Tag: Czarna Owca

Sekretne życie krów – Rosamund Young

przez , 04.lis.2017, w Bez kategorii

Kiedy Peter Wohlleben wydawał swoje bestsellerowe „Sekretne życie drzew”, na oścież otworzył drzwi do innego rozumienia przyrody niż to, do którego przywykliśmy. Owszem, gdzieś tam nieśmiało popiskiwały głosy, że zwierzęta czują i myślą, ale traktowano to albo pobłażliwie, jako popłuczyny filozofii „dzieci kwiatów”, albo kręcono kółko na czole. Jednak coraz więcej przenika do literatury popularnej książek poświęconych zupełnie innemu niż tradycyjne podejściu do przyrody. Tradycyjne – czyli że przyroda ma nam służyć, a czy ją niszczymy czy nie to nie ma znaczenia. Zwierzęta nie mają duszy, nie myślą i nie czują. Dla mnie spektakularnym pokazaniem takiego myślenia był „Pokot” w reżyserii Agnieszki Holland, na podstawie książki Olgi Tokarczuk.

„Sekretne życie krów” wpisuje się w ten nurt. Jego autorka, Rosamund Young prowadzi ekologiczną farmę, na której hoduje krowy, owce, świnie, kury i rozmaite zwierzęta. Kite’s Nest powstała na długo przed tym, zanim nastała moda na organiczną żywność a Rosamund udowadnia, jakie jest bezpośrednie przełożenie warunków, w jakich żyją zwierzęta na jakość ich mięsa – bo od razu powiem, zwierzęta na farmie Rosamund także służą do uboju.

Ktoś mógłby zapytać – co to w takim razie zmienia, skoro tak czy siak je zabijamy? Ano zmienia. Możemy się śmiać, że mięso krów, które słuchają Chopina jest lepsze (tak powstaje najbardziej szlachetna i najsmaczniejsza odmiana wołowiny, Kobe), ale Young udowadnia, jak sposób traktowania i żywienia wpływa na zawartość rozmaitych substancji w mięsie.

Jednak „Sekretne życie krów” to nie podręcznik hodowcy – no, może trochę. To zestaw historii i anegdot o zwierzętach, które przewinęły się przez farmę (każde ma imię a Rosamund potrafi wymienić imiona ich rodziców, dziadków, rodzeństwa czy przyjaciół). Pokazuje, że krowy – to one są głównymi bohaterkami książki są jak ludzie. Są ciekawskie, melancholijne, łagodne lub stanowcze. Miewają przyjaciół i potrafią pielęgnować więzi rodzinne. Potrafią się porozumiewać między sobą a także ze swoimi opiekunami. Bawią się, żartują, ale potrafią się rozgniewać i cierpieć. Mają swoje ulubione miejsca i pożywienie, potrafią się leczyć ale i w razie potrzeby poprosić o pomoc członka stada czy też człowieczego opiekuna. Przechodzą żałobę po bliskich i wykazują wiele cech, o których je nie podejrzewamy. Rosamund ich nie uczłowiecza, ale widać w jej opisach miłość do zwierząt i olbrzymią wiedzę o nich.

Kiedy czytałam tę książkę, od razu na myśl mi przyszła farma, którą widziałam w Holandii. Krowy i owce, swobodnie hasające po zielonych łąkach. Owce – niektóre nieśmiałe, inne ciekawskie i wreszcie grupa rocznych jałówek, z którą spędziliśmy ponad godzinę, bawiąc się, głaszcząc i rozmawiając z nimi. Te krówki stamtąd to ewidentnie bohaterki książki :-)

A ja sobie powiedziałam, że nigdy już nie tknę wołowiny

Tytuł: „Sekretne życie krów”

Autorka: Rosamund Young

Wydawnictwo Czarna Owca

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Lekko na plażę – Nie mój jedyny, Melissa Pimentel

przez , 02.sie.2017, w Romans

Książka o tzw. drugiej szansie, żałowaniu za błędy i wchodzeniu dwa razy do tej samej rzeki.

Ruby i Ethan kiedyś byli parą, ale niespodziewanie się rozstali. Dziesięć lat później Ruby, mieszkanka Nowego Jorku, prowadzi życie mocno zaangażowanej w swoja karierę singiel ki na Manhattanie. Z trudem udaje się jej wygospodarować czas, by polecieć do Anglii na ślub siostry. Jest tylko jeden problem – spotka tam właśnie Ethana, o którym chciałaby zapomnieć, ale nie potrafi. A bynajmniej nie pomaga jej to, że od czasu ich rozstania Ethan stał się sławny i bogaty i niewątpliwie jest najbardziej rozchwytywanym kawalerem. Ruby musi sobie poradzić ze wspomnieniami, uczuciem, które bynajmniej nie przeszło, własną dumą i na dodatek weselnym chaosem.

Książkę reklamuje się jako interpretację „Perswazji” Jane Austen. I nie ukrywam, dałam się na to skusić, bo „Perswazje” są moja ulubiona powieścią Jane. Jednak związki między „Nie mój jedyny” a „Perswazjami” są nieco na siłę i szczerze mówiąc, gdyby nie sugestia, to w czasie lektury porównywanie w ogóle nie przyszłoby mi na myśl. Rozumiem jednak, że porównanie wynikło z mglistego podobieństwa fabuły plus stwierdzenia w książce, że Austen jest ulubiona pisarką obojga głównych bohaterów. Ale pomijając już to książka jest lekką lekturą przypominającą o tym, żeby wykorzystywać każdą chwilę życia i nie dać się zwariować. I nie udawać, zwłaszcza przed sobą, że jest dobrze, jeśli nie jest, że podoba nam się to, co robimy, jeśli przy robieniu zaciskamy zęby. Pimentel przypomina, że często liczą się drobiazgi ale też, że tylko śmierć może sprawić, że jest za późno na naprawienie błędów. A błędy się popełnia i bynajmniej nie jest to nic złego. A przynajmniej nic, czym warto się katować przez resztę życia.

Jak już wspomniałam fabuła całkiem przyjemna i co ciekawsze, książka przełamuje stereotypy mówiące, że jak kobieta jest piękna i dba o siebie, to na pewno jest głupia. W książce jest mnóstwo atrakcyjnych bohaterek, które są mądre, pewne siebie i mają coś do powiedzenia w dziedzinach, którymi się zajmują (m. in. w nowych technologiach – chyba kończy się już trend, że kobiety z techniką bywają na bakier). Przeszkadzał mi niestety jeden szczegół – jako polonistka i dawna korektorka jestem mocno wyczulona na literówki i redaktorskie wtopy. Jeden błąd potrafi mi zepsuć radość lektury, a tu takich błędów było troszkę.

Do czytania w jedno popołudnie bez nadmiernej refleksji.

Tytuł: „Nie mój jedyny”

Autor: Melissa Pimentel

Wydawnictwo Czarna Owca

Zostaw komentarz :, więcej...

Antropolog na tropie – najnowsza powieść Simona Becketta

przez , 16.cze.2017, w Kryminał

Przyznam, że mam słabość do antropologii sądowej. Uwielbiam serial „Kości” i książki, według których powstał. Z prawdziwym zainteresowaniem czytałam też „Trupią farmę”  Billa Bassa i nie przeszkadzały mi opisy tego, co robią muchy plujki (być może dlatego, że nie czuć było zapachów). Dlatego też od razu polubiłam serię o Davidzie Hunterze, sympatycznym, choć nieco emocjonalnie rozdartym antropologu sądowym. A najnowsza książka Becketta ma to, czego potrzebuje prawdziwy horror (choć gatunkowo do horrorów nie należy, za to jest niezłym kryminałem) – mamy bagna, mgły, powodzie, antropologa wyciągającego wiosłem z wody fragmenty ciał czy wreszcie wariata snującego się po okolicznych drogach i wyskakującego jak diabełek z pudełka tuz przed pędzącymi samochodami.

„Niespokojni zmarli” to piąta część przygód Davida Huntera, ale nieznajomość poprzednich części nie psuje przyjemności czytania i nie robi znaczącej różnicy. Akcja zaczyna się, kiedy w piątkowy wieczór, tuz przed wyjazdem do przyjaciół konsultant w dziedzinie medycyny sądowej, doktor David Hunter, nieco ostatnio odstawiony na boczny tor przez policję odbiera telefon inspektora Lundy’ego z komendy w Essex. Na wybrzeżu wyspy Mersea znalezione zostają zwłoki w stanie głębokiego rozkładu. Umiejętności Huntera są potrzebne  przy ich wydobyciu i identyfikacji. Na pierwszy rzut oka chodzi o Leo Villiersa, syna miejscowego notabla, który zaginął kilka miesięcy temu. Mężczyzna był podejrzewany o romans z mężatką, która również zaginęła. Policja przypuszcza, że popełnił samobójstwo. Jednak choć ojciec identyfikuje zwłoki dzięki charakterystycznym przedmiotom, David Hunter ma wątpliwości. A potem już palce w akcji miesza przyroda, zagarniając z odpływem samochód Huntera i zmuszając go do brodzenia po miejscowych rozlewiskach.

„Niespokojni zmarli” to kryminał będący grą przypadków i zbiegów okoliczności i niestety, traktujący tę moją ukochaną antropologię sądową nieco po macoszemu (choć są i „smaczne” sceny z użyciem folii spożywczej), podobnie jak dedukcję. Tutejsi policjanci są mocno zagubieni i chodzą na pasku wspomnianego notabla, a działają i wyciągają wnioski wtedy., jak już się nie da ich pominąć czy ukryć. Kolejne zagadki rozwiązują się niejako mimochodem, bez udziału bohaterów, szczególnie tych, którzy reprezentują siły porządku. Rola Davida Huntera polega na tym, że znajduje się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie i zauważa rzeczy, na które nikt inny nie zwraca uwagi. Nie jest to jednak pewny siebie bohater, a raczej przygaszony i przytłumiony petent, proszący o uwagę policyjnych przełożonych. Jest niezdyscyplinowany i niepewny siebie, taki antybohater raczej lub bohater mimo woli. Strasznie w gruncie rzeczy irytujący, bo Beckett potrafi skonstruować napięcie i pokazać presję czasu. A to nadchodzi przypływ, który zaraz zmyje ciało, a to burza albo inny kataklizm. Biorąc pod uwagę nieoczekiwane zwroty akcji i zupełnie niespodziewaną puentę tego wszystkiego czyta się książkę błyskawicznie. Chociaż ze względu na przygnębiający klimat, wieczne mokradła, wodę i bajora chętnie zobaczyłabym ekranizację powieści (bardzo pasuje mi do typowych angielskich ponurych kryminałów).

Czyta się dobrze, niezła rozrywka, chociaż nie radzę spożywać przy jedzeniu, szczególnie jak ktoś ma wrażliwy żołądek.

Tytuł:  „Niespokojni zmarli”

Autor: Simon Beckett

Wydawnictwo Czarna Owca

 

 

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Bibliotekarski duet detektywistyczny według Lisy Hågensen

przez , 31.mar.2017, w Kryminał

To nie jest typowy szwedzki kryminał. Nie ma tu dokładnej i żmudnej policyjnej roboty, w ogóle zbrodnia jest mglista i trudna do sprecyzowania. Książka Lisy Hågensen przypomina raczej powieści Stephena Kinga, gdzie rzeczywistość miesza się z horrorem klasy B, trochę tylko jednak w książce brakuje umiejętności budowania nastroju grozy. Może przez bohaterkę, której zachowanie jest momentami wręcz groteskowe.

Jest rok 2011, koszmarne lato. Raili Rydell, bibliotekarka, dosyć nieporadna życiowo, wiecznie narzekająca na swoja tuszę i wciąż przeżywająca ostatnia miłosna klęskę spędza urlop w domku nad jeziorem w Lövaren. Okazuje się jednak, że na miejscu dzieją się dziwne rzeczy. Sąsiadowi wydaje się, że kiedyś miał psa a w domku po drugiej stronie jeziora dawniej bawiło się dziecko. Młode kobiety mieszkające w okolicy mają tendencję do zapadania na choroby psychiczne. Sama Raili nieustannie cierpi na ból głowy i wydaje jej się, że w lesie czai się coś złego. Może bohaterka machnęłaby na to ręka gdyby nie nieoczekiwana śmierć zaprzyjaźnionego sąsiada, który coś odkrył i miał jej to właśnie powiedzieć…

Jak już wspomniałam, brak w książce trochę umiejętności budowania nastroju. Główna akcja przeplatana jest fragmentami dziejącymi się ponad 300 lat wcześniej i od początku wiadomo, że we wszystkim palce – albo pazury – maczała siła nieczysta. Choć w ostateczności, skąd ta siła się wzięła jednak czytelnik się nie dowiaduje, przez co oba wątki, współczesny i ten z przeszłości jakoś się nie łączą. Mam wrażenie, że autorka za szybko wprowadziła pierwiastek niesamowity wywalając kawę na ławę, przez co przestało być strasznie. Niemniej jednak wątek demoniczny bardzo długo biegnie równolegle do kryminalnego i w nim nie przeszkadza, a część kryminalną czyta się całkiem nieźle. Głównie ze względu na osobę głównej bohaterki, niby nieśmiałej i zakompleksionej, a jednak wścibskiej, upartej, niemiłej. Raili bez skrupułów włazi ludziom do domów, nawet jak jest niemile widziana, dopomina się kawy, zadaje niegrzeczne pytania i generalnie porusza się jak słoń w składzie porcelany. Smaku dodają najlepsze w całej książce rozmowy Raili z przyjaciółką Ylvą, w których przebija sardoniczny humor.

Wątek się rwie, sporo tutaj niekonsekwencji i tak jak już wspomniałam, jak na horror – a ta książka jest jednak horrorem – brakuje trochę nastroju. Jest to jednak debiutancka powieść Lisy Hågensen, zaledwie początek cyklu przygód Raili i Ylvy. Pozostałych jeszcze nie przetłumaczono na polski, ale ponieważ jak już wspomniałam, sceny z udziałem tej dwójki są zdecydowanie najlepsze w całej  książce, pociągnięcie całej serii bazującej na wątku ich współpracy może mieć sens.

Tytuł: „A jej oczy były niebieskie”

Autor: Lisa Hågensen

Wydawnictwo Czarna Owca

 

Zostaw komentarz :, , więcej...

Håkan Nesser w wersji baśniowej

przez , 21.lut.2017, w Obyczajowe

Håkan Nesser w wersji bardzo nietypowej, bo nie kryminalnej! Za to trochę baśniowej, trochę fantastycznej, w klimatach Astrid Lindgren i jej „Braci Lwie Serce”, do której zresztą w powieści kilkakrotnie się odwołuje.

Bohaterem powieści jest Arne Murberg. Mimo iż ma na karku trzydziestkę, po wypadku, jakiemu uległ dawno temu, Arne wciąż jest trochę dzieckiem. Ma kłopoty z koncentracją i pamięcią, nie bardzo nadaje się także do skomplikowanych czynności, wymagających analitycznego myślenia i kojarzenia faktów. Jednak życie stawia go przed wyzwaniem. Na łożu śmierci ojciec Arnego każe mu odszukać matkę mieszkającą w dalekim Berlinie i oddać jej tajemniczą szkatułkę. Arne więc, zaopatrzony w spory zapas pieniędzy oraz rad wujostwa udaje się do Berlina, gdzie spotyka wielu bardzo miłych ludzi. A także tajemniczego profesora zajmującego się hipnozą oraz dziewczynę na wózku. Ostatnia wola ojca zaprowadzi mężczyznę…na stos, na którym maja spalić czarownicę.

Jak już wspomniałam, książka jest bardzo baśniowa w klimacie. Mamy tu podróż w czasie, wędrówkę dusz i przeznaczenie wypełnione po wielu wiekach. Delikatnie, nienachlanie i z humorem, zwłaszcza sytuacyjnym, bo Arne jest kimś w rodzaju tradycyjnego „prostaczka” zderzającego się ze światem. I odbierającego ten świat z perspektywy swoich nikłych doświadczeń i życzliwego podejścia. „11 dni w Berlinie” to wizualizacja zdania, że „świat jest odbiciem stanu naszego umysłu”. Mężczyzna, nie zdający sobie sprawy z zagrożeń wielkiego świata bynajmniej nie staje się ofiarą rozbojów, nie czekają go wszystkie nieszczęścia świata (nawet jak ktoś kradnie mu buty, to wiedziony ręką Opatrzności, bo nowe buty Arnemu są niezbędne). Nie znając języka, ledwie posługując się mapą bohater jest jednocześnie niezwykle otwarty na nowe doświadczenia. Jego życzliwe nastawienie powoduje, że wszyscy chcą mu pomagać. Przypadek? A może tak jak w powiedzeniu „kto sieje wiatr, zbiera burzę” – kto sieje uśmiech, zbiera szczęście? I o dziwo nagle okazuje się, że mężczyzna jest w stanie funkcjonować samodzielnie.

Ta książka jest jeszcze o jednej rzeczy – o niepełnosprawnych, którym często krzywdę robią najbliżsi. Przez swoją opiekuńczość, bywa, że nadmierną, przez separowanie od świata. Arne może nie jest mistrzem intelektu, ale odbiera świat na swój własny sposób i jest w stanie w nim egzystować. Szczęśliwie, dodajmy. Podobnie Beate, którą spotyka podczas swoich wędrówek. Przykuta do wózka Beate jest samodzielna, błyskotliwa i – wbrew fizycznym ograniczeniom – wolna. Wolna, bo robi to co chce i spełnia swoje marzenia. Tak jak i zaczyna spełniać je Arne.

Tytuł: „11 dni w Berlinie”

Autor: Håkan Nesser

Wydawnictwo Czarna Owca

 

 

 

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...