Interesuje mnie historia codzienności – rozmowa z Katarzyną Kwiatkowską, autorką kryminałów retro

przez , 03.mar.2017, w Kryminał, Powieść historyczna

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Najnowsza powieść Katarzyny Kwiatkowskiej, „Zgubna trucizna”, ukaże się niebawem nakładem Wydawnictwa Znak. Z autorką rozmawiamy o fascynacji czasami zaborów, Wielkopolską i Agathą Christie.

 

Skąd się wziął pomysł na pisanie kryminałów retro? Poszła pani za modą? W Polsce to gatunek popularny; mamy Krajewskiego, Wrońskiego, Szymiczkową;

Nigdy nie pisałam do szuflady, nie planowałam zostać pisarką. Przez wiele lat moje życie wypełniała praca. Gdy pewnego dnia musiałam  z tej pracy zrezygnować, okazało się, że nagle mam czas. Postanowiłam więc napisać książkę. To miała być tylko jedna książka, może dla sprawdzenia siebie, może dla zapełnienia czymś luki, która się pojawiła.

Kryminały są w Polsce rzeczywiście niezwykle popularne, zdecydowanie więcej jednak powstaje kryminałów osadzonych we współczesności i gdybym szła za modą, wybrałabym ten typ. Moja decyzja nie miała nic wspólnego z modą. Podobno każdy pisze to, co sam chciałby przeczytać, ja więc postanowiłam napisać kryminał, bo to mój ulubiony gatunek, od początku też wiedziałam, że akcja będzie się rozgrywać w przeszłości. Od wielu lat interesuję się historią, ale historią codzienności: ciekawi mnie życie zwykłych ludzi, ich sprawy i obyczaje, domy i otaczające ich przedmioty.

Od początku było też jasne, że terenem akcji będzie Wielkopolska.

Podobno fascynuje Panią historia Poznania?

Dokładnie mówiąc: Wielkiego Księstwa Poznańskiego, czyli tworu, który oficjalnie istniał do roku 1848, ale w świadomości Polaków przetrwał do 1918 roku. Nikomu przez usta nie przeszłaby poprawna nazwa: Provinz Posen.

Interesuje mnie w mniejszym stopniu historia złożona z faktów, a raczej tradycje i życie  ziemiaństwa, a także mentalność, bardzo odmienną od tej występującej w pozostałych regionach. Chodzi mi przede wszystkim o postawę nacechowaną kultem pracy i oszczędności, a postawa ta ostateczny kształt przybrała  na przełomie XIX i XX wieku jako reakcja na naciski germanizacyjne zaborcy. Ten czas należy zresztą do najciekawszych w tutejszej historii i próbuję go przybliżyć, opowiedzieć o codziennym życiu Polaków pod niemieckim panowaniem.

 „Zgubna trucizna” jest dosyć mocno umocowana w konkretnym czasie i związana z konkretnymi osobami.

Moje dwie pierwsze powieści były raczej kryminałami retro, natomiast dwie ostatnie, Zbrodnia w szkarłacie i Zgubna trucizna, to bardziej kryminały historyczne. W pierwszych dwóch nie opisywałam konkretnych wydarzeń i mogłyby zostać umiejscowione w dowolnym czasie między 1880 a 1910 rokiem. Potem postanowiłam mocniej zakotwiczyć akcję w czasie, bardziej połączyć ją z autentycznymi wydarzeniami. Dlatego już na wstępnym etapie planowania wyszukuję specyficzne dla regionu zjawisko czy organizację, które pozostają nieznane lub znane tylko z lekcji historii. W przypadku Zgubnej trucizny wybrałam  wielkopolską spółdzielczość – wszystkim nam kołacze się w pamięci ksiądz Wawrzyniak i Związek Spółek Zarobkowych, ale to puste nazwy. Starałam się choćby skrótowo przedstawić znaczenie organizacji dla regionu i samą zasadę działania.

Dużo czasu Pani spędza na sprawdzaniu detali historycznych? W książkach jest ich mnóstwo, wliczając w to elementy stroju, już nie mówię o kwestiach technicznych, takich jak druk czy ekonomia. Jak wygląda zbieranie materiałów?

Wiadomości o epoce gromadzę właściwie cały czas. Od pierwszej książki zbieram informacje w kilkunastu tematycznie podzielonych plikach. Te pliki cały czas się powiększają. Posiadam sporą kolekcję albumów ze zdjęciami dworów, całe roczniki „Tygodnika Ilustrowanego”, wiele tomów wspomnień i opracowań ogólnych. W ogóle większość  moich lektur pochodzi z szeroko pojętego XIX wieku lub dotyczy tego okresu, dzięki temu żyję problemami tamtych ludzi i pozostaję w kręgu ich spraw, chłonę atmosferę.

Gdy decyduję się na przedstawienie w książce jakiejś organizacji, np. Związku Spółek Zarobkowych, oczywiście ta wiedza wymaga bardzo znacznego pogłębienia. Wtedy zaglądam do opracowań historii Wielkopolski i z umieszczonej bibliografii wybieram tytuły, które mogą pomóc mi opracować temat. Potem następuje czytanie, streszczanie, dobieranie faktów.

W przypadku Zgubnej trucizny szczegółowego opracowania – oprócz spółdzielczości – wymagały też technika druku i fałszerstwa banknotów. W tym ostatnim opierałam się na amerykańskich książkach, których tytuły wymienione są w powieści jako lektury Jana. Po raz pierwszy też tyle uwagi poświęciłam strojom – z racji zajęcia jednej z głównych bohaterek – i tu pomocne okazały się „Tygodnik Mód i Powieści” i „Bluszcz”.

I muszę przyznać, że to wyszukiwanie detali i ciekawostek z najróżniejszych dziedzin jest niezwykle fascynujące.

Skąd się wziął Jan Morawski?

Nie pamiętam, szczerze mówiąc. Pamiętam natomiast, że początkowo zamierzałam obdarzyć go jakąś psychozą czy zabójczym nałogiem. Ale potem stwierdziłam, że na tle trudnych postaci, w które obfituje współczesna literatura, Jan będzie bardziej się odcinał bez tego balastu. Narodził się więc zwykły człowiek, bez specjalnych traum, kompleksów; miły człowiek, którego cechą charakterystyczną jest wielka wyrozumiałość. Jan, niczym molierowski Filint, zdolny jest pojąć prawie każde szaleństwo i dziwactwo. Żyje według własnych zasad, ale szanuje zasady innych. Potrafi korzystać z czyichś zalet towarzyskich, ale zachowuje sąd o charakterze. Zwłaszcza ta ostatnia umiejętność, którą niektórzy mogliby nazwać hipokryzją, przydawała się w skrępowanych konwenansami czasach, gdy każdy skazany był na towarzystwo mniej lub bardziej nieznośnych osób.

Mimo jednak tej wyrozumiałości, można go wyprowadzić z równowagi i kilku osobom to się udało.

Skąd czerpie Pani pomysły na kolejne zagadki?

Zawsze zaczyna się od ustalenia „kto kogo i dlaczego”, a pomysłów dostarcza otoczenie, wystarczy trochę poobserwować, szczególnie sytuacje konfliktowe i wzajemne relacje kilku osób blisko ze sobą związanych. Trawiona zazdrością kobieta zmuszona pracować u krewnych. Zaślepiony ojciec stawiający jedno z dzieci na piedestale. Narkomanka podporządkowana psychopatce. Dziadkowie zafascynowani wnukami, a jednocześnie nienawidzący synowej. Wszystko to występuje w naturze.

Drugim źródłem pomysłów są przeczytane książki, a zwłaszcza obmyślane dla nich zakończenia alternatywne.

Gdy wiem, kto kogo i dlaczego, zaczynam na tym fundamencie budować cały gmach.

Porównuje się Panią z Agathą Christie. To podobno ona Panią zainspirowała do tworzenia kryminałów. Zgadza się Pani z tym porównaniem? To pochwała czy wyzwanie?

I pochwała, i wyzwanie, ale przede wszystkim tzw. niedźwiedzia przysługa. Takie porównania odbierane są jako uzurpacje, wzbudzają więc sprzeciw i niechęć czytelników. Włącza się mechanizm zaprzeczania: „Nowa Agatha Christie? Co za bzdura?”, i zaczyna się wyszukiwanie błędów, niedociągnięć, które mają dowieść, że tytuł nadano niezasłużenie. A ci czytelnicy, którzy nie szukają potknięć, podchodzą do książki z tak wygórowanymi oczekiwaniami, że nikt nie byłby w stanie im sprostać.

Moim zagadkom daleko do genialności pomysłów Królowej Kryminału, zdecydowanie natomiast bogatsza jest w moich książkach warstwa historyczna i obyczajowa. Przyznaję też, że przygodę z kryminałem rozpoczęłam – jak większość z nas – od powieści pani Christie; było to chyba „Morderstwo w Orient Expresie”.

Myślę, że nie ma polskiej Agathy Christie. Agatha Christie była jedna i ponadnarodowa. Stworzyła pewien wzorzec, kryminał uniwersalny, pchnęła ten gatunek na nowe tory i korzystają z tego pisarze na całym świecie. W tym sensie można powiedzieć, że każdy autor kryminałów w pewnym stopniu inspiruje się bądź tylko inspirował się twórczością Agathy Christie.

Podsumowując zatem: to porównanie jest komplementem, ale nie bardzo prawdziwym, w sumie więc wyrządza więcej szkody niż przynosi korzyści.

:, , ,

Odpowiedz

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...