Powieść historyczna

Kiedy okrucieństwo jest normalnością – Kolej podziemna Colsona Whiteheada

przez , 22.cze.2017, w Obyczajowe, Powieść historyczna

Ta książka znalazła się we wszystkich zestawieniach najlepszych książek 2016 roku. Doceniły ją m.in. The Washington Post, Time i Publishers Weekly, a także Amazon czy Buzzfeed. Zdobyła dwie najważniejsze amerykańskie nagrody dla pisarzy – Nagrodę Pulitzera 2017, National Book Award 2016. Autor, Colson Whitehead, trafił na listę stu najbardziej wpływowych ludzi na świecie. Niemal natychmiast zaczęto także pracować nad ekranizacją – realizacją serialu na podstawie „Kolei podziemnej” zajmie się Barry Jenkins, twórca oscarowego „Moonlight”. Chciałoby się zapytać – czy rzeczywiście książka jest warta całego tego szumu? No więc jest.

Bohaterką książki jest Cora, niewolnica w trzecim pokoleniu, pracująca na plantacji w Georgii. Należy do najniższej kasty niewolników a jej sytuacja, wydawałoby się wystarczająco dramatyczna, ma się jeszcze pogorszyć. Kiedy więc inny niewolnik proponuje Corze ucieczkę, dziewczyna decyduje się na ten ostateczny krok. Od tej pory przemierza kolejne stany Ameryki, wszędzie będąc ściganą zwierzyną, oglądając się na każdym kroku – a jej droga usłana będzie trupami ludzi, czarnych i białych, których życiowym celem jest odwrócenie istniejącego stanu rzeczy. Tego stanu, w którym za oczywiste i naturalne jest traktowanie jednej jednostki ludzkiej jak rzeczy i rozrywki, kiedy to człowiekowi odmawia się prawa do człowieczeństwa tylko i wyłącznie z powodu koloru jego skóry.

Niektórzy pewnie jękną, że dlaczego znowu o rasizmie i krzywdach, jakie biały człowiek wyrządził czarnemu, no bez przesady – a jednak warto się zastanowić, czy aby to, o czym pisze Whitehead to rzeczywiście zamierzchła historia i przeszłość? Bo ja twierdzę, że nie. Wystarczy poczytać nagłówki gazet czy posłuchać przemówień rządowych żeby stwierdzić, że wracamy wielkimi krokami do niechlubnej przeszłości. Odmawiamy imigrantom prawa do życia i ochrony tego życia, obsypujemy wyzwiskami, argumentujemy bardzo składnie i logicznie, że to mordercze bestie, które mają w naturze gwałcenie chrześcijańskich kobiet i wysadzanie w powietrze tych, którzy nie wyznają ich religii. Wypisz wymaluj to, co znajdziemy w „Kolei podziemnej”. Mężczyznę powieszonego tylko dlatego, że podobno zbyt długo patrzył na białą kobietę. Mieszkańcy Karoliny Północnej, tak bojący się otaczających ich czarnych twarzy, za którymi z pewnością kryją się mordercze skłonności, że obwieszają niewolnikami całe aleje, a z kolejnych kaźni czyniący teatralne widowiska. Inny mężczyzna tylko pod wpływem pogłoski, że zabił białego chłopca, wykastrowany i rozerwany na strzępy gołymi rękami rozwścieczonego tłumu. Mieszkańcy dwóch białych miasteczek zabijający mieszkańców „czarnej fermy” tylko dlatego, że żyli oni w szczęściu i dobrze im się wiodło. Cała ta książka to dokument strachu „białego człowieka” i nienawiści z niej wynikającej. Tej nienawiści, która chrześcijanom każe mówić, że niewolnictwo to stan przyrodzony, bo jakby Bóg nie chciał, żeby byli niewolnicy, to by ich nie było. Nienawiści, która także budzi nienawiść drugiej strony.

Tytułowa „Kolej podziemna” to określenie stworzone przez abolicjonistów na sieć przerzutową dla niewolników zbiegłych z południowych stanów Ameryki wiodącą do Kanady czy Meksyku. Sieć tworzyły tunele, drogi, szlaki, bezpieczne kryjówki przede wszystkim ludzie. Ci, którzy dawali pieniądze, przewodnicy, ci, którzy dawali schronienie, tworzyli fałszywe dokumenty, zatrudniali prawników a także grup partyzanckich zajmujących się uwalnianiem czarnych ofiar. Sieć ta przejęła kolejowe nazewnictwo, a w książce Whiteheada przybrała niemal mistyczny wymiar. Drogi, podczas której uciekinier zyskuje język, wiedzę, świadomość, uczucia. Wszystko to, co wyzwala go z formy zaszczutego, przerażonego zwierzęcia. To metaforyczna podróż bardzo przypominająca „Podróże Guliwera” (do których zresztą wprost odwołuje się sam autor”), gdzie Cora znajduje się w przedziwnych krainach rządzonych niezrozumiałymi prawami, zamieszkałymi przez dziwaczne istoty.

Mroczna i przejmująca, wyciskająca łzy i zaciskająca zęby. Głęboko poruszająca.

Tytuł: „Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki”

Autor: Colson Whitehead

Wydawnictwo Albatros

 

 

Zostaw komentarz :, więcej...

Sułtan, zdobywca, miasto i pisarz

przez , 07.cze.2017, w Powieść historyczna

Bardzo nietypowa powieść historyczna. Właściwie bardziej impresja na temat potężnego sułtana, zdobywcy Konstantynopola.


W starej, osmańskiej rezydencji naprzeciwko twierdzy nad Bosforem zaszywa się w samotności pisarz, ogarnięty obsesją opisania postaci Mehmeda Zdobywcy. A właściwie człowieka, jakim był Mehmed, jego motywacji, myśli, pragnień – i czasów, w jakich żył. Oraz, oczywiście, miasta. Konstantynopol, z jego spektakularnymi budowlami, potężnymi murami, oszałamiającymi kobietami jest tu jednocześnie pokazany jako raj na ziemi, najważniejsze trofeum, a jednocześnie – owoc, który trochę się już psuje, rozdarty nieustannymi kłótniami, czekający tylko na rękę, która go zerwie i nada inny kształt. To Konstantynopol schyłku i sułtan ogarnięty przemożnym pragnieniem zapisania się na kartach historii, przewyższenia w przewagach swoich przodków.
„Mehmed zdobywca” to nie spójna fabularnie, z chronologicznym układem opowieść. To raczej pozszywane ze sobą fragmenty wspomnień poszczególnych bohaterów, wyciągniętych z kart dokumentów przez ambitnego pisarza. Nasz kronikarz zerwał kontakty z rodzina i przyjaciółmi, siedzi w bibliotekach, czyta dokumenty i wiersze, ale też wędruje ulicami miasta, starając się je ujrzeć oczami Mehmeda i jego dworzan. Patrzy na zatokę i wyobraża sobie patrzącego na zatokę również pewnego weneckiego kapitana, nabitego na pal na rozkaz sułtana. Przeciąga ręka po murze i stara się w sobie wzbudzić miłość do imperium, jaka przepełniała starego wezyra. I kiedy jawa się już naszemu pisarzowi całkiem miesza z wyobrażeniami, w jego życie wkracza tajemnicza młoda kobieta, która burzy jego samotność i odciąga od celu.
Mehmed zdobywca to kilka luźnych historii opowiadanych przez różnych bohaterów. Bynajmniej nie jest to historia Mehmeda – raczej obrazki z jego życia, a właściwie z tego, jak wyobrażał sobie je główny bohater, pisarz. To taka opowieść w opowieści w opowieści, przekształcona już tyle razy, że straciła całkiem swój sens. Także dlatego, że każdy z narratorów ma inny cel. Pomiędzy poszczególne historie wplecione są fragmenty dotyczące procesu twórczego oraz spotkań z uroczą Deniz współczesnego bohatera książki, pisarza, którego losy w zadziwiający sposób łączą się z losami Mehmeda.
Książka, przy odbiorze której bardziej ważne są zmysły niż rozum. Gdzie ważniejszy jest rytm i język opowieści niż sama historia, opowiadanie a nie zakończenie, podobnie jak w „Baśniach tysiąca i jednej nocy”.
Po książkę warto sięgnąć także ze względu na autora. Nedim Gürsel to kontrowersyjny turecki pisarz, Po przewrocie wojskowym w 1980 trybunał wojskowy uznał, że w swoich opowiadaniach Gürsel oczernia armię turecką. Mimo, iż sąd odrzucił oskarżenia skierowane przeciwko pisarzowi, jego kolejne powieści nie ukazywały się w Turcji przez kilka lat. Autor został również oskarżony i skazany za obrażanie Mahometa, jego żon i Koranu (w powieści „Córki Allaha”, opublikowanej w 2008 roku). Obecnie autor mieszka we Francji.
Tytuł: „Mehmed Zdobywca”
Autor: Nedim Gürsel
Wydawnictwo Literackie

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Niezwykła misja w poszukiwaniu prawdy – Arturo Pérez-Reverte

przez , 25.maj.2017, w Obyczajowe, Powieść historyczna

Niezwykła opowieść o niezwykłej misji, której celem jest dostarczenie do Hiszpanii egzotycznej – i niebezpiecznej – kontrabandy. Nie chodzi jednak o narkotyki, złoto, bron czy dzieła sztuki – ale o coś, co w nieuprawnionych rękach może wszczynać rewolucje, obalać trony i podważać autorytet papieży. To wiedza – skupiona w kilkudziesięciu tomach słynnej francuskiej Encyklopedii. Zakazane w Hiszpanii dzieło chce sprowadzić do tego kraju Hiszpańska Akademia Królewska, aby poznać to, co najlepsze w światowej filozofii i nauce. W tym celu do Paryża, stolicy oświeconej myśli, gdzie dyskusje o Wolterze i Rousseau poruszają opinię publiczną wyrusza dwóch dzielnych akademików. A zadanie to niebezpieczne, bo choć na sprowadzenie Encyklopedii zgodę wydali król i Inkwizycja, to misja ma wielu znaczących przeciwników, którzy nie cofną się przed niczym.

„Misja: Encyklopedia” to połączenie powieści awanturniczej z traktatem filozoficznym. Mamy tu błysk szpad, groźnych złoczyńców, turkot powozu na bezludnych drogach i w tle nadciągającą rewolucję. W tym wszystkim, bohaterowie nie szczędzą sobie – i czytelnikowi – niekończących się rozmów o sprawach fundamentalnych, takich jak władza i jej pochodzenie, religia czy nierówność społeczna. Przygody bohaterów poznajemy niejako z kolejnej ręki, bowiem od samego początku wiemy, iż to, co czytamy jest powieścią pisaną przez innego, współczesnego nam członka Królewskiej Akademii, pisarza zafascynowanego tą mieszaniną przygody i przedsięwzięcia naukowego.

Dla Arturo Pérez-Reverte niezwykła misja to pretekst do przedstawiania niekończących się dysput na tematy społeczne, a właściwie na jeden, odwieczny – dotyczący walki o lepszy byt. Według jednych polepszenie może dokonywać się przez edukację, rozmowy, odejście od ślepej wiary i rozmaitych religii, co jakby zakłada, że ludzie wykształceni są nie dość, że lepsi, to jeszcze zdolni do motywowania innych do poprawiania własnego losu. Inni, reprezentowani w książce przez pewnego kontrowersyjnego kanonika twierdzą, że rozmowa nie spełnia swojego zadania, że jest tylko sposobem na okazanie wyższości sfrustrowanym biedakom, którzy poprawić swój byt mogą tylko krwawa rewolucją.  I choć teoretycznie rozmowy bohaterów dotyczą wieku XVIII-go, to przecież są niesamowicie wręcz współczesne. We współczesnej Europie dalej nieustannie zderzają się oświeceni, wykształceni, dobrze sytuowani i liberalni ze sfrustrowanymi barbarzyńcami, żądającymi bynajmniej nie ksiąg, ale chleba, więcej chleba i igrzysk.

Arturo Pérez-Reverte ze swoją „Misją” jest bardzo podobny do dyskusji odbywanych w „Imieniu Róży” Eco, gdzie oświecenie i wiedza, a nawet zwykła nauka czy śmiech były postrzegane jako zagrożenie. Czy rzeczywiście liberalizm, tolerancja, szacunek do odmiennego zdania są sygnałami zepsucia i należy z nimi walczyć? I czy ci, którzy walczą z „zepsuciem”, rzeczywiście mają czyste pobudki? Hiszpański pisarz odpowiada zdecydowanie i odmownie.

To nie powieść akcji, nie czyta się książki błyskawicznie.  Na poszczególnych dysputach i argumentach należy się skupić, choć zmęczenie czytelniczego rozumu przełamuje autor zgrabnymi opisami poszukiwań „Encyklopedii”, wyglądem paryskich ulic i kawiarń, buduarów i gabinetów, a także wtrętami z części drugiej, współczesnej, która pozwala nam śledzić proces zbierania materiałów do powieści i tworzenia książki. „Misja:Encyklopedia” to także prawdziwa galeria barwnych postaci, także wzorowanych na tych autentycznych, a fikcja i prawda splata się tutaj tak zręcznie, że czytelnik nie jest w stanie ich odróżnić.

Świetna powieść.

Tytuł: „Misja: Encyklopedia”

Autor: Arturo Pérez-Reverte

Wydawnictwo Znak

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Interesuje mnie historia codzienności – rozmowa z Katarzyną Kwiatkowską, autorką kryminałów retro

przez , 03.mar.2017, w Kryminał, Powieść historyczna

Najnowsza powieść Katarzyny Kwiatkowskiej, „Zgubna trucizna”, ukaże się niebawem nakładem Wydawnictwa Znak. Z autorką rozmawiamy o fascynacji czasami zaborów, Wielkopolską i Agathą Christie.

 

Skąd się wziął pomysł na pisanie kryminałów retro? Poszła pani za modą? W Polsce to gatunek popularny; mamy Krajewskiego, Wrońskiego, Szymiczkową;

Nigdy nie pisałam do szuflady, nie planowałam zostać pisarką. Przez wiele lat moje życie wypełniała praca. Gdy pewnego dnia musiałam  z tej pracy zrezygnować, okazało się, że nagle mam czas. Postanowiłam więc napisać książkę. To miała być tylko jedna książka, może dla sprawdzenia siebie, może dla zapełnienia czymś luki, która się pojawiła.

Kryminały są w Polsce rzeczywiście niezwykle popularne, zdecydowanie więcej jednak powstaje kryminałów osadzonych we współczesności i gdybym szła za modą, wybrałabym ten typ. Moja decyzja nie miała nic wspólnego z modą. Podobno każdy pisze to, co sam chciałby przeczytać, ja więc postanowiłam napisać kryminał, bo to mój ulubiony gatunek, od początku też wiedziałam, że akcja będzie się rozgrywać w przeszłości. Od wielu lat interesuję się historią, ale historią codzienności: ciekawi mnie życie zwykłych ludzi, ich sprawy i obyczaje, domy i otaczające ich przedmioty.

Od początku było też jasne, że terenem akcji będzie Wielkopolska.

Podobno fascynuje Panią historia Poznania?

Dokładnie mówiąc: Wielkiego Księstwa Poznańskiego, czyli tworu, który oficjalnie istniał do roku 1848, ale w świadomości Polaków przetrwał do 1918 roku. Nikomu przez usta nie przeszłaby poprawna nazwa: Provinz Posen.

Interesuje mnie w mniejszym stopniu historia złożona z faktów, a raczej tradycje i życie  ziemiaństwa, a także mentalność, bardzo odmienną od tej występującej w pozostałych regionach. Chodzi mi przede wszystkim o postawę nacechowaną kultem pracy i oszczędności, a postawa ta ostateczny kształt przybrała  na przełomie XIX i XX wieku jako reakcja na naciski germanizacyjne zaborcy. Ten czas należy zresztą do najciekawszych w tutejszej historii i próbuję go przybliżyć, opowiedzieć o codziennym życiu Polaków pod niemieckim panowaniem.

 „Zgubna trucizna” jest dosyć mocno umocowana w konkretnym czasie i związana z konkretnymi osobami.

Moje dwie pierwsze powieści były raczej kryminałami retro, natomiast dwie ostatnie, Zbrodnia w szkarłacie i Zgubna trucizna, to bardziej kryminały historyczne. W pierwszych dwóch nie opisywałam konkretnych wydarzeń i mogłyby zostać umiejscowione w dowolnym czasie między 1880 a 1910 rokiem. Potem postanowiłam mocniej zakotwiczyć akcję w czasie, bardziej połączyć ją z autentycznymi wydarzeniami. Dlatego już na wstępnym etapie planowania wyszukuję specyficzne dla regionu zjawisko czy organizację, które pozostają nieznane lub znane tylko z lekcji historii. W przypadku Zgubnej trucizny wybrałam  wielkopolską spółdzielczość – wszystkim nam kołacze się w pamięci ksiądz Wawrzyniak i Związek Spółek Zarobkowych, ale to puste nazwy. Starałam się choćby skrótowo przedstawić znaczenie organizacji dla regionu i samą zasadę działania.

Dużo czasu Pani spędza na sprawdzaniu detali historycznych? W książkach jest ich mnóstwo, wliczając w to elementy stroju, już nie mówię o kwestiach technicznych, takich jak druk czy ekonomia. Jak wygląda zbieranie materiałów?

Wiadomości o epoce gromadzę właściwie cały czas. Od pierwszej książki zbieram informacje w kilkunastu tematycznie podzielonych plikach. Te pliki cały czas się powiększają. Posiadam sporą kolekcję albumów ze zdjęciami dworów, całe roczniki „Tygodnika Ilustrowanego”, wiele tomów wspomnień i opracowań ogólnych. W ogóle większość  moich lektur pochodzi z szeroko pojętego XIX wieku lub dotyczy tego okresu, dzięki temu żyję problemami tamtych ludzi i pozostaję w kręgu ich spraw, chłonę atmosferę.

Gdy decyduję się na przedstawienie w książce jakiejś organizacji, np. Związku Spółek Zarobkowych, oczywiście ta wiedza wymaga bardzo znacznego pogłębienia. Wtedy zaglądam do opracowań historii Wielkopolski i z umieszczonej bibliografii wybieram tytuły, które mogą pomóc mi opracować temat. Potem następuje czytanie, streszczanie, dobieranie faktów.

W przypadku Zgubnej trucizny szczegółowego opracowania – oprócz spółdzielczości – wymagały też technika druku i fałszerstwa banknotów. W tym ostatnim opierałam się na amerykańskich książkach, których tytuły wymienione są w powieści jako lektury Jana. Po raz pierwszy też tyle uwagi poświęciłam strojom – z racji zajęcia jednej z głównych bohaterek – i tu pomocne okazały się „Tygodnik Mód i Powieści” i „Bluszcz”.

I muszę przyznać, że to wyszukiwanie detali i ciekawostek z najróżniejszych dziedzin jest niezwykle fascynujące.

Skąd się wziął Jan Morawski?

Nie pamiętam, szczerze mówiąc. Pamiętam natomiast, że początkowo zamierzałam obdarzyć go jakąś psychozą czy zabójczym nałogiem. Ale potem stwierdziłam, że na tle trudnych postaci, w które obfituje współczesna literatura, Jan będzie bardziej się odcinał bez tego balastu. Narodził się więc zwykły człowiek, bez specjalnych traum, kompleksów; miły człowiek, którego cechą charakterystyczną jest wielka wyrozumiałość. Jan, niczym molierowski Filint, zdolny jest pojąć prawie każde szaleństwo i dziwactwo. Żyje według własnych zasad, ale szanuje zasady innych. Potrafi korzystać z czyichś zalet towarzyskich, ale zachowuje sąd o charakterze. Zwłaszcza ta ostatnia umiejętność, którą niektórzy mogliby nazwać hipokryzją, przydawała się w skrępowanych konwenansami czasach, gdy każdy skazany był na towarzystwo mniej lub bardziej nieznośnych osób.

Mimo jednak tej wyrozumiałości, można go wyprowadzić z równowagi i kilku osobom to się udało.

Skąd czerpie Pani pomysły na kolejne zagadki?

Zawsze zaczyna się od ustalenia „kto kogo i dlaczego”, a pomysłów dostarcza otoczenie, wystarczy trochę poobserwować, szczególnie sytuacje konfliktowe i wzajemne relacje kilku osób blisko ze sobą związanych. Trawiona zazdrością kobieta zmuszona pracować u krewnych. Zaślepiony ojciec stawiający jedno z dzieci na piedestale. Narkomanka podporządkowana psychopatce. Dziadkowie zafascynowani wnukami, a jednocześnie nienawidzący synowej. Wszystko to występuje w naturze.

Drugim źródłem pomysłów są przeczytane książki, a zwłaszcza obmyślane dla nich zakończenia alternatywne.

Gdy wiem, kto kogo i dlaczego, zaczynam na tym fundamencie budować cały gmach.

Porównuje się Panią z Agathą Christie. To podobno ona Panią zainspirowała do tworzenia kryminałów. Zgadza się Pani z tym porównaniem? To pochwała czy wyzwanie?

I pochwała, i wyzwanie, ale przede wszystkim tzw. niedźwiedzia przysługa. Takie porównania odbierane są jako uzurpacje, wzbudzają więc sprzeciw i niechęć czytelników. Włącza się mechanizm zaprzeczania: „Nowa Agatha Christie? Co za bzdura?”, i zaczyna się wyszukiwanie błędów, niedociągnięć, które mają dowieść, że tytuł nadano niezasłużenie. A ci czytelnicy, którzy nie szukają potknięć, podchodzą do książki z tak wygórowanymi oczekiwaniami, że nikt nie byłby w stanie im sprostać.

Moim zagadkom daleko do genialności pomysłów Królowej Kryminału, zdecydowanie natomiast bogatsza jest w moich książkach warstwa historyczna i obyczajowa. Przyznaję też, że przygodę z kryminałem rozpoczęłam – jak większość z nas – od powieści pani Christie; było to chyba „Morderstwo w Orient Expresie”.

Myślę, że nie ma polskiej Agathy Christie. Agatha Christie była jedna i ponadnarodowa. Stworzyła pewien wzorzec, kryminał uniwersalny, pchnęła ten gatunek na nowe tory i korzystają z tego pisarze na całym świecie. W tym sensie można powiedzieć, że każdy autor kryminałów w pewnym stopniu inspiruje się bądź tylko inspirował się twórczością Agathy Christie.

Podsumowując zatem: to porównanie jest komplementem, ale nie bardzo prawdziwym, w sumie więc wyrządza więcej szkody niż przynosi korzyści.

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Kim była pani Einstein?

przez , 06.lut.2017, w Powieść historyczna

Wiecie, kim była Mileva Marić? Zakład, że niewiele…chyba, że jesteście fizykami. Ta znakomita matematyczka i fizyczka w świecie naukowym do dziś budzi spore kontrowersje. Była bowiem żoną Alberta Einsteina i do dziś nie wiadomo, jak wielki był jej wkład w prace tego genialnego naukowca. To, że pracowali razem jest pewne, jednak nazwisko Milevy nigdy nie pojawiło się w kontekście autorstwa jakiegokolwiek artykułu. Za to Mileva stała się sławna z powodu listy zakazów, jakich miała przestrzegać żyjąc z Einsteinem. Miała m. in. nie odzywać się do niego niepytana.

Losy Milevy zainspirowały Marie Benedict do napisania książki „Pani Einstein”. To jednak nie biografia, a jej wersja fabularyzowana. Mocno oparta na faktach ale nie stroniąca od własnych rozwiązań, o których autorka mówi wprost. Benedict w swojej historii m. in.  jednoznacznie na ręce Milevy składa odpowiedzialność za stworzenie teorii względności. Jednoznacznie też rozstrzyga kwestię tajemniczej małej córeczki Milewy i Einsteina, Lieserl, która według jednych źródeł miała być oddana do adopcji a według innych – zmarła na szkarlatynę.

„Pani Einstein” to historia niezwykłej osoby – zdeterminowanej dziewczyny o niesamowitej inteligencji i błyskotliwym umyśle. Samotnej i tęskniącej za towarzystwem. Kobiety, która w swoim życiu musiała radzić sobie z wieloma uprzedzeniami. Jako jedna z pięciu kobiet w 1896 roku studiowała na Politechnice w Zürychu (tam zresztą poznała Einsteina), borykając się z uprzedzeniami wobec kobiet i wobec jej krajanów (Mileva była Serbką), a nawet wobec osób niepełnosprawnych (Mileva kulała; w jej kraju kobiety takie uznawano za niezdatne do małżeństwa). Niechętna Milevie była także matka Einsteina, zarzucając dziewczynie to, iż nie była ona typową gospodynią i domagała się poszanowania swojej pracy. Ostatecznie jak widać, ambicje Milevy nie przyniosły jej nic dobrego, chociaż brała ona udział – o czym pisze Marie Benedict – w wielu naukowych dyskusjach.

Benedict skupia się na uczuciach i ambicjach Milevy, jej próbach poradzenia sobie z traumą po utracie dziecka, rozgoryczeniu spowodowanym zachowaniem Alberta Einsteina. I choć nie było to zamiarem autorki, noblista nie jest tu pozytywnym bohaterem. Bardzo ciekawy jest fragment opisujący spotkanie Milevy z Marią Skłodowską – Curie, podczas którego Skłodowska namawia Milevę na samodzielnośc i walkę o uznanie własnej pracy.

Książka obejmuje niestety tylko część życia Milevy – od jej przyjazdu do Zürychu aż do rozstania z Einsteinem. I niestety nie udało się autorce ukryć smutku – smutku wynikającego z faktu, że wielka osobowość, kobieta o niesamowitych możliwościach zmarnowała swoją życiową szansę. Ja przynajmniej odbieram to jako zmarnowaną szansę.

Tytuł: „Pani Einstein”

Autor: Marie Benedict

Wydawnictwo Znak

Zostaw komentarz :, , , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...