Sport

I jak tu nie biegać – Beata Sadowska

przez , 03.cze.2014, w Sport

Dziś będzie o…bieganiu. A właściwie o książce o bieganiu. Jednej z nielicznych, jaka mi się podobała, bo biegać to ja lubię, ale wszystkie książki o tym (poza słynnym już „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” Murakamiego) wydają mi się sztuczne i wydumane. Autorzy skupiają się na wskazówkach treningowych i to bywa przydatne, aczkolwiek  taką książkę raczej czytam jako receptę i podręcznik, albo popadają w nadmierną mistykę. Beacie Sadowskiej udało się znaleźć złoty środek. Co ważniejsze, książka to głos biegającej kobiety. I niech mnie odsądzają od czci i wiary zwolennicy równouprawnienia, ale kobiece i męskie bieganie się różni i basta.

i-jak-tu-nie-biegac-b-iext24710647

Beata Sadowska przede wszystkim nie jest zawodowym biegaczem. Jest tzw. amatorem, to znaczy że bieganiem nie zarabia na życie. Nie ma do swojej dyspozycji całego sztabu ludzi pracującego nad jej kondycją, zdrowiem, motywacją. Motywację Beata, uczestniczka kilkunastu maratonów na całym świecie musi znaleźć w sobie sama. Na przekór męczącej rzeczywistości, pomimo braku czasu i lenia, ogarniającego ją od czasu do czasu. Owszem, pomaga jej w tym mąż, zapalony biegacz, ale tak naprawdę Beata, która nie cierpiała biegać, ochotę na ten rodzaj aktywności fizycznej musiała odnaleźć w sobie sama. Potem doszło towarzystwo psa i biegających przyjaciół.

O czym jest ta książka? O bieganiu amatorskim, czyli wyrywaniu czasu na bieg z zapełnionego kalendarza, bieganiu o świcie i na urlopie, odwiedzaniu w ten sposób egzotycznych miejsc i odkrywaniu zakamarków pozornie znanych zakątków. O tym, że można biegać nie dla wyniku i bez sprzętu mierzącego puls, kilometraż i liczbę spalonych kalorii i o tym, że można biegać w ciąży. Beata pisze o swoich doświadczeniach i co ważne – wcale nie kreuje się na osobę wszystkowiedzącą. W swoim bieganiu jest niezwykle skromna – mimo tych przebiegniętych kilkunastu maratonów – i nieustająco podkreśla, że to co pisze to jej subiektywne zdanie. Jej punkt widzenia to nie punkt widzenia zawodnika bijącego rekordy, ale biegacza, dla którego najważniejsza jest radość z przebierania nogami. Tę radość udało się Beacie Sadowskiej pokazać i to w taki sposób, żeby „niebiegacza” nie zanudzić i nie zniechęcić.  Subiektywne odczucia, wrażenia i doświadczenia Beata zestawia z krótkimi rozmowami ze swoim trenerem, Kubą Wiśniewskim. To, co ona czuje, on podbudowuje teorią i doświadczeniem.

Ciekawa książka dla biegacza, chociaż może raczej dla biegaczki, bo mało tu o wynikach, rekordach, planach treningowych, kilometrażach i innych szczegółach technicznych. Za to dużo o wrażeniach, przemyśleniach i uczuciach z bieganiem w tle.

Tytuł: „I jak tu nie biegać”

Autor: Beata Sadowska

Wydawnictwo Otwarte

Zostaw komentarz :, , , , więcej...

Maraton i kuchnia sycylijska

przez , 03.maj.2013, w Kuchnia, Romans, Sport

I znowu leje…Jak nie śnieg w kwietniu, to ulewa w maju, nic tylko się zastrzelić z depresji. I nawet nie pomaga kawa z Gwatemali, hiszpańska szynka i książka o sycylijskiej kuchni. Ale o tej ostatniej za chwilę, bo na razie…

…na razie się będę chwalić: przebiegłam Cracovia Maraton. W czasie 4 godziny i 42 minuty, czyli poprawiłam swój czas od ostatniego maratonu ( i mojego pierwszego zarazem) o 18 minut. Cieszę się jak dziecko, bo bałam się okropnie, bardziej niż tego pierwszego. Może dlatego, że tym razem wiedziałam, na co się piszę. Tak, wiem, byłam lepiej przygotowana, i fizycznie i psychicznie, ale…Znacie to chińskie przysłowie: jeśli coś zdarzyło się raz, mógł to być przypadek. Ale jeśli się zdarzyło dwa razy, na pewno zdarzy się i trzeci. No więc przypadek to nie był, ten tydzień do końca jeszcze odpoczywam, a potem przygotowania do maratonu we Wrocławiu we wrześniu. Już wiem, że muszę biegać bardziej regularnie, bo to popłaca, potrzebuję więcej wybiegań i absolutnie nie mogę rezygnować z interwałów spinningowych. Może być to nieco ciężkie, bo moja trenerka nad trenerkami zrezygnowała z pracy w mojej siłowni i teraz trzeba będzie skłonić innego trenera do pracy z pulsometrem, chociaż oni raczej nie są do tego skłonni. Albo – tu padła rewolucyjna myśl – sama zrobię kurs instruktora spinningu:-) Muszę też więcej czasu poświęcić na trening pleców i obręczy barkowej, bo podczas biegów długodystansowych one też intensywnie pracują i ostatnio zesztywniały mi chyba bardziej nawet niż uda.

Autor: Wiktor Kammer

 

Z misiowilkami:-)

Podsumowując – skurczów tym razem żadnych nie było, ani podczas biegu ani po. Owszem, bolały mnie stopy i mięśnie czworogłowe miałam kompletnie zesztywniałe, ale to mały pikuś w porównaniu z tym co czułam 7 miesięcy temu. Uczucie na mecie też nie to samo, łez tym razem nie było, ale dalej była satysfakcja. Tym bardziej, że przez całą trasę spotykałam dopingujących mnie znajomych, a moje ukochane koleżanki i koledzy z gromady misiowilków czekali z szampanem na mecie.

Więc jeśli mnie pytacie dalej, czy warto biegać maratony to powiem – oj tak, warto! Tym bardziej, że podczas biegu pozytywnych emocji też nie brakło. Bo przez jakiś czas, tak od 11 do 25 kilometra biegłam obok chłopaka jadącego na wózku inwalidzkim. Co mi było gorzej albo chciałam zwolnić to patrzyłam na niego i myślałam „on daje radę a ty nie dasz?”. A po 25 kilometrze on mnie zapytał, ile już za nami. Jak usłyszał, że 25, uśmiechnął się, chociaż było widać, że jest zmęczony i powiedział „no to teraz już z górki”:-) Szacun, stary!

Autor: Marek Lasyk

A teraz, jak już się do zerzygu naczytaliście o bieganiu, czas na obiecaną książkę. Tym razem leciutko, nawet do przesady, i babsko, też do przesady, chociaż sama chciałam coś takiego na majówkę. Oczywiście skusiłam się na „romanso-książkę kucharską” i ciutkę czuję niedosyt. Książka poświęcona jest Sycylii i przewija się w niej sycylijska kuchnia, ale tym razem jakoś tak mało konkretnie, symbolicznie, bez konkretnych przepisów. Chociaż może chodzi o to, że w sycylijskiej kuchni wszystko polega na wyczuciu? Moja mama, jak ją pytałam o ciasto na pierogi, też nie potrafiła mi podać proporcji. W sumie, gdy ja gotuję, też nie trzymam się na przykład czasu podanego w przepisach – głównie dlatego, że mój piecyk zupełnie jak ja chodzi własnymi ścieżkami i od spodu piecze jak szalony, a od góry ledwo muska i trzeba używać różnych dziwnych sztuczek, żeby ciasto nie przypominało węgla od dołu:-) więc niech będzie, odczepię się od tych mało konkretnych przepisów pani Ley. Tym bardziej, że podoba mi się preferowana przez nią filozofia gotowania – jedzenie proste, za to ze świeżych, lokalnych, dobrej jakości produktów. Won z pomidorami z supermarketu, czas na pomidory kupowane z koszyka na straganie!

Bohaterką „Domu na Sycylii” jest Tess – dobiegająca czterdziestki matka samotnie wychowująca nastoletnią córkę. Pewnego dnia Tess, wiodąca do tej pory niezbyt absorbujące życie, dostaje niespodziewany spadek – willę na Sycylii. Dom zostawił jej pewien angielski artysta, którym opiekowała się sycylijska rodzina Tess. Kobieta otrzyma dom pod warunkiem, że pojedzie na wyspę go zobaczyć. Bohaterka decyduje się na wyjazd mimo niechęci swojej matki, Flavii, która w młodości opuściła Sycylię i do dnia dzisiejszego odmawia rozmów na temat przeszłości. Dla Tess sycylijska podróż to szansa na poznanie przeszłości swojej matki oraz zmierzenie się z własnymi demonami.

„Dom na Sycylii” podoba mi się o tyle, że – tak, tak, odzywa się mój feminizm – opowiada o kobietach, które chcą i potrafią dokonywać własnych wyborów i iść za głosem serca, niezależnie od konsekwencji. Wiedzą, co dla nich ważne i potrafią o to walczyć. Tym czymś jest samostanowienie i prawo do własnej drogi, chociaż niekoniecznie to, co nam się z feministką kojarzy – samotne życie i praca zawodowa. Owszem, te bohaterki też potrzebują rodziny, mężczyzny, dzieci, miłości, ale to one dyktują warunki, a nie rodzina, sąsiedzi czy społeczeństwo. Wszystko to Rosanna Ley włożyła w romantyczną scenerię Sycylii, co ładnie by zagrało, gdyby nie pewne niedoróbki warsztatowe. A mówiąc dosadniej – widać, że autorka Sycylii nie odwiedzała. Pewne rzeczy potraktowała więc sztampowo (Sycylia = mafia, Sycylijczycy są groźni, ponurzy i namiętni), nie uniknęła też drobnych błędów rzeczowych. Mnie najbardziej rzuciło się w oczy – pewnie dlatego, że książka wychwala włoskie lokalne produkty – że na prawdziwe sycylijskie śniadanie bohaterka je szynkę z Serrano. Dla niewtajemniczonych – to surowa szynka podsuszana tradycyjnymi metodami w specyficznym klimacie Katalonii, Kastylii i Estremadury, a więc Hiszpanii. Ale może ja się czepiam:-)

A tak nawiasem mówiąc – na fejsbuku Wydawnictwo Literackie założyło fanpejdża poświęconego wydawanej przez siebie prozie dla kobiet. Nazywa się to Prozak – polecam:-)

Tytuł: Dom na Sycylii
Autor: Rosanna Ley
Wydawnictwo Literackie

1 komentarz więcej...

Polityka, rozkosze jedzenia i jak biegać po Paryżu

przez , 09.mar.2013, w Fantastyka, Kuchnia, Podróże, Sport

Od czego by tu dziś…bieganie, podróż czy książka najpierw?

No dobra, niech będzie książka.

Książka, której akcja dzieje się w jakimś „never, never landzie”, w czasach bardzo przypominających starożytny Rzym z jego demokracją i podziałem na obywateli i miejscowych. I jednocześnie książka bardzo realna, bo opisująca mechanizmy i wzajemną zależność wielkich pieniędzy i polityki. To, jak łatwo idee ulegają wypaczeniu i jak łatwo wielkie plany mogą runąć. Z powodu złych kalkulacji czy wreszcie jednego nieprzewidzianego zdarzenia…

Bohaterem „Składanego noża” jest Basso. Bassianus Sewer. Syn pierwszego obywatela i późniejszy pierwszy obywatel. Zdeterminowany, odważny, z wizją, niekonwencjonalny. Genialny umysł, który potrafi przewidywać, jak przysłowiowe machnięcia skrzydełek motyla w amazońskiej dżungli wpłyną na wahania giełdy. Nie liczą się dla niego opinie ludzi, ale liczy sie dla niego opinia kilku wybranych. Ma dar do dawania niechcianych prezentów i mimowolnego zjednywania sobie sympatii ogółu. Otoczony zgrają doradców i popleczników potrafi skutecznie pominąć ich opinie, aby zrobić coś, co wydaje się być kompletną katastrofą. Basso Wielki. Basso Wspaniały. Basso Mądry. A jednocześnie Basso popełnia błędy – za bardzo przywiązuje się do niektórych. Za bardzo stawia wszystko na jedna kartę. Za bardzo ufa swojemu szczęściu i intuicji. Co prawda one nigdy go nie zawodzą, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz.

K.J Parker znakomicie opisuje mechanizm tworzenia – czy może powstawania – wielkich postaci. Od zwykłego zadziornego chłopaka po mężczyznę rządzącego narodem. W „Składanym nożu” znajdziemy wszystko to, co niezbędne do tego, aby wykreować wielkiego człowieka: dobre warunki wyjściowe, dobrzy doradcy, determinacja, ogromna praca i wiele szczęścia. To uniwersalny konglomerat, schemat działający do dziś. Chociaż mam wrażenie, że dziś ograniczony po prostu do grona specjalistów, którzy nawet miernotę potrafią wywlec na szczyt. Ale umówmy się, że o polityce nie rozmawiamy na tym blogu, ok?

To książka o wznoszeniu się i upadku i sile ludzkiego ducha. A także tym, jak ważne potrafią być małe gesty. Oj, warto o tym pamiętać…Zręcznie napisana, choć nie wiem, czy należy zaliczyć ją do fantastyki, bo ani grama magii czy nadzwyczajnych osiągnięć nauki tu nie znajdziemy. Ale przyjmijmy, że to historyczna rzeczywistość alternatywna.

Tytuł: „Składany nóż”
Autor: K. J. Parker
Wydawnictwo Mag

A teraz trochę o bieganiu i o podróżach. Właśnie wróciłam z kolejnej wizyty w Paryżu, gdzie byłam sobie pyknąć półmaratonik. Zwiedzanie ograniczyłam tylko do wjechania na wieżę Eiffela i przyznaję, że widok wieży w nocy(zresztą co tu ukrywać, w dzień także) wywołuje efekt WOW. Razem z koleżanką moją Anią w pierwszy dzień zaliczyłyśmy dłuuugą trasę spacerową od bazyliki Sacre Coeur do wieży właśnie, co spowodowało, że ona padła, a ja poszłam biegać:-) Głównie łaziłyśmy po ślicznych uliczkach Montmartre (tam mieszkałyśmy – polecam!), Pigalaku (ciekawa bielizna!) i oglądałyśmy buty od Zanottiego w Galerii Lafayette. Skupiłyśmy się też na jedzeniu, które było absolutnie genialne! Każdemu polecam tatara w Cafe Des 2 Moulins (to ta kawiarnia, w której pracowała słynna filmowa Amelia) na Rue Lepic oraz orgazmicznego duszonego królika, gorącą tartę z karmelizowanymi śliwkami, fantastyczne mule i genialne ciasto czekoladowe w maleńkiej knajpce L’Atelier na rue Des 3 Freres:-) Nie wiem, czy to myśmy miały takie szczęście czy w Paryżu wszędzie jedzenie jest genialne. Warto też wspomnieć, że przy placu Pigalle jest czynna baaardzo długo cukiernia pełna marokańskich słodyczy, a w każdej piekarni warto zakupić gorącą, chrupiącą bagietkę. No i wino! O winie nie będę pisać, bo wyjdę na nałoga, ale sami rozumiecie.

A co do półmaratonu, który przecież sprowadził mnie do Paryża – organizacja biura zawodów przyprawiała o zawrót głowy, bo wszyscy z obsługi mieli problem z językiem innym niż francuski, mimo olbrzymiej liczby zawodników z innych krajów. Zamieszanie potęgowało to, że biegaczy było 40 tysięcy. Za to jak już dotarłam do właściwego stoiska, to moje papiery wbrew obawom okazały się być bardzo w porządku i załatwiłam rejestrację i odbiór pakietu startowego w parę minut. Może to zresztą, jak powiedziała Ania, świadczyć, że mimo własnych obaw jestem świetnym organizatorem i ogarniaczem wszystkiego.

Sam bieg był fantastyczny – ponad 21 km zrobiłam w 2 godziny i 8 minut, poprawiając swój czas od poprzedniego półmaratonu o 20 minut. Średnie tempo to 10 km/h, maksymalne w tempie Kenijczyka, czyli 19 km/h. Trasa boska, od lasku Vincennes przez centrum miasta, obok placu Bastylii, Notre Dame, Rivoli, zanim się zdążyłam zorientować byłam już na mecie. Jedyne, co mi szwankowało, to doping – Paryżanie byli w nim bardziej niż powściągliwi. Z wyjątkiem strażaków, których drużyny stały co 5 km i mocno motywowały biegaczy (a zwłaszcza biegaczki. Oni robią castingi na tych strażaków czy co?). Jednym słowem – jeśli ktoś chce pobiegać – polecam Paryż!

A następny biegowy przystanek – Kraków i Półmaraton Marzanny.

Zostaw komentarz więcej...

Zumba Fitness Core, czyli jak się zmęczyć przed telewizorem

przez , 16.lut.2013, w Gry, Sport

Dziś zacznę nietypowo, bo nie od książki i nie od gotowania, tylko od ruchu i wyjątkowo nie będzie to bieganie!

Jak wiecie, jestem absolutnie szurnięta na punkcie aktywności fizycznej, tłukę się na macie, nudzę wszystkich żeby zaczęli biegać, wypruwam z siebie żyły na interwałach na spinningu i ćwiczę plecy i mój cholerny wysuwający się dysk na zajęciach ze sztangą. Ale to, że tyle ćwiczę, nie oznacza, że nie jestem w stanie spróbować czegoś nowego. Więc gdy firma Techland poprosiła mnie o przetestowanie Zumba Fitness Core, zgodziłam się z dziką radością.

Czym jest Zumba Fitness Core? Grą na platformę Nintendo Wii oraz Xbox 360 z Kinectem, a więc czymś, co jara dzieciaki, a przy okazji może zapewnić sporą dawkę ruchu. To także dobre rozwiązanie dla tych, którzy z różnych przyczyn wstydzą się przyjść na zajęcia w klubie – lub dla tych, których na te zajęcia po prostu nie stać. Żeby była jasność – dalej uważam, że najlepsze efekty daje trenowanie pod okiem wykwalifikowanego trenera, ale w przypadku zumby, treningu klasycznie aerobowego, dokładność poszczególnych ruchów ma mniejsze znaczenie i spokojnie możemy sobie skakać sami przed telewizorem.

Jak wypróbowałam Zumbę Fitness Core? Zaprosiłam do zabawy koleżanki i kolegów z pracy. Jeden z nich przyniósł sprzęt, ustawiliśmy rzutnik (zależało nam na dużym obrazie) i rzuciliśmy się do hulanki:-)

Gra daje nam możliwość wyboru spośród kilkudziesięciu muzycznych utworów, posegregowanych według rodzaju treningu (rozgrzewka, wyciszenie, kardio itp). Utwory podzielone są także według stylów tanecznych, więc macie do wyboru sexi dance, dancehall, sambę i inne. Ćwiczący ma możliwość korygowania swojej techniki wykonywania ruchów (jest ona oceniana), a na koniec otrzymuje bardzo przyjemny komunikat o liczbie spalonych kalorii:-) No i oczywiście punktacji – to dla lubiących rywalizację.

Czy Zumba Fitness Core jest skuteczna? Ooooo, tak! Z koleżankami podeszłyśmy do sprawy bardzo powierzchownie i stanęłyśmy w szranki w kozakach na obcasie i garsonkach – i bardzo szybko musiałyśmy zrzucić marynareczki. Ja się upociłam jak prosiątko już po drugim utworze, ale nie mogłyśmy się oderwać. Zabawa przednia, nie tylko dla ćwiczących ale i widzów. Na imprezę idealna! Chociaż, oczywiście, uważam, że równie dobrze się zmęczycie i spalicie kalorie jeżeli poćwiczycie samotnie w domowym zaciszu.

Jednym słowem – polecam.

Tytuł: Zumba Fitness Core
Wydawca: Techland

1 komentarz więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...