Powieść historyczna

Szpieg Jej Królewskiej Mości – Ken Follet

przez , 09.paź.2017, w Powieść historyczna, Przygodowa

Szpiedzy, bezlitosna walka o tron, podstępy i intrygi, a także bitwy morskie i płomienie inkwizytorskich stosów. Jednym słowem Ken Follet w swojej najnowszej powieści, dziejącej się w czasach królowej Elżbiety. I to, że jego szpiedzy częściej posługują się sztyletem niż Bronia palną i jeżdżą konno, zamiast samochodem wcale nie sprawia, że czyta się „Słup ognia” gorzej niż np. „Iglę”.

„Słup ognia” poniekąd nawiązuje do popularnych „Filarów ziemi” – autor wraca do znanej już jego czytelnikom miejscowości, czyli Kingsbridge, które z anglonormańskiej wioski zdążyło się przekształcić w doskonale rozwinięte miasto, taką Anglię w pigułce. Głównym bohaterem książki jest Ned Willard, potomek znanej kupieckiej rodziny. Kiedy Willardowie tracą majątek przez wojnę oraz swoich sąsiadów a na dodatek ukochana Neda zostaje zmuszona do zaręczyn z kim innym, Ned zaciąga się na służbę Williama Cecila. Doradcy Elżbiety I, która właśnie szykuje się do przejęcia tronu po umierającej Marii Tudor. Ned, którego marzeniem jest, aby nikt w Anglii nie cierpiał prześladowań z powodu swojej religii staje się zaufanym szpiegiem i człowiekiem do zadań specjalnych Elżbiety. Jest świadkiem uwięzienia w Anglii a potem stracenia nieszczęsnej Marii Stuart, krwawej nocy św. Bartłomieja w Paryżu i słynnej morskiej rozgrywki między Wielką Hiszpańską Armadą a angielską marynarka pod wodzą Francisa Drake’a. Oczywiście to, co dzieje się między tymi wydarzeniami, to formowanie szpiegowskiej siatki, werbowanie informatorów i walka tajnych agentów. Jedni mają na celu obalenie królowej Elżbiety a Ned ma do tego nie dopuścić.

„Słup ognia” to przede wszystkim świetna powieść przygodowa i szpiegowska. Mamy agentów, tajnych agentów, podwójnych agentów, szyfry i podstępy. Ken Follet nieustannie trzyma czytelnika w napięciu i każe mu obgryzać palce z nerwów – czy uda się Nedowi przejrzeć wrogów i schwytać nieuchwytnego Jeana Langlaisa? Czy czarne charaktery dostaną za swoje? Chociaż właściwie trudno określić, kto tu jest czarnym charakterem. I jedni i drudzy mają swoje racje i posługują się dokładnie tymi samymi, moralnie wątpliwymi metodami.

Jak w wywiadzie mówił sam autor, jego głównym celem było pokazanie działania pierwszych w Anglii służb specjalnych, które powołała właśnie królowa Elżbieta. Przy okazji jednak ”Słup ognia” stał się książką promującą tolerancję i współistnienie.  Znajdziemy na kartach książki katolików i protestantów, gdzie prześladowania dotyczą raz jednych, raz drugich. I znajdziemy tych, którzy prześladowani są zawsze – Żydzi czy czarnoskórzy. Wydźwięk książki i tych nieustannych przepychanej wyznaniowych jest jeden – to głupie. Są ludzie dobrzy i źli, są tacy, którzy chcą mieć lepiej kosztem innych i tacy, którzy dążą do spokojnej koegzystencji. I to wszystko jest niezależne od płci, koloru skóry czy wyznania.

Niezwykle zręcznie napisana, przez co przez te kilkaset stron nie ma ani jednej, która by znudziła czytelnika. Świetna zabawa.

Tytuł: „Słup ognia”

Autor: Ken Follet

Wydawnictwo Albatros

 

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Historia nie dzieje się tylko na polach bitew – rozmowa z Anną Brzezińską

przez , 04.paź.2017, w Powieść historyczna

- Czy jest za mało kobiet w historii? W książkach historycznych, powieściach?

Zdecydowanie tak. I to nie tylko za mało kobiet, ale za mało ludzi spoza elit. Nasza historia, szczególnie ta podręcznikowa, popycha nas w kierunku myślenia o przeszłości jako o tym, co się wydarzyło na polach bitew. Nie neguję tego, że pola bitew mają wpływ na nasze życie, ale wydaje mi się, że ewolucja rodziny, a już od czasów Arystotelesa wiemy, że rodzina też jest polityczna, ma większe przełożenie na to, kim ty jesteś, kim ja jestem niż data bitwy pod Orszą. To jakiś mankament myślenia i spuścizna jeszcze XIX wieku.

- Skąd wybór Jagiellonek jako bohaterek powieści?

Mało romantycznie – ponieważ jest to moja podstawowa specjalizacja jako historyczki. Po drugie uważam, że to świetne historie. Żal, że są tak nieznane. Oczywiście nasza jagiellońska historia nie jest tak spektakularna i pełna skrytobójczych mordów jak losy Borgiów czy Tudorów ale paradoksalnie Tudorowie są niezłą paralelą, bo myśmy się mierzyli z bardzo podobnymi wyzwaniami. Mieliśmy dynastię, której dziedzic nie potrafił doczekać się potomstwa płci męskiej. Też mieliśmy króla, który próbował się rozwieść. Tylko że w Polsce a właściwie w Koronie i na Litwie szukano zupełnie innych odpowiedzi niż w Anglii Tudorów. Jest coś gorzkiego w fakcie, że wiemy, kim był Henryk VIII a tak słabo znamy losy naszej własnej dynastii.

- Tym bardziej, że był to czas, kiedy Polska rzeczywiście była elementem europejskiej polityki i dynastycznej układanki.

Starałam się pokazać naszą dynastię jako część wielkiej, europejskiej rodziny i pokazać ciągłość kulturową monarchii Jagiellonów i całej chrześcijańskiej republiki europejskiej. Starałam się pokazać, że nasze królewny dorastały wśród tych samych opowieści, że też wiedziały, kim byli rycerze Okrągłego Stołu. W skarbcu jagiellońskim jest takie pudełko na szachy z płaskorzeźbami przedstawiającymi historie zaczerpnięte z romansów rycerskich. Wszystkie królewny XVI-wieczne dorastały wśród tych samych legend o świętych, opowieści zaczerpniętych z Biblii i materii antycznej. No i rodziła się kultura narodowa. Ona też wymieniała wątki między sobą. Ta ciągłość kultury europejskiej często nam umyka. No i takie niezmiernie długie trwanie – to, że niektóre żarciki Reja czy Kochanowskiego mają początek jeszcze w literaturze antycznej i są przez kolejnych twórców transformowane, opowiadane na nowo – to też wydawało mi się ważne.

- Książka przełamuje złą opinię na temat jednej osoby – królowej Bony.

Bona była kontrowersyjna. Mnie jest jej bardzo często żal, bo wydaje mi się, że ona tak strasznie nie rozumiała polskiej kultury politycznej. Ta jej wielka ofensywa wokół elekcji vivente rege, czyli posadzenia na tronie Zygmunta Augusta za życia jego ojca, króla Zygmunta Starego była zrozumiała z psychologicznego punktu widzenia. Ona sama doświadczyła przecież rodzinnej tragedii i jej rodzinne księstwo Mediolanu, jedno z najbogatszych miast ówczesnej Italii wymknęło się z rąk tej gałęzi Sforzów. A potem jej brat i dziedzic ojca został wzięty jako zakładnik przez króla francuskiego i tam zginął w wypadku, spadł z konia. To straszna tragedia i pokazuje, jak kruche jest życie dziedzica tronu. Myślę, że w tym kontekście powinniśmy myśleć o rzekomej nadopiekuńczości Bony, która, także według wielu współczesnych historyków straszliwie tego syna niańczyła. Ja bym też nie była taka wyrywna, żeby mojego wysyłać na pole bitwy. Starałam się w królowej Bonie zobaczyć nie tylko tę mroczną postać z pamfletów szlacheckich, ale przede wszystkim człowieka. To nie znaczy, że nie widzę jej błędów. To, że nie wydała za mąż swoich trzech najmłodszych córek uważam za ogromny skandal. Bardziej się tych dziewczyn nie dało skrzywdzić. To nie były czasy sprzyjające staropanieństwu – nawet nie próbuję używać określenia „singielki”, bo takiego słowa nie było i takiego losu też nie. Królowa, pochłonięta swoimi zmaganiami z Habsburgami, o swoich córkach najzwyczajniej nie pomyślała wtedy, kiedy należało o tym pomyśleć. Na jej usprawiedliwienie możemy powiedzieć, że nawet Habsburgowie nie byli w stanie w tamtej epoce wydać za mąż wszystkich swoich córek. To nie jest tak, że nie podejmowano kroków – może nie starano się wystarczająco energicznie. Natomiast ciężko mi w Bonie zobaczyć mityczną figurę zła – naszą funkcją nie jest tworzenie mitów, ale próba dotarcia do człowieka.

- A propos człowieka – „Córki Wawelu” to książka historyczna ale opowiedziana z bardzo nietypowego punktu widzenia. Powiernicy królewien, dwórki – karlicy Dosi. Skąd ten pomysł, skąd ta postać?

- Dosia jest w kolekcjach listów królewien. Ona rzeczywiście była zaufaną służką królewny Katarzyny Jagiellonki. Często zdarzało się w tamtej epoce, że karlice należały do ulubionych i zaufanych osób na dworze królowych. Nic nie wiemy o wczesnych latach Dosi, tutaj wszystko wymyśliłam. Ale pojawia nam się w korespondencji czy jako autorka listów, kiedy królewna Katarzyna jest uwięziona w Gripsholmie w Szwecji. Wiemy, że Katarzyna mogła wtedy wziąć ze sobą bardzo niewiele sług – dwóch służących, dwie panny z fraucymeru i dwie karlice. Jedną z nich była Dosia – to jest miarą zaufania królewny. Drugi taki moment, który świadczy o tym, jak blisko one były ze sobą związane to fakt, że Dosia została opiekunką królewskich dzieci, w tym następcy tronu, Zygmunta III Wazy. I ona naprawdę jeździł na niej jak na koniku, bo Dosia to opisała – że królewicz dorasta i robi się coraz cięższy.

- Wybór tej postaci jako wiodącej daje ciekawe możliwości fabularne. Karlica więcej widzi, zupełnie inaczej ocenia.

Na dworach królewskich i domostwach arystokracji często pojawiały się kobiety z plebsu i nie zawsze pojawiały się jako służące do zamiatania podłóg. To widać w teatrze elżbietańskim, teatrze czasów króla Jakuba – że te postaci mają dwoisty status. Z jednej strony są niżej w hierarchii społecznej, co ma przełożenie na relacje z pracodawcą, a z drugiej strony mają pewną władzę, bowiem mogą poruszać się swobodnie w poprzek tej hierarchii. Kiedy królowa chce zebrać wieści, nie może swobodnie poruszać się po mieście. Królowa nigdy nie jest sama, zawsze spoczywa na niej czyjś wzrok. Natomiast karlica może pójść praktycznie dokąd chce. Dlatego służki z plebsu były tak pożyteczne.

- W książce opisujesz tę część historii, która nie pojawia się w podręcznikach czy opracowaniach. Komnaty porodowe, wywód… Czy było trudno znaleźć takie informacje i skąd taka koncepcja?

Uważam, że to ważne jak przychodzimy na świat. Często zapominamy, że pewne fakty nie są tylko faktami biologicznymi. Takie rzeczy jak zdrowie i choroba są także faktami społecznymi. Zależało mi na pokazaniu, że pewne rzeczy, które wydaja nam się tak naturalne, że nie może być inaczej, bywały zupełnie inaczej rozumiane. Obok nas teraz siedzi dziecko i wydaje nam się naturalne, że obowiązkiem rodzicielskim jest bliskość. Kiedyś tak nie było.

Czy było trudno dotrzeć do tego rodzaju informacji?

- Nie. Te tematy są dosyć dobrze opracowane od kilkudziesięciu lat. Są kontynuowane też badania nad historią codzienności. Pewną trudnością było to, że Jagiellonowie nie byli formalistami. O ile na dworze angielskim czy burgundzkim wszystko było uregulowane – to u nas takich dokumentów nie było. Więc musiałam sobie to rekonstruować i robić hipotezę, jak to u nas mogło być, porównując to z innymi dworami. Jeśli był jakiś wyrazisty wzorzec to uznawałam, że u nas pewnie było podobnie. Ale zawsze starałam się zaznaczać, gdzie opieramy się na źródłach, a gdzie jest to hipoteza na podstawie innych krajów.

- Wiesz może jaka jest reakcja historyków na twoją fabularyzowaną historię Jagiellonek?

Nie wiem, ale nie pisałam jej dla historyków. Zresztą to nie jest tak, że każdy historyk wie wszystko o każdej epoce. Jakbyś mnie zapytała o XIX wiek, to starałabym się odwracać twoją uwagę od swojej niekompetencji. Ale nas przede wszystkim uczą poszukiwania odpowiedzi. Jeśli jakiś historyk będzie ciekaw, jak wyglądał poród, to sobie to sprawdzi. Natomiast zależało mi, żebyśmy dali szansę ludziom nie będącymi historykami, żeby tę opowieść poznali.

- Czy któraś z królewien jest twoją ulubienicą?

Gdybym miała wybierać, kim bym chciała być, to wolałabym być mądrą Zofią. Ona miała życie pozbawione fajerwerków ale spokojne, a pisarz swoje przygody przeżywa i tak w wyobraźni – i uważam, że to komfortowa sytuacja. Bardzo lubię każdą z nich. Każda jest inna i nawet nie potrafię ich ocenić. W jakimś wywiadzie zapytano mnie, która z nich zrobiła większą karierę. Jak to mam ocenić?  Żadna nie chciała robić kariery a która była szczęśliwsza…skąd mam to wiedzieć? I znowu to ten moment – to pytanie o karierę, o szczęście – kiedy nam się rozjeżdżają epoki. Nasza epoka odkleja się od tego, co było kiedyś. Królewny nie żyły po to, żeby się realizować. To nie były czasy, w których czujemy się zobligowani do tego, żeby nie zmarnować szansy i żyć pełnią życia. To czasy, kiedy żyje się do pełnienia pewnej roli, kiedy władza jest obowiązkiem, nie tylko przywilejem. Jagiellonowie mieli bardzo wysoką etykę władzy. Jest taka mordercza relacja jednego z posłów na dworze króla Władysława, króla Czech i Węgier.  Ten poseł powiedział: „król żaden, ale człowiek znakomity”. To da się powiedzieć o wielu Jagiellonach. To myślenie króla Zygmunta, który tak paskudnie się dawał ogrywać i książętom moskiewskim, i Habsburgom… I który potrafił powiedzieć swojej żonie, że on się nie będzie ubiegał o jakieś tam księstwo śląskie, bo ono należy do jego bratanka, a Zygmunt uważał, że ma dosyć swoich ziem i nie musi wyciągać ręki po cudze. Z naszej perspektywy może nie był więc to idealny władca ale był bliski temu, o czym pisał Erazm z Rotterdamu: ideału świeckiego monarchy, sprawiedliwego, świątobliwego, dobrego władcy. Córki Zygmunta były wychowane w takim etosie. One żyły po to, żeby wypełnić obowiązki, które na nie nakładano.

- Jako krakuska muszę cię o to zapytać – przeszłaś Wawel na własnych nogach?

Nie i w ogóle strasznie się w Krakowie gubię, bo tu się wszystko pozmieniało. Ale nie trzeba tego robić, są świetne badania. Nawet badania fitobotaniczne. Na przykład, jakie pyłki w jakiej epoce były na Wawelu. I wiemy np., że za ostatnich Piastów nie rosły tutaj bławatki, które pojawiły się późno. Bardzo ciekawe zresztą są te badania dotyczące historii biologicznej.

- Czy to jest feministyczna książka? Gdzie przez feminizm rozumiem równe prawa kobiet, w tym równe prawa do zaistnienia na kartach historii?

Bez problemu. Nie odżegnuję się od feminizmu, ale ta książka nie jest napisana z jakąkolwiek tezą. Nie uważam, że ta czy inna płeć jest ważniejsza, mądrzejsza czy lepsza od innej. Zawsze powtarzam, że to bardzo dobrze, że mamy te wszystkie polityczki prawicowe, bo one pokazują nam bardzo feministyczna wiadomość –  że kobieta może być równie głupia, łapczywa i pazerna na władzę jak każdy chłop. Bardzo równościowy przekaz.

- Ostatnie pytanie. Czy będzie jeszcze jakaś powieść fantastyczna twojego autorstwa?

W najbliższej przyszłości nie planuję. Nie odżegnuję się, ale wykorzystywałam fantastykę do powiedzenia czegoś o przeszłości i mam wrażenie, że doszłam do pewnej bariery. Że przy pomocy tego narzędzia już nic fajnego nie napiszę. Natomiast Nabokov powiedział, że każda powieść jest fantastyczna, bo każda jest konstrukcją świata i jego wymyślaniem. Więc z tego punktu widzenia każda następna książka będzie fantastyczna.

 

 

 

 

 

 

 

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Bestseller Deborah Moggach – Tulipanowa gorączka

przez , 14.wrz.2017, w Powieść historyczna, Romans

Namiętność, intryga, oszustwo, a w tle XVII-wieczny Amsterdam i coś, co jak zaraza opanowało umysły jego mieszkańców – tulipany. To prawdziwa gorączka, którą udało się zawrzeć Deborah Moggach. A „Tulipanowa gorączka” nie tylko zawładnęła umysłami czytelników, ale i okazała się inspiracją. Na ekran przeniósł ja Justin Chadwick ( reżyser m.in. filmów „Kochanice króla” i „Mandela: Droga do wolności”). Autorem scenariusza jest sam Tom Stoppard, a wśród obsady znaleźli się Alicia Vikander, Christoph Waltz i Judi Dench.

To niezwykła historia uczucia, które połączyło młodą żonę zamożnego holenderskiego kupca i zdolnego malarza. Wszystko zaczęło się niewinnie – kupiec Cornelis chce, idąc w ślady wielu holenderskich bogaczy, zamówić portret rodzinny. Cornelius kocha sztukę i piękne rzeczy, kocha także swoja piękną, młodą żonę. Jest w stanie przychylić jej nieba i żałuje tylko, że w ich małżeństwie brakuje potomka.

Malarzem zaangażowanym przez Cornelisa jest młody i zdolny Jan van Loos. Malarz nie może skarżyć się na brak powodzenia u kobiet,  jednak traktuje je instrumentalnie. Nieoczekiwanie dla siebie zakochuje się w młodziutkiej kupcowej. A ona, wbrew rozsądkowi odwzajemnia szalone uczucie.  Zbieg okoliczności sprawia, że ich romans może wyjść na jaw. Para tworzy iście szatański plan, który zagwarantuje, że Cornelis nie będzie ich szukał. Potrzebują tylko pieniędzy…

Bardzo cenię Deborah Moggach za niewymuszony, lekki styl i umiejętność pisania o uczuciach bez popadania w ckliwość i przesadę. W „Tulipanowej gorączce” autorka daje nam wszystko, czego potrzeba do wyciskacza łez – piękną, młodziutką kobietę zamkniętą w domu, służącą marzącą o lepszym życiu, romantycznego artystę i poważnego, bogatego starca, którzy marzy o rodzinie (i wielki plus – tu nie ma „złych” postaci i czarnych charakterów!). Na dodatek Moggach swobodnie maluje atmosferę bogatego, sytego Amsterdamu, miłości i sztuki, która pełniła funkcję czysto użytkową, jako inwestycja albo rozrywka (i dzięki bogu za bogatych holenderskich kupców, bowiem dzięki nim możemy dziś w muzeach oglądać przepiękne obrazy). Książka bazuje na bardzo śmiałym pomyśle, i bynajmniej nie chodzi mi tu o wątek romansu malarza z kupcową, a autorka potrafi nadać całości odpowiedniego dramatyzmu. Ciekawostką oczywiście są tulipany, dziś utożsamiane z Holandia, choć bynajmniej z tego kraju nie pochodzące i to, jak kwiat ten ekscytował zdawałoby się statecznych mieszczan.

Książka pełna kolorów i nieoczekiwanych zwrotów akcji.

Deborah Moggach jest autorką bestsellerowych powieści „Tulipanowa gorączka” i „Hotel Marigold”. „Hotel” również został zekranizowany w 2011 roku, powstała także kontynuacja tego przeboju kinowego pt. „Drugi hotel Marigold”. Moggach napisała również scenariusz do „Dumy i uprzedzenia”, nominowany do nagrody BAFTA.

Tytuł: „Tulipanowa gorączka”

Autorka: Deborah Moggach

Dom Wydawniczy Rebis

Zostaw komentarz :, , więcej...

Herstory, czyli Anna Brzezińska o kobiecych aspektach w historii

przez , 05.wrz.2017, w Powieść historyczna

Kiedy usłyszałam, że Anna Brzezińska przerywa milczenie i wydaje nowa książkę, aż podskoczyłam z radości. Nikt tak jak ona w polskiej fantasy nie potrafił tworzyć postaci kobiecych, a już Babunia Jagódka to moja ulubienica, chyba nawet bardziej niż Babcia Weatherwax. I tu spotkała mnie niespodzianka, bo po latach milczenia Brzezińska zafundowała nam nie fantastykę, a…trudno właściwie tę książkę sklasyfikować. To coś w rodzaju powieści historycznej, przeplatanego fabularnymi fragmentami traktatu czy eseju na temat renesansowej Polski. A właściwie renesansowej Europy, bowiem Polska była połączona z nią silną nicią politycznych i dynastycznych powiązań.

Za punkt wyjścia Brzezińskiej posłużył wawelski zamek i jego mieszkańcy, na czele z trzema królewnami Zofią, Katarzyną i Anną, córkami królowej Bony i króla Zygmunta I Starego. Na ich życie patrzymy oczami karlicy Dosi i choć ta część „Córek Wawelu” jest akurat fabularyzowana, to mocno oparta na faktach. Dosia, Dosieńka była jednym z karłów w menażerii królowej Bony, która, jak to na renesansowych dworach Europy bywało, lubowała się we wszelkich dziwadłach. Lecz wbrew ówczesnym opiniom, że karłom bliżej do zwierząt niż do dzieci, Dosia była bardzo dobrze wykształcona a królewnie Katarzynie podczas jej pobytu w uwięzieniu w Sztokholmie służyła niemal za kanclerza, prowadząc korespondencję z najważniejszymi politykami Rzeczpospolitej.

Losy karlicy Dosi są dla Brzezińskiej pretekstem do opisania nie tylko tego, jak wyglądał dwór królewski na Wawelu i ówczesny Kraków. Podobnych opracowań mamy mnóstwo. To, co czyni „Córki Wawelu” książką wyjątkową, to kobiecy aspekt znanej historii. Brzezińska opisuje życie mieszczek, prostytutek, arystokratek, dwórek, księżniczek i królowych. Ich wychowanie, edukację, sposoby spędzania wolnego czasu, lektury. Zajmuje się także rzeczami, na które historycy mało zwracają uwagę, jako mało istotne w „męskiej”, jakby nie patrzył, historii. Brzezińska opowiada herstorię, dlatego zajmuje się porodami, komnatami połogowymi, sposobami zapobiegania ciąży, uzasadnioną prawnie przemocą wobec kobiet i ich podległością. Wykonując solidną pracę, opierając się na źródłach, traktatach i dokumentach tworzy Brzezińska z dogłębną analizę renesansowego kobiecego świata i umieszcza go w szerszym kontekście filozoficznym, religijnym czy społecznym. Bynajmniej jednak nie sprawia to, że „Córki Wawelu” staja się nudnym dokumentem – to pozornie oschłe, a jednak pełne emocji świadectwo.

Świetnie i z rozmachem napisana, pełna plastycznych opisów i czyta się znacznie lepiej, niż niejedna książka fantastyczna.

Tytuł: „Córki Wawelu. Opowieść o jagiellońskich królewnach”

Autorka: Anna Brzezińska

Wydawnictwo Literackie

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Elfy, wikingowie i islandzkie śledztwo – Tajemnica wyspy Flatey

przez , 16.sie.2017, w Kryminał, Powieść historyczna

Kryminał, który ucieszy miłośników wikingów i islandzkich sag. Będzie i wycinany na plecach „krwawy orzeł”, znany niektórym z serialu „Wikingowie”, i klątwa, i nierozwiązana zagadka i cenny manuskrypt. A wszystko to dzieje się nie w średniowieczu, tylko w XX wieku.


Atutem książki jest nastrój. Opis niezwykle surowego środowiska, niezwykłej wręcz biedy i ludzi z żelaznymi zasadami. Mieszkający na Flatey wyspiarze żyją wśród krzyku mew, świstu wiatru, znosząc z żelazna wytrzymałością kaprysy pogody, niedostatek i głód. W małej społeczności każdy wie wszystko o wszystkich i nie ma wyrozumiałości dla potknięć. Nie wybacza się tutaj złamania zasad gościnności, kradzieży ubogiego przecież dobytku, niechętnie patrzy się na pijaństwo i lenistwo.
Wyspa Flatey to odizolowana społeczność. Jej mieszkańcy żyją z dala od cywilizacji, trudniąc się najczęściej polowaniem na foki czy zbieractwem. Zgodnie z naturą. I w spokoju – do momentu, kiedy mężczyźni z Domu na Skraju nie znajdują na małym szkierze zwłok. W celu zbadania zwłok na Flatey przypływa Kjartan, pomocnik prefekta. Chcąc nie chcąc Kjartan musi podjąć się przeprowadzenia śledztwa, które zaprowadzi go do staro islandzkiej sagi , średniowiecznego manuskryptu Flateyjarbók i związanej z nim zagadki. Śledztwo nieoczekiwanie wkracza w życie osobiste głównych bohaterów, odkrywając mroczne tajemnice i prowadząc do zupełnie nieoczekiwanej puenty.
Styl, jakim jest napisana książka jest mocno retro. Autor świetnie oddaje atmosferę Flatey, dzieląc akcję na niewielkie kawałki i przeplatając ją fragmentami wspomnianej już średniowiecznej księgi. Dzięki temu „Tajemnica wyspy Flatey” to nie tylko kryminał czy thriller, ale także powieść historyczna, mówiąca sporo o przeszłości Islandii i Danii, panujących między nimi niesnaskach na tle kulturowym i tradycyjnym. Dowiadujemy się co nieco o tamtejszym, skłóconym i rywalizującym światku naukowym, konszachtach z nazistami, tajemniczych studenckich stowarzyszeniach, a przede wszystkim – obyczajach życia codziennego. Ingólfsson umiejętnie przeplata akcję fragmentami „nie z tego świata” – wiarą w elfy, jak wiadomo do dziś bardzo na Islandii żywą, prorocze sny, klątwy i magiczne runy.

Jeśli podobał ci się serial „Wikingowie” lub lubisz kryminały dziejące się na brytyjskiej prowincji – „Tajemnica wyspy Flatey” powinna ci się spodobać.

Tytuł: „Tajemnica wyspy Flatey”

Autor: Viktor Arnar Ingólfsson

Wydawnictwo: Helion SA

 

 

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...