Tag: Adam Mickiewicz

Motyw – Polska. O swojej najnowszej książce, patriotyzmie, silnych kobietach i małych inwazjach opowiada Krzysztof Piskorski

przez , 14.paź.2016, w Fantastyka

- Czy mamy teraz w Polsce trend na fantastykę patriotyczną?

- Ciężkie pytanie. To zależy jak ten hipotetyczny prąd zdefiniować. Wydaje mi się, że zaczęło się to już wcześniej. Przecież od biedy fantastyką patriotyczną można nazwać np. książki Jacka Komudy albo nawet „Xavrasa Wyżryna” Dukaja. Zresztą Narodowe Centrum Kultury wydało całą serię „Zwrotnice czasu”, w której były m.in. powieści Konrada Lewandowskiego, Adama Przechrzty, Łukasza Orbitowskiego, Szczepana Twardocha, Macieja Parowskiego i wielu innych autorów, nawiązujące w ten czy inny sposób do polskiej historii. Ale szczególnie mocno ten trend widzimy obecnie – w krótkim odstępie czasu ukazały się „Smocze koncerze” Sawickiego, „Orzeł Biały” Przybyłka, „Adept” Przechrzty oraz moje „Czterdzieści i cztery”. Każda z tych książek ma z naszym krajem coś wspólnego, ale każda na inny sposób. Może to będzie widać dobrze w przyszłorocznym sezonie nagród, kiedy się okaże, że te pozycje będą bezpośrednio konkurować. I będą porównywane przez fanów. Ale w sumie – co w tym dziwnego, że w polskiej prozie motywem jest Polska? W Wielkiej Brytanii „Johnatana Strange’a” Susan Clark, albo cyklu „Temeraire” Naomi Novik nie nazywa się przecież „fantastyką patriotyczną”…

Fot. Agnieszka Sobczak - Piskorska

Fot. Agnieszka Sobczak – Piskorska

- Nie uważasz, że wracamy do tradycji polskiej fantastyki, że literatura fantastyczna mocno reaguje na rzeczywistość, która nas otacza. Tak było w czasach komuny, potem mieliśmy chwilę twórczości komercyjnej, teraz znowu wracamy do aktywnego uczestnictwa fantastów w życiu.

- Możliwe. Patrzę na to tak: nawet w fantastyce są okresy, gdzie dominuje jakiś duch epoki. Mieliśmy okres wielkiego skupienia na naukach ścisłych za czasów Lema. Potem przyszedł okres fantastyki socjologicznej i antysystemowej za czasów Zajdla. Mieliśmy czasy po Sapkowskim, gdzie nagle pojawiło się bardzo dużo wydawnictw, jak Fabryka Słów, Runa, które próbowały tworzyć fantastykę mniej lub bardziej rozrywkową. Potem mieliśmy mini-epokę Jacka Dukaja, kiedy książki takie jak „Lód” zwracały na fantastykę uwagę czytelników poważnej, wymagającej prozy niefantastycznej. A teraz możliwe, że to „fantastyka patriotyczna” (oraz „fantastyka antypatriotyczna”) zaczną grać pierwsze skrzypce.

- Skąd pomysł na sięgnięcie do czasów powstań narodowych?

- Bardzo polubiłem pisanie powieści, które w fantastyczny sposób przekształcają historię XIX wieku. Sięgnąłem do niego już wcześniej dwa razy: w dwutomowej „Zadrze” eksplorowałem wojny napoleońskie, ciekawy i barwny okres. Potem skoczyłem na koniec XIX wieku – „Krawędź czasu” – żydowska kabała, dojrzała rewolucja przemysłowa, rosyjski zabór, fabuła skupiona dookoła podróży w czasie i pętli czasowych. Wydawało mi się, że logicznym krokiem jest sięgnięcie gdzieś w środek XIX wieku. Czekał tam okres Wiosny Ludów, początków rewolucji przemysłowej, dużych perturbacji, z których dopiero wyłaniał się obraz społeczeństw, z jakim mieliśmy do czynienia w reszcie XIX i XX wieku. Do tego dopasowało się jeszcze sporo fajnych motywów dotyczących wieszczów, powstań, emigracji. Czułem, że to materiał, z którego można ulepić coś naprawdę dobrego.

- Czytasz sobie Mickiewicza do poduszki?

- Nie, ale przed tą powieścią przeczytałem bardzo dużo i Mickiewicza i Słowackiego, podobnie jak poetów rosyjskich i romantyków zachodnich. Mam zwyczaj, że zanim zabiorę za książkę, próbuję przesiąknąć frazą, klimatem. Przed „Cieniorytem” odświeżyłem sobie „Trzech muszkieterów”, wszystkie książki o przygodach kapitana Alatriste oraz realizm magiczny… Łącznie kilkanaście lektur – tylko po to, żeby zebrać odpowiednią bazę inspiracji. Przy „Czterdzieści i cztery” baza inspiracji była oczywista. Piszę o wieszczach, to do wieszczów trzeba wrócić. Po tych wielu latach, które minęły od szkoły.

- Czy twoja książka jest feministyczna?

- To jest to, o czym nie porozmawialiśmy, kiedy spytałaś mnie o fantastykę patriotyczną! Nie zdążyłem powiedzieć, że nie wiem, czy „Czterdzieści i cztery” jest fantastyką patriotyczną. Szczerze mówiąc oczekiwałem wręcz przeciwnych zarzutów. Główny bohater to kobieta, emancypantka i na dodatek poganka…  Nie chcę zdradzać zbyt wiele fabuły, ale kiedy Eliza musi podejmować wielkie decyzje dotyczące przyszłości świata, to stwierdza, że ojczyzna jest rzeczą ważną, ale na skali wartości znajdą się jednak rzeczy odrobinę ważniejsze.

- Czyli jest odpowiednikiem współczesnej obywatelki Europy a nie obywatelki polskiej.

- Też nie do końca. W wielu momentach jest pokazane, że patriotyzm mocno ją motywuje, ale Eliza spostrzega także większe rzeczy, o które trzeba walczyć. Przy czym nie chodzi wcale o Europę, bo pojęcie europejskiej wspólnoty było w tamtych czasach bardzo odległe. Nie pisałem tej książki z myślą o graniu na łatwych do sięgnięcia strunach narodowych podniet, ale nie unikałem też pokazywania, jak bardzo Polacy z tamtego okresu wpływali na świat. Na pewno „Czterdzieści i cztery” to powieść odrobinę feministyczna. Chciałem pierwszy raz sięgnąć po postać kobiecą, i chciałem, żeby była charakterystyczna, oparta na kilku autentycznych osobach z epoki…

- Na przykład na Narcyzie Żmichowskiej.

- Narcyzie Żmichowskiej, Emilii Plater, kilku mniej znanych, dość barwnych postaciach jak Józefina Rostkowska, która przez pewien czas walczyła w powstaniu przebrana za mężczyznę. Tych historii było na tyle dużo, że miałem z czego wybierać. Bardzo chciałem wrzucić w XIX wiek taki amalgamat silnej, kobiecej postaci. W rezultacie to chyba najbardziej „kobieca” z moich książek. Bałem się, że nie będę miał wyczucia, że Eliza wypadnie nienaturalnie, że gdzieś przesadzę, ale reakcja czytelniczek jest świetna. Bardzo mnie cieszy, że Żmijewska im się spodobała.

- Jak to teraz jest z literaturą fantastyczną? Kiedyś uważało się, że literatura to jedno, a fantastyka to nie literatura. No, mieliśmy Lema, ale on był poza konkurencją. Był Lem…

- A potem zaczęły się inwazje. Pierwsza, kiedy fantastyka w swojej najczystszej formie zaczęła się wdzierać na salony. Tak było z Jackiem Dukajem. Nagroda Kościelskich, Paszport Polityki… Nominacja do Paszportów dla Łukasza Orbitowskiego w 2013 roku. A teraz trwa ta druga inwazja – pisarze wywodzący się z fantastyki stają się bardzo chętnie czytani w tzw. mainstreamie: Szczepan Twardoch, wspomniany już Orbitowski, Jakub Małecki, Wit Szostak… Nie piszą już książek stricte fantastycznych, ale z jakimś ukrytym fantastycznym pazurem, sposobem widzenia czy przetwarzania świata, który mi osobiście bardzo odpowiada. I, jako twórca fantastyki, jestem dumny z ich sukcesu. Zawsze byłem przekonany, że w literaturze fantastycznej siedzi pełno uzdolnionych autorów o unikalnym spojrzeniu. Kiedy Wit Szostak w Runie wydawał swoje pierwsze książki, „Ględźby Ropucha”, „Wichry Smoczogór”, niesamowitą fantastykę podszytą filozofią, mówiłem w różnych dyskusjach, że gdyby te rzeczy opakować nie jako fantastykę, tylko przypowieść filozoficzną właśnie, leżałyby na innej półce z inną okładką i nikt by się nawet nie poznał. Czas to potwierdził – nie tylko w jego przypadku.

- Dużo inspirowałeś się steampunkiem?

- Nie tyle tym, co obecnie się w zachodnim steampunku pisze, ale bardziej samą metodą. Postanowiłem wszystko, co steampunk zrobił z historią i kulturą epoki wiktoriańskiej, zastosować u nas. Spojrzeć przez jego soczewkę na naszą historię i naszych bohaterów. Zresztą jest wiele kulturowych różnic, które sprawiają, że steampunk w klasycznym, zachodnim stylu nie tłumaczy się dobrze na nasze realia. W Anglii panowanie królowej Wiktorii to złoty wiek, który świetnie wspominają. Podróżnicy, naukowcy, odkrycia, kolonializm, cały świat należy do Imperium Brytyjskiego. U nas? Rozbiory i nieudane powstania. Emigracja. Dlatego też nie sięgałem po klasyczne rozwiązania literatury steampunkowej i charakterystyczny dla niej czas. Wybrałem lata, w których działy się rzeczy ciekawsze z naszego punktu widzenia. I domieszki, które dla nas były ważne: na przykład kultura ludowa.

- Wiem, że na to pytanie może trochę za wcześnie, bo „Czterdzieści i cztery” dopiero wyszło, ale czy pracujesz już nad następna książką?

- Zawsze pracuję nad następną książką. To dlatego, że piszę nieliniowo. Dużo czasu spędzam montując zbiór inspiracji, ciekawych wątków, ciekawostek historycznych, z którego będzie można potem zrobić książkę. Zazwyczaj prowadzę kilka takich „preprodukcji” jednocześnie. „Czterdzieści i cztery” w fazie preprodukcji było już trzy razy. Raz jako „Wolta”, którą miałem napisać dla Runy po „Zadrze”. Drugi raz: po „Krawędzi czasu”. I wreszcie trzeci raz: po „Cieniorycie”. W dwóch pierwszych przypadkach długo zbierałem się, kombinowałem z konspektami, pisałem fragmenty i za każdym razem dochodziłem do wniosku, że jeszcze nie. Dopiero ta trzecia iteracja, kiedy pojawiła się postać Xa’ru, kiedy pojawił się pomysł na główny zwrot akcji, kiedy pojawiła się bohaterka  –  bo pierwotnie bohaterem był mężczyzna, zwykły spiskowiec, który zaczytuje się w Juliuszu Słowackim – kiedy to wszystko doszło, dopiero uznałem, że ok, mam to, mogę siadać i pisać. Ponieważ taki tryb pracy zajmuje dużo czasu, a pomysły dojrzewają długo, równolegle rozwijam kilka koncepcji.  Można więc powiedzieć, że ciągle piszę. A czy wiem, co następnego wezmę na warsztat? Chyba tak. Mam bardzo dojrzałą wizję – będzie to dla mnie duży skok, jeśli chodzi i klimat i estetykę powieści oraz mój standardowy sposób budowania świata i narracji. Myślę, że ludzie będą pozytywnie zaskoczeni. Większość z garstki osób, które poznały ten pomysł, były nim zachwycone, ale w życiu nie przypuszczały, że zamierzam coś takiego napisać…

Tytuł: „Czterdzieści i cztery”

Autor: Krzysztof Piskorski

Wydawnictwo Literackie

 

Zostaw komentarz :, , , , , więcej...

Polska Mesjaszem narodów wersja 2.0 – „Czterdzieści i cztery”, Krzysztof Piskorski

przez , 26.wrz.2016, w Fantastyka

„Krew jego dawne bohatery, a imię jego będzie czterdzieści i cztery”

Oj, co myśmy się w szkole nainterpretowali tego fragmentu! I nie tylko my, zdaje się że Wieszczem katują do dziś. I tak, katują, bo o ile poezja Mickiewicza i Słowackiego może zachwycać, o tyle kolejne sztampowe lekcje wypłukują z nich wszystko co piękne i wzruszające. Odrywając także od okoliczności, w jakich te utwory powstawały, pozbawiając nieszczęsnych uczniów całego kontekstu. Dlatego osobiście cieszę się, że ktoś podjął się próby przywrócenia tej poezji i wpisania jej na nowo w naszą kulturę. W sposób dosyć niezwykły, bo czyniąc zarówno poezję, jak i jej autorów częścią powieści…fantastycznej.

Krzysztofa Piskorskiego od dawna bardzo szanuję jako pisarza, a jego „Cienioryt” to prawdziwy majstersztyk. Miło mi więc powiedzieć, że „Czterdzieści i cztery”, choć w zupełnie odmiennym klimacie, utrzymują taki sam poziom. Książka wciąga od pierwszej do ostatniej linijki a autorowi należy się medal za zręczne mieszanie gatunków i splatanie rzeczywistości historycznej z wytworami własnej wyobraźni.

Akcja książki dzieje się w świecie, którego losy zmieniono dzięki odkryciu niezwykłej technologii – i energii przez tę technologię wykorzystywanej, czyli etheru. Ether to jednak nie tylko coś w rodzaju pary (książka bardzo mocno zresztą czerpie ze steampunka), ale także środowisko, w którym funkcjonują rozmaite wersje tej samej rzeczywistości. Ludzkość jednocześnie zatrzymała się w epoce kolonialnej, rozszerzając ją nie tylko na inne kontynenty, ale i na inne, równoległe ziemie i wykonała niesamowity skok technologiczny, któremu jednak nie dorównał skok cywilizacyjny. Niezwykłe wynalazki wciąż służą głównie wojnie i zwalczaniu siebie wzajemnie. A w środku tego wszystkiego znajduje się biedna, wykreślona z mapy świata Polska, którą zawiódł Napoleon i która w kolejnych zbrojnych zrywach próbuje wywalczyć sobie niepodległość. A sama akcja powieści rozpoczyna się, gdy na wieczorny spoczynek udaje się grupka ocalałych powstańców pod wodzą Emilii Plater….

Piskorski, jak już napisałam, znakomicie radzi sobie ze splataniem ze sobą wydarzeń realnych i fantastycznych – a trzeba powiedzieć, że epoka, na której oparł swoją powieść, czyli wiek XIX, jest jedną wielką niesamowitą historią. Dzielni podróżnicy i badacze, przemierzający cały świat, od australijskich plemion po polarne kry, metafizyczne teorie (jak chociażby ta Towiańskiego, który swojego czasu „uwiódł” Mickiewicza), naukowe hipotezy, wielcy twórcy (na przykład lord Byron, którego również znajdziemy w książce), ale i niezwykle gwałtowne ruchy polityczne czy społeczne. Socjalizm, feminizm…I tu wielkie podziękowania dla Piskorskiego, który postanowił docenić Polki tamtych czasów, niekoniecznie pełniące role tragicznych matek. To wspomniana Emilia Plater, Józefina Rostkowska czy Narcyza Żmichowska, pisarka i feministka, która posłużyła jako pierwowzór głównej postaci książki, Elizy Żmijewskiej. Niezwykle inteligentnej, wykształconej, z talentami kryptograficznymi i umiejętnościami płatnego zabójcy i talentem do poezji.

W książce, która jest o niepodległej Polsce, o prawdziwych Polakach, o narodowych wieszczach nie mogło zabraknąć także wtrętu mistycznego. To nawiązania do religii słowiańskiej, o której coraz głośniej ostatnio, wśród młodzieży i wśród rodzimych autorów, nie tylko fantastycznych. Powoli zaczynamy publicznie przyznawać, że chrześcijaństwo nie jest naszą rodzimą religią, że zostało Słowianom narzucone, wypierając wcześniejsze wierzenia. Niestety wiemy o nich bardzo mało, stąd też – nawet opisywane przez Piskorskiego- rozmaite  interpretacje tego, co wiemy… Główna bohaterka, Eliza, będąc kobietą nowoczesną na wskroś (oczywiście na miarę 1844 roku) jednocześnie pochodzi z rodu kapłanek Żmija. Wie, czym są wiły i płanetnicy, a na pomoc francuskim buntownikom wzywa duchy – swoją drogą wielkie brawa dla Piskorskiego za twórcze rozwinięcie III części „Dziadów”.

Oczywiście, „Czterdzieści i cztery” to fantastyka. Mamy więc podróże między światami przy pomocy etherowych bram, wielkie, inteligentne pasikoniki, gatunek wyspecjalizowany w zabijaniu ludzi, gadające głowy i magię krwi. Jednak to fantastyka dla tych, którzy dużo wiedzą, bo w książce aż roi się od nawiązań, odniesień i symboli. Tradycyjnie – im więcej się wie, tym więcej znaczeń się odczyta i tym większą ma się z książki przyjemność.

Tytuł: „Czterdzieści i cztery”

Autor: Krzysztof Piskorski

Wydawnictwo Literackie

 

1 komentarz :, , , , , więcej...

Polski zesłaniec i szpiegowska afera

przez , 02.wrz.2014, w Kryminał, Powieść historyczna, Romans

Juliusz Słowacki i Adam Mickiewicz zamieszani w szpiegowską aferę? A właściwie czemu by nie? Ktoś właściwie wie, co dokładnie robili obaj panowie na emigracji? A przecież równie dobrze jak zdobywaniem salonów mogli zajmować się zdobywaniem informacji i obnażaniem tajemnic wielkiej polityki.

Choć oba nazwiska przyciągają, obaj nasi wieszcze są w książce Rafała Dębskiego tylko statystami. Jej bohaterem jest Jerzy Wołłkowicz, polski zesłaniec, któremu udało się uciec ze zsyłki. Mimo tego na jego życie, nawet w środku cywilizowanego Paryża nieustannie ktoś czyha. Poza tajemniczymi zamachowcami pilnie młodego, schorowanego żołnierza obserwują tuzy polskiej emigracji ze wspomnianymi poetami na czele, francuska policja, najsłynniejszy prywatny detektyw Vidocq i najpopularniejsze w stolicy medium. Wszystko wskazuje na to, że pan Jerzy będzie musiał udać się w podróż w głąb Rosji, do pewnego kaukaskiego monastyru. Nie tylko po to, żeby odnaleźć dokumenty, które mogą zachwiać polityczną równowagą Europy ale i po to, by odnaleźć ukochaną Anastazję.debski

„Kamienne twarze, marmurowe serca” przypominają mi inną powieść przygodową – „Trzech muszkieterów”. Tutaj również mamy polityczną misję, gierki między rządzącymi otwarcie i szarymi eminencjami, starcia frakcji i wplątanych w to przyjaciół, którzy w całe zamieszanie pakują się bynajmniej nie z powodów patriotycznych (no, może troszeczkę), ale dlatego, że tak każe im lojalność i miłość. Mamy tu wartką akcję i gryziemy pazury z nerwów, czy naszym bohaterom uda się zdążyć na czas i wyprzedzić wroga (albo uciec z jego łap, oczywiście dzięki odwadze i wprawie w posługiwaniu się bronią) a drugiej czyha na nas ognisty romans, a w opałach znajduje się nie tylko dzielny młodzieniec, ale i jego wybranka. Niebezpieczeństwo grozi z każdej strony, nikogo nie można być pewnym, nawet rodziny, chociaż czasem okazuje się, że szlachetnością wykaże się ktoś po drugiej stronie barykady.

Rafał Dębski w wyjątkowo sprawny sposób potrafi łączyć gatunki – science fiction, fantasy, powieść historyczną czy kryminał (tak BTW konia z rzędem temu, kto odkryje w książce ślady innej powieści Dębskiego, z pogranicza fantasy i powieści historycznej właśnie), dla mnie jest też gwarancją solidnego warsztatu i dobrej zabawy. A jeśli lubicie powieści z gatunku „płaszcza i szpady”, to i „Kamienne twarze, marmurowe serca” powinny się wam spodobać.

Tytuł: „Kamienne twarze, marmurowe serca”

Autor: Rafał Dębski

Wydawnictwo Rebis

 

 

 

Zostaw komentarz :, , , , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...