Reportaż

Amerykański sen czy nordycka teoria miłości?

przez , 25.paź.2017, w Reportaż

Ameryka jest dla nas czymś w rodzaju raju, ziemi miodem i mlekiem płynącej. Nieograniczonych możliwości i historii „od pucybuta do milionera”. Z drugiej strony my, Polacy, zerkamy na Szwecję i marzymy o tamtejszym „socjalu” i opiece zdrowotnej. Co byśmy wybrali, gdyby dano nam wybór?

Anu Partanen, fińska dziennikarka i pisarka stanęła przed takim wyborem. Z jednej strony jej rodzimy kraj, reprezentujący „nordycki sen”. Z drugiej nowa ojczyzna, do której anu przeniosła się z powodu partnera, później męża. Dziennikarka od 2013 roku jest obywatelką USA a jej debiut książkowy, „Ameryka po nordycku” to bardzo dokładne porównanie Stanów Zjednoczonych z blokiem krajów nordyckich, kraju możliwości z państwami opiekuńczymi.

Punktem wyjścia dla Anu jest powszechne mniemanie, że USA to państwo możliwości, innowacji i kreatywności, gdzie wolność obywatela jest sprawą nadrzędną. Z kolei kraje skandynawskie – Finlandia, Szwecja, Norwegia, Dania – uznawane są za socjalistyczne w podejściu do obywatela, mocno normujące rozmaite sfery życia, a przez to ograniczające wolność.  Amerykanów odbiera się jako optymistycznych i entuzjastycznych, serdecznych i rodzinnych. Mieszkańców Północy jako oziębłych i zdystansowanych, już nie mówiąc o powszechnych problemach z depresją, melancholią i chorobami alkoholowymi. Anu stara się rozwikłać rozmaite zależności, opisując zasady działania państw w takich dziedzinach jak edukacja, podstawowa i wyższa, służba zdrowia, opieka społeczna, stosunek do osób starszych i opieka nad dziećmi, podatki. Stara się zbadać, co wpływa na poczucie bezpieczeństwa i jak polityka poszczególnych państw w tych dziedzinach wpływa na jednostkowe poczucie szczęścia. Oczywiście, czuć sentyment Anu do jej ojczyzna, czyli Finlandii, ale autorka stara się być jak najbardziej obiektywna. Powołuje się na rozmaite badania, raporty, statystyki a także rozmawia ze specjalistami i zwykłymi obywatelami, którzy np. mieli okazję porównać obie rzeczywistości czy też którzy mogą stanowić przykład działania opisywanych przez nią mechanizmów. Z poszczególnych elementów udaje jej się wyłonić te, które, złożone razem, mogłyby posłużyć do zbudowania społeczeństwa może nie idealnego, ale szczęśliwego.

Bardzo ciekawa lektura dla Polaków, zwłaszcza tych, którzy rozpatrują możliwości emigracyjne. Ciekawa zapewne także dla przedstawicieli opisywanych krajów – zwłaszcza dla Amerykanów, bo Anu Partanen stara się wyjaśnić, dlaczego tak wielki rozdźwięk jest między wysoką pozycją USA jako bogatego kraju a coraz gorszą sytuacją jego obywateli. Warto także zapoznać się z czymś, co autorka nazywa „nordycka teoria miłości” a co – w dużym skrócie pokazuje, że obywatele, którzy nie są związani ze sobą względami ekonomicznymi, tak jak np. amerykańcy małżonkowie czy też rodzice i dzieci – mogą okazywać sobie prawdziwe uczucia.

Książka została wyróżniona wśród najlepszych tytułów 2016 roku przez najważniejsze amerykańskie dzienniki i czasopisma, m.in.: „New York Post”, „The Seattle Times” i „O, The Oprah Magazine”.

Tytuł: „Ameryka po nordycku. W poszukiwaniu lepszego życia”

Autorka: Anu Partanen

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Zostaw komentarz :, więcej...

Historia dwudziestolecia od kuchni – wkład kobiet w budowanie państwa

przez , 23.paź.2017, w Reportaż

Dwudziestolecie międzywojenne. Czas wielkich przemian w Polsce. Budowania państwa, odnajdywania się w nowej rzeczywistości. Jednak Aleksandra Zaprutko-Janicka nie zajmuje się polityką, opisywaniem spotkań, decyzji i rozmaitych traktatów. Jej historia to ta od kuchni, dotycząca spraw najważniejszych – jedzenia i karmienia, funkcjonowania gospodarstw domowych, organizacji domowego życia. to historia opowiadana z punktu widzenia kobiet, których działania często zakrawają na heroizm. to historia rewolucji technologicznej, emancypacji, rewolucji gospodarczej.

Postanowiłam zapytać autorkę o to, jakie jest miejsce kuchni w historii.

Historię zazwyczaj pokazuje się przez bitwy, politykę, zamachy… Pani postanowiła opowiedzieć o kawałku naszej historii z perspektywy kuchni. Skąd taki pomysł?

Pomysł na „Dwudziestolecie od kuchni” pojawił się już dawno. Kiedy pisałam książkę o okupacji, poświęconą kobiecej zaradności, zastanawiało mnie jak to możliwe, że Polki tak szybko poukładały sobie wojenną rzeczywistość. Zrozumiałam, że wynikało to z doświadczenia zdobytego lata wcześniej. Zbierając materiały, budowałam w sobie coraz wyraźniejszy obraz tamtej epoki, daleki od cukierkowej wizji. Codzienne troski zwykłego człowieka są doskonałym pryzmatem, przez który warto spojrzeć na tak zwaną wielką historię. Czułam, że po prostu warto o tym opowiedzieć.

- Dwudziestolecie międzywojenne to czas gwałtownych przemian. Polska odzyskuje niepodległość i stara się znaleźć swoje miejsce na mapie. Zawsze i wszędzie w tym przypadku wspomina się właściwie tylko o mężczyznach. Pani zdaje się mówić, że te wszystkie przemiany odbywały się także dzięki kobietom…

Zdecydowanie tak! Przecież kobiety stanowiły połowę społeczeństwa, przez co żadna duża inicjatywa nie mogła się odbyć z ich pominięciem. Gdy pojawia się temat odzyskania niepodległości, na pierwszy plan wysuwa się naturalnie Józef Piłsudski, obok niego legioniści, może jeszcze ułani Beliny-Prażmowskiego i… tyle. A tymczasem gdyby nie energiczna działalność Ligi Kobiet powstałej w 1913 roku żołnierze Marszałka chodzili by brudni, głodni i w dziurawych skarpetkach. Choć kobiety niemal nie uczestniczyły w walce zbrojnej, nie oznacza to przecież, że nie przyczyniły się do odzyskania niepodległości na swój własny sposób. Gdyby nie one zawaliła by się na przykład cała gospodarka. To kobiety przecież zastąpiły mężczyzn, gdy ci poszli walczyć na frontach pierwszej wojny światowej.

- Czy zajmowanie się kuchnią w 20-leciu to była lekka praca? Czy wykonywały ją tylko kobiety?

O wiele cięższa niż teraz. Nie było supermarketów, a posiadanie lodówki stanowiło prawdziwy luksusem. Kobieta chcąc ugotować obiad niemal codziennie musiała pędzić na targ, do kilku sklepów i jeszcze zabierać ze sobą naczynia, w które mogła przelać lub przesypać zakupione towary. W domach, w których nie było gazu, elektryczności, bieżącej wody i kanalizacji panie musiały sobie radzić także z zapewnianiem opału, paleniem pod kuchnią, czerpaniem wody ze studni lub pompy, przynoszeniem jej do domu, a potem pozbywaniem się pomyj. To całe mnóstwo wcale nie takich znowu lekkich zajęć, a nie doszłyśmy nawet do kwestii samego gotowania, która także w całości spoczywała na barkach kobiet. Panowie uważali, że to typowo damskie zajęcie im nie przystoi…

- W pewnym momencie wspomina Pani, że wspominając o kuchni dwudziestolecia mówi się tylko właściwie o jedzeniu ludzi bogatych. Postanowiła Pani zmienić ten trend?

Oglądając filmy i seriale osadzone w tamtym okresie można odnieść wrażenie, że po ulicach przechadzały się tylko damy z kołnierzami z norek, obwieszone sznurami pereł i mężczyźni w doskonale skrojonych garniturach. Ci wyfiokowani państwo kierowali swoje kroku do Bristolu, czy Adrii, gdzie przepuszczali fortunę bawiąc się i biesiadując. Tak żył jednak zaledwie promil społeczeństwa. Około 70% Polaków mieszkało na wsi i przeważająca ich część cierpiała biedę. Statystyka jest nieubłagana – siłą rzeczy w większości wywodzimy się właśnie od niezamożnych chłopów. Ja nie mam z tym problemu – jestem dumna z moich dziadków i pradziadków, którzy całe życie ciężko pracowali na roli. Fakt, że jadali skromniej niż jaśniepaństwo w ziemiańskim dworze nie sprawia, że ich codzienne menu jest mniej ważne. Zamiast na siłę doprawiać sobie nieistniejące herby, warto odkrywać tę prawdziwie polską kuchnię, która nie ma nic wspólnego ze schabowym, szlachecką biesiadą i bigosem myśliwskim.

- Wspomina Pani także, że to, co nazywamy dziś „kuchnią chłopską” czy „tradycyjną” ma niewiele wspólnego z tym, co rzeczywiście pojawiało się na stołach. Skąd czerpała Pani informacje?

Z różnych źródeł. Niezwykle ważnym informatorem była moja Babcia (rocznik 1921), która wychowała się na podłowickiej wsi. Zbierałam rodzinne opowieści od znajomych, przeszukiwałam pamiętniki, książki z epoki, prasę. Powoli udało mi się to złożyć w jedną bardzo interesującą całość.

- Wspomina też Pani w książce kilka razy o swojej rodzinie. Czy rodzina była dla Pani pomocą? Inspiracją?

Ogromną! Moja najwspanialsza Babcia opowiadała mi o swojej młodości, o tym, jak funkcjonowało gospodarstwo jej rodziców. O przechowywaniu żywności, o tym, co jadało się na poszczególne posiłki. To dla mnie bezcenna wiedza, którą z przyjemnością podzieliłam się z czytelnikami. Zresztą, na każdym kroku zachęcam ludzi do wysłuchiwania opowieści swoich dziadków, dopóki jest jeszcze kogo zapytać. W wielu książkach mieli się w kółko te same fragmenty kilku przedwojennych pamiętników, a tymczasem jest tak wiele nieodkrytych historii, które wkrótce mogą znikną bezpowrotnie.

- Książka, choć teoretycznie zajmuje się kuchnią, mówi o wielu rzeczach. Pisze Pani o gospodarce, rewolucji społecznej, także o feminizmie i zmieniającej się roli kobiety. Czy rzeczywiście w kuchni odbijają się wszystkie procesy?

Umówmy się, każdy, bez względu na poglądy czy status społeczny, musi jeść – i feministka, i mizogin, i wiejska baba, i żołnierz idący do boju, czy dziedzic w ziemiańskim dworze. Dzięki temu kuchnia jest doskonałym pretekstem do opowiedzenia o życiu Polaków ze wszystkich warstw społecznych. Przemiany w skali makro, jak rozwój technologiczny, ważne ruchy społeczne, czy kryzysy gospodarcze, mają bezpośrednie przełożenie na codzienność zwykłego gospodarstwa domowego.

-   Kobiety często, także dzisiaj, odsyła się do kuchni, deprecjonując zarówno miejsce jak i wagę tego zajęcia. Słusznie?

Chętnie zobaczyłabym popis kuchenny kogoś, kto odsyła „baby do garów”! Żeby dobrze gotować potrzeba lat praktyki, pomysłowości, dokładności, odrobiny wysiłku i dużo, dużo czasu. Gdy słyszę pełne pogardy przytyki kierowane w stronę kobiet, które nie pracują zawodowo, tylko prowadzą dom i opiekują się dziećmi, krew się we mnie gotuje. Tak przed wojną, jak i dziś, wysiłek kobiet wkładany w to zajęcie jest niedoceniany i wielu osobom wydaje się po prostu oczywistością. Gdy z jakiegoś powodu pani nie może go już dłużej samodzielnie go podejmować, nagle zauważa się, jak wiele spraw każdego dnia spoczywa na jej barkach.

Tytuł: Dwudziestolecie od kuchni

Autorka: Aleksandra Zaprutko-Janicka

Wydawnictwo Znak

Zostaw komentarz :, , , , , więcej...

Kim są państwo Macron?

przez , 24.sie.2017, w biografia, Reportaż

Ten polityk ma dar do wzburzania Polaków, od kiedy tylko objął swoje stanowisko. Dosyć nieoczekiwanie, pokazując jednak zdrowy rozsądek Francuzów wyprzedził w wyścigu o fotel prezydencki nacjonalistów z ich populistycznymi hasłami. I stał się powodem potężnej burzy w polskim internecie. Nie z powodu swojego programu politycznego, ale dlatego, że wbrew naszej patriarchalnej, mizoginicznej i szowinistycznej kulturze ośmielił się mieć żonę o 24 lata starszą od siebie. Tę burzę najlepiej podsumowała jedna z internautek, której imienia nie pamiętam „to zadziwiające, że w Polsce tak wielkie oburzenie budzi mężczyzna szczęśliwie od wielu lat żonaty z tą samą kobietą, podczas gdy powszechny entuzjazm i podziw budzi mężczyzna, który ma trzecią już z kolei żonę, młodszą od siebie o tyle samo, o ile jest starsza od Macrona jego żona (mowa o Trumpie, jakby ktoś się nie zorientował).

Pogardliwie panią Macron nazywano „babcią” – co jednak skutecznie ukróciło zdjęcie zestawiające uśmiechniętą, przepiękną, zadowoloną z siebie „babcię” z sięgającymi nieba, zgrabnymi nogami z Beatą Szydło. Szczerze? Uważam, że lata to levele, nie obchodzi mnie kto ma ile lat w związku i cieszę się, że pani Brigitte i jej małżonek pokazują środkowy palec „polaczkom”. Obyczajowo i w polityce, biorąc pod uwagę grafik wizyt prezydenta Macrona w sprawie chociażby pracowników delegowanych.

 

Rozpisałam się o tym tak długo, bo historia małżeńska Macronów skłoniła mnie do sięgnięcia po cienką książeczkę, wydaną przez Wydawnictwo Studio Emka. „Państwo Macron” to dokument przygotowany przez dwie niezależne francuskie dziennikarki, Caroline Derrien i Candice Nedelec. Obie mają już na swoim koncie podobne publikacje, poświęcone na przykład Sarkozy’emu i jego stosunkom z kobietami. Reportaż został napisany przed słynnymi wyborami prezydenckimi, ale znakomicie przedstawia fenomen Emmanuela Macrona, który na światowej arenie pojawił się trochę jak diabełek z pudełka. I niestety obraz, jaki wyłania się z reportażu, nie jest dla Polski pomyślny. Bo Macron jest ambitny, nie waha się grać twardo i va banque.

 

Książka jest o parze – i sporo miejsca autorki poświęciły początkom znajomości Brigitte i Emmanuela, czyli temu, co tak rozgrzewa wszystkich miłośników plotek. Przedstawiają fakty, to, co o swoim związku mówią oboje małżonkowie i to, jak cała sytuacja była przyjmowana przez środowisko. W sposób wyważony, nie w stylu rodem z plotkarskich portali, choć o tych plotkach, paparazzich i opiniach też wspominają. Wyłania się z ich opowieści obraz niezwykle zdeterminowanego siedemnastolatka, który postawił sobie za cel zdobycie kobiety, która go fascynuje, motywuje, stymuluje do działania. I który po wielu latach wciąż trzyma za rękę swoją Brigitte, która jest dla niego powierniczką i doradcą. I wiecie co? Ten francuski prezydent strasznie mi tym imponuje.

 

Jednak „Państwo Macron” to nie historia miłosna. To obserwacja zjawiska politycznego, jakim jest En marche!. Tych, których interesują tylko smaczki obyczajowe, ponad połowa książki poświęcona francuskiej polityce zapewne znuży, bowiem wymaga już sporej orientacji w temacie. A od polityki w Polsce mamy samych specjalistów, chociaż tych, którzy rzeczywiście się na niej znają – niewielu. Ale nawet pomimo nieznajomości tematu widać to, jak spektakularnym zjawiskiem jest na europejskiej scenie politycznej ten francuski prezydent.

 

Książka dla tych, co lubią wiedzieć, jak było naprawdę.

Tytuł: „Państwo Macron”

Autorki: Caroline Derrien, Candice Nedelec

Wydawnictwo Studio Emka

2 komentarze :, , , więcej...

Spieniona historia Europy

przez , 29.cze.2017, w Reportaż

Zdecydowanie coś dla wielbicieli piwa – dzieje Europy opowiedziane z punktu widzenia tego złocistego napoju. Okazuje się, że wystarczą 24 pinty rozmaitych piwnych rodzajów i marek, żeby pokazać jakiś kluczowy moment lub rozdział w europejskiej historii – np. rewolta Lutra, przejmowanie władzy przez Hitlera w regionie bawarskim, pierwsze transporty kolejowe . Nie zabrakło w książce także słynnych ludzi (takich jak słynny mikrobiolog Pasteur , Luter, car Piotr Wielki, C.S. Lewis i Tolkien, Vaclav Havel a nawet święty Kolumban, któremu przypisuje się cud rozmnożenia piwa). Autorzy przemieszczają się po całym kontynencie opisując rozwój i dzieje browarnictwa, od browarów klasztornych i domowych (czy wiecie np., że to irlandzcy mnisi uratowali dla współczesnej Europy piwo?)po wielkie kompanie, takie jak Carlsberg, Guinness, Peroni czy Heineken.

Książka to nie podręcznik warzenia piwa, ale raczej przewodnik po sposobach jego produkcji, zmieniających się upodobaniach Europejczyków, wpływie rozwoju technologii na proces produkcji (np. słynna metoda obróbki termicznej wymyślona przez Pasteura w celu usuwania z drożdży zanieczyszczeń i bakterii), przy czym autorzy zadbali o odpowiednią ilość historyjek i anegdotek ubarwiających poszczególne historie. Sięgają przy tym do zapisów, opowieści, podań, dzieł sztuki (np. malarstwa holenderskiego, w którym picie piwa ma swoją godna reprezentację). Przy okazji udało im się rozwiać kilka mitów – że Rosjanie od zawsze pili tylko i wyłącznie wódkę, że piwo to napój dla pospólstwa i że picie piwa jest szkodliwe (były bowiem i takie okresy, kiedy to piwo chroniło np. wielkie armie przed rozmaitymi przygodami gastrycznymi). Udało im się tez udowodnić, że to nie wino, rozpowszechnione przez Rzymian i chrześcijan (tak tak!), ale piwo jest prawdziwie europejskim napojem, a jego spożywania bynajmniej wstydzić się nie należy. Jak to mówił wspominany już tutaj Luter: „Ten kto pije piwo, dobrze śpi. Ten, kto dobrze śpi, nie grzeszy. Ten kto nie grzeszy, pójdzie do nieba” .

W książce znajdziemy także polskie akcenty – bowiem to w Polsce miał miejsce jedyny taki w historii przypadek, gdzie do Sejmu dostała się Polska Partia Przyjaciół Piwa.
Polskie wydanie książki zostało rozszerzone o rekomendacje piwne Pawła Leszczyńskiego – certyfikowanego sędziego piwnego i współorganizatora Warszawskiego Festiwalu Piwa.

Tytuł: „Spieniona historia Europy. 24 piny które nawarzyły piwa”

Autorzy: Mika Rissanen, Juha Tahvanainen

Wydawnictwo Agora

Zostaw komentarz :, , , , , , , więcej...

Betonowa pustynia a może miejska dżungla? Nathanael Johnson odkrywa sekrety roślin i zwierząt

przez , 01.cze.2017, w Poradniki, Reportaż

Uważamy miasto za betonowe pustynie, w których nic nie rośnie i nie ma zwierząt, a jak człowiek nie ma pieniędzy na koncie na zakupy to umrze z głodu. Tymczasem miasta to bogate ekosystemy, których najzwyczajniej w świecie nie widzimy. A przedstawicieli świata natury nie zauważamy albo czujemy do nich obrzydzenie, jak np. do miejskich gołębi. Są jednak ludzie, którzy z pasja odkrywców poświęcają się eksploracji nie odległych regionów, a własnych podwórek. Często z zadziwiającymi efektami.

Nathanael Johnson zainteresował się światem, który go otacza, kiedy jego roczna córeczka Josephine zaczęła zasypywać go pytaniami. A dokładnie jednym – „to?” ze wskazaniem palcem. Mając serdecznie dosyć udzielania ciągle tej samej odpowiedzi na widok palca wyciągniętego w stronę drzewa, Nathanael zaczął wymyślać: liście, kwiaty, igły, pień, konar, gałąź, pączki, kwiat… Gra trwała tak długo, że nasz bohater mimowolnie zaczął zauważać szczegóły po raz tysięczny mijanej rośliny. A potem go zainteresowało, co to za drzewo, kupił przewodnik…i tak przepadł, stając się jednym z hobbystów – odkrywców, poszukiwaczy wiedzy na temat tego, co go otacza.

W swojej książce Johnson po pierwsze opisuje stworzenia, których w naszym miejskim życiu nie widzimy lub których nie lubimy – gołębie, mrówki, chwasty… I odkrył, że po pierwsze strasznie mało wiemy na temat naszych najbliższych towarzyszy (na przykład niesamowicie popularnego w jego stronach sępnika różowogłowego czy nawet zwykłych gołębi), po drugie, że są ludzie, których życie polega na rozwikływaniu rozmaitych tajemnic, na przykład tej, dlaczego miejskie gołębie tak często mają uszkodzone kończyny. Odkrył też, że miejska przyroda jest pełna produktów spożywczych, które pomijamy – na przykład rozmaitych roślin uznawanych za chwasty i tępionych) i niesamowitych organizmów, których umiejętności przyprawić nas mogą o ból głowy (np. zdolność gołębi do wracania w to samo miejsce czy znajdowania przez wiewiórki ukrytego wcześniej pokarmu). Poszukiwania wciągnęły zarówno autora, jak i jego malutka córeczkę, a jeśli chcemy podążyć jego śladem – Johnson podaje nam sposób, jak to zrobić.

„Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli” wpisują się w trend ponownego zainteresowania człowieka środowiskiem i prób życia z nim w harmonii. Przykładem tego mogą być chociażby bijące rekordy popularności książki Petera Wohllebena „Sekretne życie drzew” czy „Duchowe życie zwierząt”. Coraz częściej dostrzegamy własna arogancję i –przestajemy się traktować jako „koronę stworzenia” wszystkowładną i wszystkowiedzącą na rzecz pokory i sokratesowego  „wiem, że nic nie wiem”. No bo jak traktować się inaczej, jeżeli nie mamy najmniejszego pojęcia, co żyje na naszym podwórku? Ale jeśli zechcemy się tego dowiedzieć – to książka Johnsona będzie dobrym przewodnikiem na początek.

Tytuł: Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli”

Autor: Nathanael Johnson

Wydawnictwo Vivante

Zostaw komentarz :, , , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...