jednej z pierwszych scen Harris sygnalizuje, że zmarły był dobrym szachistą. I nawet po śmierci mówi „szach”, chociaż… reszty pisać nie będę, bo puenta jest niespodziewana i powiem szczerze, że trochę osłupiałam.

O Bogu jest tu niewiele, Harris jest niezwykle subtelny jeżeli chodzi o ten element powieści. Nie odrzuca całkiem elementu wiary ale także zdecydowanie stawia ją na dalszym planie wobec normalnej żądzy władzy i ambicji kardynałów. Nie ma tu także tajnych akt i templariuszy, ale są znane ze stron gazet skandale – pranie pieniędzy, nielegalne zarobki, wykorzystywanie nieletnich, polityka Kościoła wobec kobiet i osób homoseksualnych.

Tytuł: „Konklawe”

Autor: Robert Harris

Wydawnictwo Albatros

 

 

1 komentarz :, , więcej...

Pochwała prostoty – Życie pasterza, James Rebanks

przez , 29.mar.2017, w Obyczajowe

W czasach nieustannego pędu, pięcia się po głowach bliźnich aby odnieść niesprecyzowany sukces, przytłoczenie technologią i światem, którego zrozumienie zaczyna przekraczać nasze możliwości wracamy do Arkadii. Krainy prostej i surowej, gdzie szczęście to proste przyjemności i życie jak najbliżej natury. W tej sytuacji  „Życie pasterza”  Jamesa Rebanksa staje się czymś w rodzaju podręcznika odrodzenia, duchowego i materialnego.

Książka stała się wydarzeniem literackim w wielkiej Brytanii i USA oraz bestsellerem w Niemczech, Hiszpanii i Norwegii. Jej bohater i autor jednocześnie  jest mieszkańcem angielskiej Krainy Jezior, farmerem od pokoleń, kochającym tę ziemię i panujące tutaj obyczaje. Rebanks jako dziecko przerwał edukację jak tylko było to możliwe, aby poświęcić się ukochanej pracy na farmie. Potem ze względów rodzinnych przeniósł się do miasta i uzupełnił edukację, kończąc także studia na Oxfordzie. Jednak wrócił do Krainy Jezior i pracy farmera, zajmując się dziś hodowlą tradycyjnych ras owiec. Jego książka to apoteoza prostego życia, zgodnego z rytmem dnia i pór roku. Przy czym nie jest to bynajmniej kolejny podręcznik w stylu New Age czy też nowoczesnej ekologii. Rebanks nie propaguje wegetarianizmu, tańców w kręgu, ubierania się parciane worki  – żyje tak, jak żyli jego przodkowie, nie odrzucając jednak dobrodziejstw cywilizacji. Używa ciepłej wody i chemicznych środków odkażających owce, po górach porusza się quadem a nawet używa smartfona, ale  uczestnictwo techniki i cywilizacji i techniki w jego życiu jest ograniczone do niezbędnego minimum. Mieszkańcy Krainy Jezior nie żyją dla kolejnych gadżetów. Ich pasją są piękne tryki i maciorki, sukcesy na wystawach, ceny otrzymywane za najpiękniejsze egzemplarze na aukcjach i dobry, mądry pies pasterski.

„Życie pasterza” to pamiętnik człowieka, który dokonał świadomego życiowego wyboru, poświęcając się ziemi i hodowli zwierząt. Rebanks nie stawia Krainy Jezior na piedestale, nie pisze wierszy o jej pięknie, nie kreuje jej na ziemię miodem i mlekiem płynącą, gdzie tylko leży się na łóżku ze źdźbłem trawki w ustach i patrzy w przesuwające się po niebie chmury. Życie pasterza to ciężka praca , często w surowych warunkach. Z jednej strony takie życie cechuje powtarzalność w znanym rytmie pór roku i cyklu życia owiec, a z drugiej – nieobliczalność. Bo pasterz  i jego stada zależne są od natury i pogody, a te są nieobliczalne. Niełatwe są też relacje między ludźmi, dlatego regulują je niepisane, ale niezmienne zasady życie pasterskiej społeczności.

Na czym polega fenomen tej książki? Po pierwsze jej autor jest człowiekiem wykształconym a książka jest napisana pięknym językiem. „życie pasterza” czytamy więc trochę jak bajkę. Traktujemy jak wizję raju, który miał być nieosiągalny, a przecież Rebanks pokazuje, że jest na wyciągnięcie ręki. Po drugie z kart książki przebija niesamowita miłość tego człowieka do miejsca i zawodu. A trudno oprzeć się, jeśli ktoś mówi do nas z pasją. Od razu wydaje nam się, że też byśmy chcieli żyć tak jak ten człowiek, spychając gdzieś poza granice świadomości niewygodne fakty. Na przykład, że czasem nie śpi się całymi nocami, że bywa zimno, że siano jest ciężkie a zarobek niewielki i niewystarczający.

Książka Rebanksa wstrzeliła się w coraz modniejszy nurt literatury „naturalnej” – o drzewach, roślinach, zwierzętach, prostym życiu zgodnym z naturą. Już nie chcemy być jej wrogiem ani „panem stworzenia”. Chcemy być tej natury częścią, bo najzwyczajniej w świecie jesteśmy zmęczeni.

Tytuł: „Życie pasterza”

Autor: James Rebanks

Wydawnictwo Znak

Zostaw komentarz :, , więcej...

Islandia niecodzienna – Szepty kamieni, Berenika Lenard i Piotr Mikołajczak

przez , 28.mar.2017, w Podróże, Reportaż

Islandia – kraj tajemniczy, miejsce pielgrzymek tych, którzy szukają samotności, surowego klimatu i duchowego odrodzenia. Przynajmniej tak widzimy to miejsce. Autorzy książki, Berenika Lenard i Piotr Mikołajczyk zmieniają nam ten obraz Islandii. Opowiadają o skutkach prosperity i późniejszego krachu finansowego, o nieustannej walce kapitału z wartościami nadrzędnymi, takimi jak tradycja czy ochrona natury. Poruszają się szlakami opuszczonych miejsc, dawnych przetwórni i fabryk, obserwują turystyczny boom i rozmawiają zarówno z Islandczykami, jak i ludźmi, którzy się tutaj osiedlili i tutaj starają się znaleźć swoje miejsce na ziemi. „Szepty kamieni” pokazują nam nie do końca Islandię taką, jaką sobie wyobrażaliśmy, ale na pewno bardziej prawdziwą.

Islandia to wyspa wciąż aktywnych wulkanów, gdzie w każdej chwili miejsce, w którym się mieszka, może być narażone na erupcję. Kraina olbrzymich lodowców, gorących źródeł i tysięcy wodospadów. Niestety coraz bardziej zadeptana, skomercjalizowana, wyzyskiwana przede wszystkim przez tych, którzy chcą odbić sobie straty poniesione w 2008 roku. Być może pamiętają to także polscy czytelnicy, bo finansowy krach Islandii odbił się szerokim echem w całej Europie i na świecie. Islandia stała się ofiara polityki prowadzonej przez banki i instytucje finansowe a w rezultacie ich upadku zamożne – i przeważnie żyjące na kredyt społeczeństwo islandzkie z dnia na dzień potraciło dorobek całego życia, a ludziom spojrzał w oczy zwyczajny głód. Autorzy książki skutki tego krachu odnajdują do teraz, w lęku mieszkańców, w braku dalekosiężnych planów, a nieustającej niepewności dotyczącej jutra. O dziwo także odnajdują także symptomy świadczące o powrocie stanu sprzed krachu, kiedy to islandzka gospodarka toczyła się jak opona ze wzgórza, coraz szybciej i szybciej. Tym razem kołem napędowym staje się turystyka. Spokojna, tajemnicza Islandia, która gwarantowała życzliwość i samotne wędrówki stała się powodem do narzekań. Na niebotyczne ceny żywności i kwater, niewspółmierne do ich jakości.
Berenika i Piotr, autorzy bloga IceStory, mieszkają na Islandii, aby poznać prawdziwe życie tego kraju. Książka miała być opowieścią o opuszczonych miejscach stała się opowieścią o nieustannej transformacji i niespokojnym duchu. Autorzy odwiedzają takie miejsca jak Djúpavík, niegdyś jedna z największych na świecie przetwórni rybnych zatrudniająca setki pracowników, gdzie dziś mieszka garstka ludzi. Udają się także na archipelag Vestmannaeyjar. W 1973 roku wybuch wulkanu Eldfell niemal rozpołowił jedną z jego wysp i zmusił mieszkańców do ewakuacji. Wchodzą po schodach opuszczonych domów, rozmawiają z pastorem rzadko zaludnionego obszaru i badają, jaki wpływ na środowisko i ludzi miała budowa olbrzymiej fabryki aluminium. Spotykają się z ludźmi, którzy w danym miejscu żyją od pokoleń ale i nieustannymi wędrowcami. Ludźmi, którzy podnoszą się po klęskach i takimi, którzy rezygnują z walki, wyjeżdżając w bardziej przyjazne miejsce. Bo Islandia, w której wciąż podobno żyją elfy, przyjaznym miejscem dla człowieka nie jest. A bynajmniej nie takiego, który szuka łatwego życia.

To nieznane, nieopisywane w przewodnikach i nie ukrywajmy – pełne smutku oblicze Islandii.

Tytuł: „Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii”

Autorzy: Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak

Wydawnictwo Otwarte

 

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Najsłynniejszy miś świata powraca! Nowe przygody Kubusia Puchatka

przez , 27.mar.2017, w Młodzieżowe

Najsłynniejszy miś świata, czyli Kubuś Puchatek, ma już 91 lat! Nieprawdopodobne, prawda? A jednak. Kubuś swoje urodziny obchodził 18 stycznia, podobnie jak autor książek o nim, A.A. Milne.

To, jak wielką popularność zdobyły przygody Misia o Bardzo Małym Rozumku jest dowodem na to, że da się stworzyć ponadczasową historię, z której czytania czerpie radość już trzecie pokolenie. Książki Milne’a interpretuje się z punktu widzenia psychologii, filozofii czy religii. Kubuś i ferajna odnaleźli swoje miejsce w zen i tao a nawet biznesie i marketingu. Miś tez jest jedna z najlepiej zarabiających fikcyjnych postaci (lepiej od niego zarabia tylko Myszka Miki) – 6 miliardów dolarów. Puchatek ma też swoją gwiazdę w Hollywood Hall of Fame.

Postać Kubusia jest tak popularna, że Miś żyje już własnym życiem. Śmierć Milne’a  (w 1956 roku) stała się tylko drobną przeszkodą w tworzeniu kolejnych przygód Puchatka. Olbrzymia zasługę ma w tym wytwórnia Disneya, dysponująca prawami do wizerunku – i czerpiąca z tego powodu oczywiście kolosalne zyski. Jednak oprócz filmowych adaptacji przygód i całych ton maskotek, koszulek i rozmaitych gadżetów powstają także literackie kontynuacje. Tak jak ta, która ukazała się na świecie w 2016 roku, w rocznicę pierwszego wydania, a w Polsce ukaże się 29 marca, „Najnowsze przygody Kubusia Puchatka”.

Autorami czterech nowych przygód są Paul Bright, Jeanne Willis, Kate Saunders i Brian Sibley. Autorem ilustracji, także utrzymanych „w klimacie” jest Mark Burgess, angielski pisarz i ilustrator literatury dziecięcej.

Tłumaczem polskiego wydania „Nowych przygód Kubusia Puchatka” jest Michał Rusinek. Udało mi się z nim porozmawiać na temat Kubusia i trudności w tłumaczeniu.

Rozmowa z Michałem Rusinkiem

- Czytał Pan Kubusia Puchatka w dzieciństwie?

Och, oczywiście! Najpierw mnie czytano i wtedy również zdaje się trochę podgryzałem tę książkę. Ten mój egzemplarz ciągle mamy w domu i jest on leciutko nadgryziony, być może właśnie przeze mnie. Chłonąłem też oczywiście ilustracje. Coś się takiego działo między ilustracjami Sheparda a tekstem Milne’a, że… były kongenialne.

- Jak Pan podszedł do zadania, jakim było przetłumaczenie nowych przygód Puchatka? Czuł Pan tremę? Tłumaczenie przygód Kubusia to duża odpowiedzialność.

Trema to nie jest właściwe słowo. Już kolejny raz wchodzę w te buty – najgorszy był pierwszy, kiedy tłumaczyłem wiersze Milne’a. Bo oprócz Kubusia Puchatka i Chatki Puchatka Milne napisał dwa tomy wierszy dla swojego syna, Krzysia. Wybór tych wierszy pt. „Wiersze dla Krzysia” ukazał się, kiedy byłem mały i były to przekłady Ireny Tuwim i Antoniego Marianowicza, absolutnie najwyższa półka. Przy czym były to nie tyle przekłady, ile właściwie spolszczenia. I to było dla mnie najtrudniejsze. Dlatego, że do tej pory bardziej pamiętam ich wersje niż swoje. Musiałem wymazać z pamięci to, co pamiętam i przetłumaczyć wszystko od zera. Z drugiej strony, było to szalenie inspirujące, bo to wielka rzecz dla tłumacza tłumaczyć teksty, które są genialne i są punktem na horyzoncie, w kierunku którego trzeba iść, jeśli samemu się chce pisać wierszyki dla dzieci. To była właściwie moja pierwsza książka dla dzieci – przekłady Milne’a. Przełożyłem również pierwszą kontynuację, „Powrót do Stumilowego Lasu” Davida Benedictusa dla Naszej Księgarni. Więc przy nowej książce miałem przetarte szlaki, sam je sobie poniekąd przetarłem. Teraz były dwie trudności. Po pierwsze, genialny oryginał, który jest szczególny, a po drugie – rytm, idiom Ireny Tuwim. Umówiłem się z wydawcami, że tak jak ta książka, dosyć specjalna zresztą, jest napisana w duchu Milne’a, tak ja będę tłumaczył w duchu Ireny Tuwim. Dostałem zgodę na posługiwanie się wymyślonymi przez nią określeniami, więc na szczęście Las jest Stumilowy a nie Stuwiekowy, a Hohonie to są Hohonie a nie jakieś Hefalumpy.

- Kubuś i jego przyjaciele posługują się specyficznym językiem. To są charakterystyczne określenia, przekręcenia, rymowanki… Sprawiało to Panu trudność?

- To akurat nie jest problemem, bo jeśli się od dziecka przebywa w towarzystwie postaci Milne’a,, to mniej więcej się wie, jak się zachowa Kłapouchy, jakim językiem posługuje się Królik, który, jak wiadomo, ma ADHD i że zawsze gdzieś może wbryknąć Tygrysek. Język nie jest problemem. Trudnością, ale nie dla mnie jako tłumacza, tylko dla autorów tej książki jest to, że są to postacie doskonale przewidywalne. One są tak fantastycznie skrojone przez Milne’a, że jak tylko się pojawiają, to wiemy, jak się zachowają w danej sytuacji i co powiedzą. Dlatego zarówno Benedictus w poprzedniej kontynuacji, jak i autorzy obecnej – w jednym opowiadaniu wprowadzają nową postać. I to jest dobry zabieg, bo wprowadza nowy język, nowy sposób zachowywania się. Ale też starzy bohaterowie mogą się w nowej postaci przejrzeć i „zweryfikować” swoje zachowania.

- Powiedział Pan, że ta książka jest specjalna.

Kiedy pierwszy raz przeczytałem tę książkę po angielsku powiedziałem sobie, że jest prawie nieprzetłumaczalna. Większość żartów to żarty językowe, bardzo głęboko „wgryzione” w język angielski. Niektóre z nich są nawet narysowane. To było dodatkowe utrudnienie. Ale wziąwszy głęboki wdech postarałem się z tego wybrnąć. Rymowanki mnie nie przerażają, bo lubię rymować, ale – myślę, że jedną rzecz możemy zdradzić – w ostatnim opowiadaniu jest żart słowny. Kubuś gdzieś słyszy, że każda rzeka ma swój sos. ‘Source of the river’ oznacza źródło rzeki. Przy czym Kubuś słyszy to nie jako ‘source’ a jako ‘sauce’, sos właśnie. Więc rusza na poszukiwanie Sosu rzeki, co jest nieprzetłumaczalną grą słów, a na dodatek obok mamy jeszcze narysowaną sosjerkę. Próbowałem z tego wybrnąć, historia mnie rozliczy. Młody czytelnik mnie z tego rozliczy.

Boi się pan odpowiedzialności przed czytelnikiem? Młody czytelnik jest najbardziej surowy.

- Oczywiście. Młody czytelnik jest najsurowszy, jest także wspaniałym krytykiem. Gdy tłumaczyłem wspominane już wierszyki Milne’a, testowałem je na swojej córce, bo syn był jeszcze za mały. Jeżeli po wysłuchaniu powiedziała „he he he”, to oznaczało, że przekład jest dobry, a jak mówiła „coooo?”  to trzeba było tłumaczyć jeszcze raz. Niestety dzieci mi wyrosły i nie mam na kim testować. Jestem skazany na spotkania autorskie i ocenę post factum. Drżę.

Co jest trudniejsze – bycie autorem czy bycie tłumaczem?

To zależy, co się robi. Ja jak Królik mam ADHD i czasem bardzo mnie nuży tłumaczenie. Już się nie rzucam na tłumaczenie dużych, grubych książek. Ale jeśli ktoś chce pisać, pisać dla dzieci, to dobrze jest zacząć od tłumaczenia, bo ono daje warsztat. Daje też lekcję pokory, bo nie jesteśmy autorem, gwiazdą. Nie możemy sobie pozwolić na dowolność, ale musimy książkę „spolszczyć” i opowiedzieć ją takim językiem, który dzieci zrozumieją i który jakoś do nich dotrze. Literatura dla dzieci dosyć szybko się starzeje, bo dosyć szybko zmienia się język. Dlatego dobrze jest robić na nowo przekłady, odświeżać, odkurzać. Książka czasem w innych krajach trwa dłużej dzięki przekładom. W jej kraju starzeje się jej język. Nowoczesne przekłady Fredry mogą bawić dzieci angielskie, a Fredro coraz mniej bawi dzieci polskie, bo jest pełen niezrozumiałych słów i zwrotów. A wracając do pani pytania: proponowałbym więc stosować płodozmian.

- Kubuś ma już ponad 90 lat. Powiedział Pan, że literatura dla dzieci szybko się starzeje – sądzi Pan, że współczesny młody czytelnik odnajdzie się w Kubusiu?

- Absolutnie. Starzeje się warstwa językowa, a nie starzeje się dobrze skrojona postać. Siłą tej książki, tej serii książek są przede wszystkim postaci. Są zrobione według starożytnego toposu, wzorca, którym jest połączenie starca i dziecka. To gwarantuje, że książka może być czytana na różnych poziomach. Mogą ją czytać dorośli – są przecież interpretacje religioznawcze, filozoficzne, psychologiczne Kubusia Puchatka – ale i dziecko. To może być tez książka wielopokoleniowa. Może stać spokojnie na półce i być czytana przez kolejne pokolenia. Moje dzieci czytały „Kubusia Puchatka”, tego nadgryzionego przeze mnie. I wiele wskazuje na to, że także ich dzieci będą go czytały…

Tytuł: „Nowe przygody Kubusia Puchatka”

Autor: Brian Sibley, Kate Saunders, Jeanne Willis, Paul Bright

Ilustracje: Mark Burgess

Wydawnictwo Znak

 

 

 

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...