Kryminał

Zabawa w kryminał – Morderstwa w Somerset, Anthony Horowitz

przez , 02.lis.2017, w Kryminał

Zagadka w zagadce, literacka zabawa z kryminalnym sznytem, pełna nawiązań, odniesień i aluzji. Dobra lektura zarówno dla wielbicieli kryminałów, jak i miłośników wszelkiego rodzaju rebusów czy anagramów – i śmiem powiedzieć, że im więcej wiecie o kryminałach, tym większą zabawę będziecie mieli. Horowitz, bo o nim mowa, bawi się konwencją, gra z czytelnikiem i co zabawniejsze, sam ze sobą.

Bohaterką powieści jest  Susan Ryeland, redaktorka londyńskiego wydawnictwa. Kobieta otrzymuje od swojego szefa wydruk najnowszej powieści Alana Conwaya, słynnego pisarza, autora niezwykle popularnej serii kryminalnej. Tylko że powieść jest niedokończona. Susan rusza na poszukiwanie zaginionej części, przy okazji stając oko w oko z zupełnie realnym tajemniczym zgonem.

Jakby tu powiedzieć…przyjemności „Morderstwa w Somerset” dostarczają na wielu poziomach – w tym także zapewne na takich, których jeszcze nie odkryłam. Po pierwsze to kryminał w kryminale – kryminałem jest niedokończona powieść, utrzymana w klimacie spokojnej angielskiej prowincji, nawiązująca atmosferą, tytułem do znanego serialu kryminalnego „Morderstwa w Midsomer” – tu właśnie Horowitz bawi się swoją własną twórczością, bo to przecież on był scenarzystą tego serialu. Zresztą to nie jego jedyny psikus – w książce występuje także jako potencjalny scenarzysta serialu na podstawie powieści Alana Conwaya czy wreszcie jako dziennikarz, który robi z nim wywiad. Po drugie – kryminałem są poszukiwania Susan brakujących stron powieści i odkrywanie prawdy o Alanie Conwayu. Konwencja „romantycznego, prowincjonalnego” kryminału zderza się z rzeczywistością – i to w pewnym momencie nawet całkiem realnie, bo w pewnym momencie dziewczyna prowadzi arcyciekawą rozmowę na temat realiów prowadzenia śledztw z pewnym policjantem. Z jednej strony mamy tutaj pasjonująca zagadkę – a nawet dwie, z drugiej strony Susan jako redaktorka objawia nam tajniki budowania konstrukcji klasycznego kryminału oraz ścieżki, jakimi podążają umysły największych detektywów.

Dodatkowe bonusy to opis całkiem współczesnej angielskiej prowincji, zabawa nazwami (czyli np. skąd Alan Conway brał nazwiska swoich bohaterów?) oraz tradycyjnymi kryminałami Agathy Christie (to się jakoś wiąże z rymowanką na okładce) i Conan Doyle’a. To także trochę, tak mimochodem refleksja na temat współczesnej kultury i roli marketingu.

Dobra zabawa.

Tytuł: Morderstwa w Somerset

Autor: Anthony Horowitz

Dom Wydawniczy Rebis

1 komentarz :, , więcej...

Philip Marlowe powraca

przez , 30.paź.2017, w Kryminał

Nic nie ma takiego uroku, jak amerykański noir. Zmrok, zapach whisky i papierosów, on zarośnięty, ona blond i krwistą szminką na ustach. No i najlepiej, żeby on nazywał się Philip Marlowe… Niestety, Chandler był tylko jeden.

Był jeden, ale za to ma naśladowców. Przypomina mi się tutaj Sophie Hannah, która wskrzesiła Herculesa Poirot na zlecenie spadkobierców Agathy Christie. Raymond Chandler z kolei ma Benjamina Blacka. A właściwie znanego irlandzkiego scenarzystę i pisarza Johna Banville, zdobywcę wielu nagród, m. in. Nagrody Bookera za powieść The Sea.  Jako Benjamin Black autor zajmuje się kryminałem a tym razem postanowił sięgnąć po klasykę gatunku. Zainspirowany m. in. tytułami nienapisanych książek, pozostawionymi przez Raymonda. Między nimi była właśnie „Czarnooka blondynka”.

Z kontynuacjami bywa tak, że albo autor usilnie stara się wejść w buty pierwowzoru i najczęściej coś zgrzyta, albo stara się trzymać raczej klimatu i pewnego kierunku, nadając mu własne wykończenie. Tu mamy casus drugi, bo Marlowe Blacka jest trochę mniej wymięty i właściwie tylko raz solidnie skacowany, ale wciąż odczuwa pociąg do butelczyny, spędza życie głównie w barach i ogląda się za pięknymi kobietami. Z rzadka używa broni palnej i nie jest chętny do bitki, chociaż oczywiście, jak to w noir bywa – musi oberwać, najlepiej w twarz. Marlowe Blacka oczywiście zostaje wmieszany w gangsterskie porachunki, choć stara się trzymać od nich z daleka – i rozgrywki między bogaczami, którzy mogą wszystko.

Znakomity klimat podupadłych spelunek, podejrzanych klubów i rezydencji bogaczy. Świetna kreacja głównego bohatera, właśnie z osobistym sznytem Blacka. Jego Marlowe także ma własny kodeks honorowy, który mu dyktuje (czasem nierozsądne) wybory. No i oczywiście jest femme fatale i nierozważne, groźne zauroczenie.

Nieźle się czyta, świetna zabawa.

 

Tytuł: „Czarnooka blondynka”

Autor: Benjamin Black

Wydawnictwo Albatros

1 komentarz :, , , , więcej...

Śledztwo po szwedzku według Johanny Mo

przez , 13.wrz.2017, w Kryminał

Helena Mobacke była kiedyś znakomitą policjantką, typowaną na najwyższe stanowiska. Jednak to z powodu pracy poniosła największą ofiarę w życiu – straciła synka. Teraz Helena próbuje wrócić do świata żywych. Potrzebuje mniej światła reflektorów i nowego miejsca i wcale nie jest pewna, czy powrót to dobry pomysł. Dostaje pozornie prostą sprawę – ktoś wpadł pod pociąg metra. Jednak wkrótce okazuje się, że ofiara prawdopodobnie została popchnięta i przede wszystkim, co dodatkowo blokuje Helenę, jest to młody chłopak… Kobieta nie może przestać myśleć o swoim synku, Antonie. Jest roztargniona i w ważnych sprawach potrafi zostawić członków swojego zespołu bez pomocy. Wkrótce mają następną ofiarę i wszyscy, wliczając w to Helenę, zdają się coraz bardziej wątpić w jej zdolność do rozwiązania sprawy.

Książka Johanny Mo to kwintesencja tego, czym jest skandynawski kryminał. Szczegółowy opis drobiazgowej, policyjnej roboty, będącej trochę kosmosem biorąc pod uwagę polskie warunki. Bohaterowie, z ich czernią i bielą i rozmaitymi słabościami, które czasem biorą górę. Nacisk na podłoże psychologiczne, wliczając w to profilowanie zabójcy. No i ten dreszczyk z gryzieniem pazurów, bo do rozwiązania wiedzie cieniutka ścieżka – kiedy wreszcie wszyscy wszystko pokojarzą?

Książka ciekawa z psychologicznego punktu widzenia, bowiem nieustająco się w niej przewija wątek utraty dziecka. Jak sobie z tym radzi i czy jest w stanie sobie poradzić rodzic? Czy obwinia siebie, czy wszystkich naokoło, czy emocje wywołują u niego wzrost agresji czy tez załamanie nerwowe? Tytuł „Tak sobie wyobrażam śmierć” odnosi się właśnie to tego wydarzenia – odejścia dziecka. A jego śmierć, niezależnie od okoliczności i wieku dziecka zawsze jest także czymś w rodzaju śmierci rodzica. Helena jest nieustannie rozdarta i w emocjonalnej rozsypce. Z jednej strony nie jest w stanie się uwolnić od przejmującego uczucia nieustającej obecności synka, z drugiej strony zdaje sobie sprawę, że rozpacz jest dla niej destrukcyjna. Kiedy jednak okoliczności sprawia, że na chwile oderwie myśli od przeszłości, zaczyna odczuwać potworne wyrzuty sumienia. Tak chyba musi wyglądać piekło… I dlatego też czytelnik odczuwa współczucie zarówno dla niej, jak i każdego rodzica z powieści, który stracił dziecko.

Dobrze się czyta.

Tytuł: Tak sobie wyobrażałam śmierć”

Autorka: Johanna Mo

Wydawnictwo Helion

 

1 komentarz :, , więcej...

Spektakularny powrót Eberharda Mocka

przez , 30.sie.2017, w Kryminał

Marek Krajewski we wspaniałej formie! Z ziejącym zgrozą pomysłem fabularnym, brawurowym wykonaniem i akcją pędzącą jak pociąg, przyprawiającą o zawrót głowy. Tym razem mniej smaczków dotyczących Wrocławia, niż mnie do tego proza pana Marka przyzwyczaiła, trochę mniej lingwistyczno-filozoficznych rozważań, za to te, które są, łagodnie wplatają się w całość, dodając smaku jak sól potrawie.

Przyznam, że ostatnie książki Marka Krajewskiego przyjmowałam z pewna dozą ostrożności, bowiem były dość… nierówne w poziomie. Pierwszy Mock, będący prequelem i pokazujący początki przygody Mocka we wrocławskiej policji już znamionował zwyżkę formy i powrót na jej szczyt, a „Ludzkie zoo” już przywraca wiarę w rękę mistrza. Przede wszystkim chodzi o pomysł, nawiązujący zresztą do rzeczywistych wydarzeń – bo i idea ludzkiego zoo, i makabrycznych eksperymentów na ludziach „ras niższych” wielokrotnie przewijały się po kartach światowej historii.

Tym razem Mock, na prośbę swojej narzeczonej Marii, zajmuje się sprawą tajemniczych odgłosów w jej mieszkaniu. Kiedy policjant na własne uszy słyszy płacze i lamenty kobiet i dzieci oraz warczenie dzikich zwierząt jest dla niego jasne, że dziewczyna nie padła ofiarą własnej wrażliwości czy omamów. Wszystkie tropy prowadzą do podziemi nieczynnego Dworca Górnośląskiego w Breslau, które w rzeczywistości są areną makabrycznych praktyk, nie tylko seksualnych. Krok za krokiem Mock zbliża się do rozwikłania afery, w którą zaangażowani są oficerowie niemieckiego wywiadu, dyrektor miejscowego ogrodu zoologicznego, wystawiający jako żywe eksponaty sprowadzane z Afryki kobiety oraz tajemnicza grupa wrocławskich siłaczy. Mock eksploruje ruiny, szpera po archiwach, zagląda na zaplecza zoo czy cyrku, na zmianę obrywając po mordzie albo po mordach piorąc. Autor podsypał to też sporą dawką przypraw – sposobami szkolenia agentów wywiadu, afrykańskimi wierzeniami, przepychankami między agenturami rozmaitych mocarstw, zgubnymi nawykami arystokracji czy moralnymi aspektami tajemnicy spowiedzi. Czy ja już pisałam, że wszystko kręci się jak na karuzeli? W tym całym zamieszaniu Ebi stara się dbać o swoje drogie buty i dostaje furii, kiedy zdarzy mu się zapomnieć teczki z przyborami do ich pastowania.

Książka pełna jest smaczków z rozmaitych dziedzin i erudycyjnym popisem, który tak sobie u Krajewskiego cenię. Tak samo, jak równowagę między chęcią odmalowania wyrazistego obrazu a dobrym smakiem, gdzie brutalność jest przekonująca, ale nie przeraża ani nie obrzydza.

Dobra zabawa z dobrą puentą.

Tytuł: „Mock. Ludzkie zoo”

Autor: Marek Krajewski

Wydawnictwo Znak

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Elfy, wikingowie i islandzkie śledztwo – Tajemnica wyspy Flatey

przez , 16.sie.2017, w Kryminał, Powieść historyczna

Kryminał, który ucieszy miłośników wikingów i islandzkich sag. Będzie i wycinany na plecach „krwawy orzeł”, znany niektórym z serialu „Wikingowie”, i klątwa, i nierozwiązana zagadka i cenny manuskrypt. A wszystko to dzieje się nie w średniowieczu, tylko w XX wieku.


Atutem książki jest nastrój. Opis niezwykle surowego środowiska, niezwykłej wręcz biedy i ludzi z żelaznymi zasadami. Mieszkający na Flatey wyspiarze żyją wśród krzyku mew, świstu wiatru, znosząc z żelazna wytrzymałością kaprysy pogody, niedostatek i głód. W małej społeczności każdy wie wszystko o wszystkich i nie ma wyrozumiałości dla potknięć. Nie wybacza się tutaj złamania zasad gościnności, kradzieży ubogiego przecież dobytku, niechętnie patrzy się na pijaństwo i lenistwo.
Wyspa Flatey to odizolowana społeczność. Jej mieszkańcy żyją z dala od cywilizacji, trudniąc się najczęściej polowaniem na foki czy zbieractwem. Zgodnie z naturą. I w spokoju – do momentu, kiedy mężczyźni z Domu na Skraju nie znajdują na małym szkierze zwłok. W celu zbadania zwłok na Flatey przypływa Kjartan, pomocnik prefekta. Chcąc nie chcąc Kjartan musi podjąć się przeprowadzenia śledztwa, które zaprowadzi go do staro islandzkiej sagi , średniowiecznego manuskryptu Flateyjarbók i związanej z nim zagadki. Śledztwo nieoczekiwanie wkracza w życie osobiste głównych bohaterów, odkrywając mroczne tajemnice i prowadząc do zupełnie nieoczekiwanej puenty.
Styl, jakim jest napisana książka jest mocno retro. Autor świetnie oddaje atmosferę Flatey, dzieląc akcję na niewielkie kawałki i przeplatając ją fragmentami wspomnianej już średniowiecznej księgi. Dzięki temu „Tajemnica wyspy Flatey” to nie tylko kryminał czy thriller, ale także powieść historyczna, mówiąca sporo o przeszłości Islandii i Danii, panujących między nimi niesnaskach na tle kulturowym i tradycyjnym. Dowiadujemy się co nieco o tamtejszym, skłóconym i rywalizującym światku naukowym, konszachtach z nazistami, tajemniczych studenckich stowarzyszeniach, a przede wszystkim – obyczajach życia codziennego. Ingólfsson umiejętnie przeplata akcję fragmentami „nie z tego świata” – wiarą w elfy, jak wiadomo do dziś bardzo na Islandii żywą, prorocze sny, klątwy i magiczne runy.

Jeśli podobał ci się serial „Wikingowie” lub lubisz kryminały dziejące się na brytyjskiej prowincji – „Tajemnica wyspy Flatey” powinna ci się spodobać.

Tytuł: „Tajemnica wyspy Flatey”

Autor: Viktor Arnar Ingólfsson

Wydawnictwo: Helion SA

 

 

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...