Obyczajowe

Refleksje u schyłku – Kobieta na schodach, Bernhard Schlink

przez , 23.cze.2017, w Obyczajowe

Zwięzła, niemal oschła forma, tak jak zwięzły, oschły i zdyscyplinowany jest główny bohater. Wzięty niemiecki prawnik do przejęć i fuzji, którego ambicją jest dobrze wykonywać swoja pracę i mieć życie bez niespodzianek. Żyje według schematów i rytuałów. Do dnia, w którym podczas wizyty w muzeum w Sydney natyka się na obraz, dawno temu uznany za zaginiony. Obraz przypomina mu jedyne chyba w życiu spontaniczne działanie, za którym, oczywiście, stała kobieta. Dla Irene bohater za młodu zaryzykował wszystko a ona wykorzystała go i znikła bez słowa z jego życia. Obraz staje się dla niego okazją, aby odnaleźć Irene i zadać jej to najważniejsze pytanie: dlaczego?

Odnalezienie obrazu jest zaskoczeniem także dla dwóch innych mężczyzn – dawnego męża Irene, dziś jeszcze bardziej bogatego i ustosunkowanego niż dawnej oraz jej kochanka i autora obrazu. Cała czwórka spotyka się na odludnej wyspie u wybrzeży Australii. Mężczyźni chcą odzyskać to, co im się według nich należy – oficjalnie obraz, a tak naprawdę Irene. Choć gdy sięgniemy jeszcze głębiej, to bynajmniej nie o kobietę chodzi ale o wyobrażenie życia, jakie każdy z nich mógłby wieść u jej boku, gdyby nie jej odejście. Jeden z mężczyzn wykorzystuje szansę, żeby odnowić uczucie do Irene, choć obojgu nie zostaje już wiele czasu.

„Kobieta na schodach” to książka o stracie, miłości i związanej z nią grze pozorów. Autor zadaje pytanie – co tak naprawdę kochamy w drugiej osobie? Czy kochamy druga osobę czy raczej siebie odbitych w jej oczach. Dla żadnego z mężczyzn Irene nie jest ważna, dlatego, że jest Irene – jest ważna jako przejaw statusu, trofeum, coś w rodzaju pucharu przewodniego. Mąż i malarz używają jej do pokazania sobie wzajemnie, który z nich jest ważniejszy. A uczucie…uczucie się zatraca. Każdy z mężczyzn przeżywa życie bez Irene po swojemu, pnąc się na szczyt w swojej dziedzinie i wmawiając sobie na koniec, ze było to dobre życie. Czy było? I czy jest jeszcze jakaś szansa, żeby naprawić to, co się zepsuło i dostrzec to, czego się nie widziało? W obliczu nieodwołalnego, nadchodzącej straty perspektywa się zmienia i zmieniają się priorytety.

Książka do przemyśleń.

Tytuł: „Kobieta na schodach”

Autor: Bernhard Schlink

Dom Wydawniczy Rebis

 

Zostaw komentarz :, więcej...

Kiedy okrucieństwo jest normalnością – Kolej podziemna Colsona Whiteheada

przez , 22.cze.2017, w Obyczajowe, Powieść historyczna

Ta książka znalazła się we wszystkich zestawieniach najlepszych książek 2016 roku. Doceniły ją m.in. The Washington Post, Time i Publishers Weekly, a także Amazon czy Buzzfeed. Zdobyła dwie najważniejsze amerykańskie nagrody dla pisarzy – Nagrodę Pulitzera 2017, National Book Award 2016. Autor, Colson Whitehead, trafił na listę stu najbardziej wpływowych ludzi na świecie. Niemal natychmiast zaczęto także pracować nad ekranizacją – realizacją serialu na podstawie „Kolei podziemnej” zajmie się Barry Jenkins, twórca oscarowego „Moonlight”. Chciałoby się zapytać – czy rzeczywiście książka jest warta całego tego szumu? No więc jest.

Bohaterką książki jest Cora, niewolnica w trzecim pokoleniu, pracująca na plantacji w Georgii. Należy do najniższej kasty niewolników a jej sytuacja, wydawałoby się wystarczająco dramatyczna, ma się jeszcze pogorszyć. Kiedy więc inny niewolnik proponuje Corze ucieczkę, dziewczyna decyduje się na ten ostateczny krok. Od tej pory przemierza kolejne stany Ameryki, wszędzie będąc ściganą zwierzyną, oglądając się na każdym kroku – a jej droga usłana będzie trupami ludzi, czarnych i białych, których życiowym celem jest odwrócenie istniejącego stanu rzeczy. Tego stanu, w którym za oczywiste i naturalne jest traktowanie jednej jednostki ludzkiej jak rzeczy i rozrywki, kiedy to człowiekowi odmawia się prawa do człowieczeństwa tylko i wyłącznie z powodu koloru jego skóry.

Niektórzy pewnie jękną, że dlaczego znowu o rasizmie i krzywdach, jakie biały człowiek wyrządził czarnemu, no bez przesady – a jednak warto się zastanowić, czy aby to, o czym pisze Whitehead to rzeczywiście zamierzchła historia i przeszłość? Bo ja twierdzę, że nie. Wystarczy poczytać nagłówki gazet czy posłuchać przemówień rządowych żeby stwierdzić, że wracamy wielkimi krokami do niechlubnej przeszłości. Odmawiamy imigrantom prawa do życia i ochrony tego życia, obsypujemy wyzwiskami, argumentujemy bardzo składnie i logicznie, że to mordercze bestie, które mają w naturze gwałcenie chrześcijańskich kobiet i wysadzanie w powietrze tych, którzy nie wyznają ich religii. Wypisz wymaluj to, co znajdziemy w „Kolei podziemnej”. Mężczyznę powieszonego tylko dlatego, że podobno zbyt długo patrzył na białą kobietę. Mieszkańcy Karoliny Północnej, tak bojący się otaczających ich czarnych twarzy, za którymi z pewnością kryją się mordercze skłonności, że obwieszają niewolnikami całe aleje, a z kolejnych kaźni czyniący teatralne widowiska. Inny mężczyzna tylko pod wpływem pogłoski, że zabił białego chłopca, wykastrowany i rozerwany na strzępy gołymi rękami rozwścieczonego tłumu. Mieszkańcy dwóch białych miasteczek zabijający mieszkańców „czarnej fermy” tylko dlatego, że żyli oni w szczęściu i dobrze im się wiodło. Cała ta książka to dokument strachu „białego człowieka” i nienawiści z niej wynikającej. Tej nienawiści, która chrześcijanom każe mówić, że niewolnictwo to stan przyrodzony, bo jakby Bóg nie chciał, żeby byli niewolnicy, to by ich nie było. Nienawiści, która także budzi nienawiść drugiej strony.

Tytułowa „Kolej podziemna” to określenie stworzone przez abolicjonistów na sieć przerzutową dla niewolników zbiegłych z południowych stanów Ameryki wiodącą do Kanady czy Meksyku. Sieć tworzyły tunele, drogi, szlaki, bezpieczne kryjówki przede wszystkim ludzie. Ci, którzy dawali pieniądze, przewodnicy, ci, którzy dawali schronienie, tworzyli fałszywe dokumenty, zatrudniali prawników a także grup partyzanckich zajmujących się uwalnianiem czarnych ofiar. Sieć ta przejęła kolejowe nazewnictwo, a w książce Whiteheada przybrała niemal mistyczny wymiar. Drogi, podczas której uciekinier zyskuje język, wiedzę, świadomość, uczucia. Wszystko to, co wyzwala go z formy zaszczutego, przerażonego zwierzęcia. To metaforyczna podróż bardzo przypominająca „Podróże Guliwera” (do których zresztą wprost odwołuje się sam autor”), gdzie Cora znajduje się w przedziwnych krainach rządzonych niezrozumiałymi prawami, zamieszkałymi przez dziwaczne istoty.

Mroczna i przejmująca, wyciskająca łzy i zaciskająca zęby. Głęboko poruszająca.

Tytuł: „Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki”

Autor: Colson Whitehead

Wydawnictwo Albatros

 

 

Zostaw komentarz :, więcej...

Śmierć tradycyjnej rodziny. Dziedzictwo – Ann Patchett

przez , 12.cze.2017, w Obyczajowe

Pewnego dnia, niezaproszony, za to piastując wielką butlę ginu Bert zjawia się na przyjęciu z okazji chrzcin swojego niezbyt bliskiego kolegi, Fixa. I zanim przyjęcie dobiegnie końca, Bert pocałuje żonę Fixa, ostatecznie doprowadzając do rozbicia dwóch rodzin i wywołując całą falę wypadków.

Najnowsza powieść Ann Patchett nawiązuje do jej ulubionego tematu – problemów macierzyństwa i rodzicielstwa, nieobecnych rodziców czy w tym przypadku patchworkowej rodziny, w której gdzieś zanikł kontakt między sferą dorosłych a sferą dzieci, gdzie rodzice nieustannie przeżywają rozmaite frustracje w nowej mieszaninie swoich związków a dzieci zawiązują coś w rodzaju paktu, który prowadzi do tragedii. „Dziedzictwo” pokazuje nam naturę odpowiedzialności i miłości, nie tylko tej w erotycznym związku między mężczyzną i kobietą. Pokazuje także nieprawdopodobną ilość socjalnych i uczuciowych kombinacji, więzów przyjaźni i lojalności, a także nieukrywanej wrogości czy niechęci jaka powstaje w nowoczesnej rodzinie. Rodzinie, która rozrasta się nie pionowo, od pradziadków do potomków, ale poziomo, przyjmując do klanu partnerów, byłych partnerów, ich dzieci, ich małżonków i kolejnych dzieci, często w konfiguracjach niechcianych i niepożądanych (np. gdy do tego samego klanowego worka trafia rasista i czarnoskóry emigrant czy też policjant i osoba mająca na bakier z prawem).

„Dziedzictwo” to opowieść przypominająca skomplikowaną budowlę z klocków lego, gdzie całość widzimy dopiero po wsadzeniu wszystkich elementów na swoje miejsce i dokładnym obejrzeniu z każdej strony. Każdy z bohaterów wnosi do niej swój wkład, z innym punktem widzenia, z innym nastrojem i naciskiem na zupełnie inne elementy – a na dodatek główna historia opowiadana jest w dwóch różnych nurtach, przez poszczególnych bohaterów i przez pisarza, który został nią zainspirowany. Żadna z nich prawdopodobnie nie jest tą właściwą, bo każda zniekształcona jest osobistą interpretacją. Czy zresztą może być jedna, taka sama historia? Autorka odpowiada przecząco – podobnie jak odpowiada na pytanie, czy jest taki punkt opowieści, punkt graniczny, w którym wszystko zostało zdecydowane. Przyjście Berta na przyjęcie? Pocałunek z Beverly? A może zajście w ciążę Teresy czy narodziny Cala, który był fatalnie uczulony na pszczeli jad? Czy w którymkolwiek momencie historii można było zapobiec tragicznemu punktowi kulminacyjnemu? Czy też nasze życie jest w pełni zdeterminowane i wszystko, co w nim się wydarza, po prostu musi się wydarzyć?

Ann Patchett uznaje się za jedną z najlepszych amerykańskich autorek współczesnych. W 2012 roku autorka  znalazła się na liście 100 najbardziej wpływowych osób magazynu „Time”. Jej najnowsza powieść zadebiutowała na pierwszym miejscu listy bestsellerów „New York Timesa” i znalazła się na liście najlepszych książek roku 2016.

Tytuł: „Dziedzictwo”

Autor: Ann Patchett

Wydawnictwo Znak

 

Zostaw komentarz :, więcej...

Niezwykła misja w poszukiwaniu prawdy – Arturo Pérez-Reverte

przez , 25.maj.2017, w Obyczajowe, Powieść historyczna

Niezwykła opowieść o niezwykłej misji, której celem jest dostarczenie do Hiszpanii egzotycznej – i niebezpiecznej – kontrabandy. Nie chodzi jednak o narkotyki, złoto, bron czy dzieła sztuki – ale o coś, co w nieuprawnionych rękach może wszczynać rewolucje, obalać trony i podważać autorytet papieży. To wiedza – skupiona w kilkudziesięciu tomach słynnej francuskiej Encyklopedii. Zakazane w Hiszpanii dzieło chce sprowadzić do tego kraju Hiszpańska Akademia Królewska, aby poznać to, co najlepsze w światowej filozofii i nauce. W tym celu do Paryża, stolicy oświeconej myśli, gdzie dyskusje o Wolterze i Rousseau poruszają opinię publiczną wyrusza dwóch dzielnych akademików. A zadanie to niebezpieczne, bo choć na sprowadzenie Encyklopedii zgodę wydali król i Inkwizycja, to misja ma wielu znaczących przeciwników, którzy nie cofną się przed niczym.

„Misja: Encyklopedia” to połączenie powieści awanturniczej z traktatem filozoficznym. Mamy tu błysk szpad, groźnych złoczyńców, turkot powozu na bezludnych drogach i w tle nadciągającą rewolucję. W tym wszystkim, bohaterowie nie szczędzą sobie – i czytelnikowi – niekończących się rozmów o sprawach fundamentalnych, takich jak władza i jej pochodzenie, religia czy nierówność społeczna. Przygody bohaterów poznajemy niejako z kolejnej ręki, bowiem od samego początku wiemy, iż to, co czytamy jest powieścią pisaną przez innego, współczesnego nam członka Królewskiej Akademii, pisarza zafascynowanego tą mieszaniną przygody i przedsięwzięcia naukowego.

Dla Arturo Pérez-Reverte niezwykła misja to pretekst do przedstawiania niekończących się dysput na tematy społeczne, a właściwie na jeden, odwieczny – dotyczący walki o lepszy byt. Według jednych polepszenie może dokonywać się przez edukację, rozmowy, odejście od ślepej wiary i rozmaitych religii, co jakby zakłada, że ludzie wykształceni są nie dość, że lepsi, to jeszcze zdolni do motywowania innych do poprawiania własnego losu. Inni, reprezentowani w książce przez pewnego kontrowersyjnego kanonika twierdzą, że rozmowa nie spełnia swojego zadania, że jest tylko sposobem na okazanie wyższości sfrustrowanym biedakom, którzy poprawić swój byt mogą tylko krwawa rewolucją.  I choć teoretycznie rozmowy bohaterów dotyczą wieku XVIII-go, to przecież są niesamowicie wręcz współczesne. We współczesnej Europie dalej nieustannie zderzają się oświeceni, wykształceni, dobrze sytuowani i liberalni ze sfrustrowanymi barbarzyńcami, żądającymi bynajmniej nie ksiąg, ale chleba, więcej chleba i igrzysk.

Arturo Pérez-Reverte ze swoją „Misją” jest bardzo podobny do dyskusji odbywanych w „Imieniu Róży” Eco, gdzie oświecenie i wiedza, a nawet zwykła nauka czy śmiech były postrzegane jako zagrożenie. Czy rzeczywiście liberalizm, tolerancja, szacunek do odmiennego zdania są sygnałami zepsucia i należy z nimi walczyć? I czy ci, którzy walczą z „zepsuciem”, rzeczywiście mają czyste pobudki? Hiszpański pisarz odpowiada zdecydowanie i odmownie.

To nie powieść akcji, nie czyta się książki błyskawicznie.  Na poszczególnych dysputach i argumentach należy się skupić, choć zmęczenie czytelniczego rozumu przełamuje autor zgrabnymi opisami poszukiwań „Encyklopedii”, wyglądem paryskich ulic i kawiarń, buduarów i gabinetów, a także wtrętami z części drugiej, współczesnej, która pozwala nam śledzić proces zbierania materiałów do powieści i tworzenia książki. „Misja:Encyklopedia” to także prawdziwa galeria barwnych postaci, także wzorowanych na tych autentycznych, a fikcja i prawda splata się tutaj tak zręcznie, że czytelnik nie jest w stanie ich odróżnić.

Świetna powieść.

Tytuł: „Misja: Encyklopedia”

Autor: Arturo Pérez-Reverte

Wydawnictwo Znak

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Epopeja o Nowym Jorku – Miasto w ogniu, Garth Risk Hallberg

przez , 10.maj.2017, w Obyczajowe

Czy to kolejna próba stworzenia Wielkiej Amerykańskiej Powieści? „Miasto w ogniu”, licząca sobie tysiąc stron cegła na pewno ma ambicje a machina promocyjna nadała książce odpowiednia rangę jeszcze przed jej powstaniem. Chociażby dzięki informacji że jej autor, debiutant zresztą, Garth Risk Hallberg otrzymał na poczet powieści zaliczkę w zawrotnej wysokości 2 milionów dolarów.  Nakład się poniekąd zwrócił, bo książka bardzo dobrze sprzedała się w Stanach Zjednoczonych, Włoszech, Hiszpanii i Francji, a recenzenci nie szczędzili pochwał. Czy słusznie?

Zamysł Hallberga był ambitny – stworzyć panoramę społeczeństwa Nowego Jorku w latach 70. ubiegłego wieku. Przez kartki przewijają się postaci z różnych środowisk – artyści, dorobkiewicze, magnaci wielkich fortun, których nazwiska tworzą tutejsze drapacze chmur, przedstawiciele rozmaitych subkultur, zwłaszcza punka, mniejszości etniczne, potomkowie emigrantów, narkomani, geje i czarnoskórzy. Są tu wielkie i małe pieniądze, intymne dramaty rodzinne i przemiany społeczne, a wszystko zebrane jest w akcję przypominającą czas przed wybuchem wulkanu, z apogeum i erupcja w postaci Wielkiego Zaciemnienia i ulicznych zamieszek. Pisarz zmienia bohaterów i narratorów, na dodatek dodaje retrospekcje z czasów wcześniejszych, fabułę dzieląc na krótkie rozdziały z dodatkiem np. stron z fanzinu jednej z bohaterek, przez co wszystko nabiera dynamiki. Każda z postaci na Nowy Jork patrzy własnymi oczami i właściwie nie da się ogarnąć tego wielkiego puzzle w jakąś spektakularną całość, zgrabne résumé. To tak jak z obrazami Boscha, gdzie próbując ogarnąć całość widzimy jeden wielki chaos i musimy skupiać się na pojedynczych, małych elementach.  Ale jeśli zapytacie mnie, czy tą społeczna panoramę udało się autorowi stworzyć, to odpowiem, że tak, mimo że czytało mi się „Miasto w ogniu” niezwykle ciężko.

„Miasto w ogniu” to cała galeria ważnych i mniej ważnych postaci – Mercer Goodman z Georgii, pierwszy czarnoskóry nauczyciel w elitarnej szkole dla dziewcząt, gej, tworzy związek z Billem Trzy Pałki, malarzem i muzykiem znanego zespołu punkowego, a właściwie Williamem, potomkiem rodu Hamilton-Sweeney. Sam Cicciaro to potomkini włoskich emigrantów, specjalistów od fajerwerków, która nie kontynuuje rodzinnego biznesu, za to fotografuje subkultury Nowego Jorku i prowadzi fanzin o jego mieszkańcach i muzyce punk.  Jest doświadczony policjant Larry Pulaski i zmęczony reporter. I wiele, wiele innych postaci, których wątki i losy Hallberg ze sobą miesza i przeplata, tworząc – jednak i mimo wszystko – spójną całość, przepełnioną olbrzymim sentymentem do Nowego Jorku.

Jak już wspomniałam łatwa lektura to to nie jest, mimo przejrzystego i łatwego języka. Do tego, żeby śledzić poszczególne wątki trzeba mieć cierpliwość. Mnie pomogła w tym nieco zmienna forma kolejnych fragmentów a także nastrój, bo od pierwszej strony czeka się na wielkie „pierdut”, które nieuchronnie musi nadejść.

Czy „Miasto w ogniu” jest wszechstronne? Nie. Pytanie, czy da się w ogóle nowojorski fenomen jakakolwiek formą ogarnąć (chociaż dla mnie najlepszą jak do tej pory próbą jest blog The Sartorialist prowadzony przez Scotta Schumana). Hallberg próbuje i robi to z pasją i miłością do miasta, którą na kartkach powieści czuć.

Tytuł: „Miasto w ogniu”

Autor: Garth Risk Hallberg

Wydawnictwo Znak

Zostaw komentarz :, , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...