Tag: fantastyka

Andrzej Pilipiuk wraca z Kuzynkami

przez , 02.lis.2014, w Fantastyka

Od kiedy Andrzej Sapkowski złamał swoje solenne przyrzeczenie i ponownie zabrał się za opisywanie przygód Geralta nie dziwi mnie już nic. Nawet i to, że w ślady AS-a poszedł Andrzej Pilipiuk i dał nam w prezencie kolejny tom przygód kuzynek Kruszewskich. Tym razem już w duecie, bo pamiętna wampirka Monika znalazła swoje miejsce daleko na ziemi (i z daleka od Krakowa), za to nieustająco pokazujących nam Kraków od niecodziennej strony. I podążających śladami dawnych mitów i legend.

zaginiona„Zaginiona” składa się z dwóch opowiadań – tytułowej „Zaginionej” i „Czarnych skrzypiec”. To drugie opowiadanie pokazuje, w jakim kierunku podążać będzie pisanie o kuzynkach Kruszewskich (bo że ciąg dalszy będzie, tego jestem pewna). Obie panie w „Czarnych skrzypcach” pojawiają się jako duet śledczy do zadań specjalnych – ni to egzorcystki, ni to policjantki. Katarzyna wykorzystuje swoją wiedzę i kontakty, jakich nabyła jako agentka służb specjalnych a Stanisława – umiejętności alchemiczki, zdolność akceptowania tego, co nieracjonalne i wbrew wiekowi (żyje przecież kilkaset lat) otwarty umysł. Takie połączenia magii i powieści kryminalnej są w modzie nieustająco od kilku lat i dziwię się, że Pilipiuk dopiero teraz skusił się na pójście tą drogą.

Trzon książki stanowi jednak minipowieść „Zaginiona”, której fabuła bazuje na legendzie o wyspie Frisland. Tajemniczy ląd położony gdzieś u wybrzeży Islandii opisywany jest w legendach sprzed kilku wieków, a Pilipiuk wzbogacił go o magiczną zasłonę (coś jak mgły zakrywające Avalon) rozstępującą się tylko przed chrześcijanami znajdującymi się w momencie zagrożenia życia. Frislandu poszukuje kilka osób, które opuściły wyspę jako dzieci. Ich los splata się z losami alchemiczki Stanisławy. Kruszewska początkowo szuka tylko ładnej mapy do gabinetu. Jednak szybko okazuje się, że dopadła ją choroba zawodowa alchemików, a poszukiwania lekarstwa postawią ją ponownie na drodze zagubionych frislandczyków.

Mniejsza jednak o fabułę – prawdziwy urok książki leży w charakterystycznym dla Pilipiuka upodobaniu do przeszłości. Przedmiotów wykonywanych przez rzemieślników z myślą, że mają wytrzymać wieki, a nie tylko kilka miesięcy. Tradycji i podań. Setki lat mogą upłynąć, dawni alchemicy czy członkowie sekretnych bractw umierają, ale to, co reprezentowali, nie ginie. Katarzyna, ta współczesna Kruszewska, nie może się nadziwić, że w czasach, kiedy rozmaite PIN-y należy wymieniać co kilka dni wciąż funkcjonują dawno ustalone zasady. Jeśli określonej nocy w Krakowie wypłyniesz na rzekę pod mostem kolejowym i zamachasz pochodnią, skontaktują się z tobą członkowie bractwa librofilów. I nieważne, że most już jest wiaduktem a rzeka zmieniła koryto. Miło jest wiedzieć, że są w naszym życiu rzeczy niezmienne i popieram tę tęsknotę Pilipiuka. Tak samo jak popieram proste życiowe zasady wyznawane przez Stanisławę.  Widzisz wielkiego gościa z nożem goniącego w nocy drobną dziewczynę to dajesz mu w łeb, a nie grzecznie zatrzymujesz i pytasz, co to za nieporozumienie.

Dużo w „Zaginionej” smaczków i ciekawostek. A to o miodzie barciowym, a to o alchemicznych przepisach, a to o wydobywaniu złóż…Taki targ szpejów, wypisz wymaluj jak w Krakowie w niedzielę pod Halą Targową. Wymarzone dla grzebaczy. Trochę mnie tylko razi w książce…przelatywanie tematu. Tu autor coś zahaczy, tam czymś mignie i w efekcie na niczym się nie skupia, jak w kalejdoskopie albo teledysku. Może traktuje to jako zachętę. Trudno, żeby książka fantasy była specjalistycznych przewodnikiem, atlasem, podręcznikiem i kursem wiedzy. Na mnie ta zachęta działa, już sobie w internetach grzebałam żeby znaleźć Frisland. Do „mówiącego szczawiu” zabiorę się za chwilę.

Tytuł: „Zaginiona”

Autor: Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo Fabryka Słów

1 komentarz :, , , , , , , więcej...

Wolna wola i dola emigranta

przez , 09.sty.2014, w Fantastyka

No i pierwsza w tym roku fantastyczna premiera, na dodatek niezła, czyli „Golem i dżin” Helene Wecker. Książka, której akcja dzieje się pod koniec XIX wieku, w Nowym Jorku. W miejscu docelowym tysięcy emigrantów z różnych krajów, krainie, którą wielu postrzegało jako mlekiem i miodem płynącą. Tam też spotyka się dwoje całkiem nietypowym emigrantów mimo woli – golem Chava, stworzony w Polsce oraz Ahmad, dżin z gorącej Syrii.

Bardzo podoba mi się, jak debiutująca tą powieścią Helene Wecker używa motywów mitologicznych rzadko używanych w fantastyce, jak splata ze sobą wątki dwóch kultur, tradycyjnie postrzeganych jako stojące do siebie w opozycji. Chava i Ahmad są całkowicie pozbawieni uprzedzeń wynikających z pochodzenia czy wychowania. Jedyne ich uprzedzenia wynikają z natury: Chava, której żywiołem jest ziemia, jest spokojna i zrównoważona, skłonna do długiego rozważania natury rzeczy. A że przeznaczeniem golema jest służyć, Chava całkowicie oddana jest innym. Co nie do końca jest dobre. Z kolei Ahmad, istota zrodzona z ognia, jest żywiołowy i ruchliwy, ciekawy świata, niecierpliwy i żądny zmian. O ile Chava myśli cały czas o innych, o tyle Ahmad myśli – jeżeli myśli, bo najczęściej postępuje zgodnie ze swoim impulsem – tylko o sobie. Spotykając się całkowitym przypadkiem podczas nocnych wędrówek po Nowym Jorku natychmiast odnajdują wspólny język. Bo chociaż mają całkowicie odmienne natury, to znajdują się w tej samej sytuacji – obcych w obcym mieście, szukając dla siebie celu i przeznaczenia.
„Golem i dżin” to bardzo dobra książka. Począwszy od dyskusji na temat życia poczętego (tak, tak! Chava wszak została stworzona tylko i wyłącznie z egoistycznych pobudek i na życzenie samotnego mężczyzny) i roli kobiet (a tych jest w powieści mnóstwo – od uległej Chavy począwszy po energiczną właścicielkę kawiarni i rozpieszczoną arystokratkę), dolę emigrantów, przez dyskusję o naturze człowieka i o tym, czy pochodzenie determinuje całe nasze życie, po rozważania na temat wolności jednostki. Ahmad nie jest wolny i bardzo tej wolności pragnie. Chava z kolei jest wolna mimo woli, a golemy zostały stworzone, aby mieć pana. Mądry rabin, który opiekuje się golemką, ma prawdziwy dylemat – pozwolić odejść golemce wolno, bez pana? Czy może przypisać ją komuś, a tym samym pozbawić wolnej woli? To przecież olbrzymia odpowiedzialność – złożyć los ufnej istoty w czyjeś ręce, nie mając pełnej wiedzy, czy to ręce godne.
Zaskakująco wiele w tej książce wątków i odniesień, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że to pierwsza powieść Wecker. Ja w niej odnalazłam ślady opowieści o Pigmalionie, francuskich filozofów i Nietzschego, ktoś bardziej wykształcony ode mnie pewnie znajdzie tych treści jeszcze więcej. Przy całej tej treści „Golem i dżin” jest książką bardzo dobrze napisaną. Nawet jeśli brać pod uwagę tylko poziom podstawowy, literatury rozrywkowej i ucieczkowej.
Jeśli o mnie chodzi – dobry początek roku.
Tytuł: „Golem i dżin”
Autor: Helene Wecker
Wydawnictwo: Fabryka Słów

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Neil Gaiman – Ocean na końcu drogi

przez , 05.lis.2013, w Fantastyka

Poetycka, magiczna, niesamowita, przerażająca…co można jeszcze powiedzieć o nowej książce Gaimana? To, że trochę się na nią naczekaliśmy. Ale było warto. Na każde słowo.

Potęga wyobraźni Gaimana zadziwia mnie przy każdej jego książce. Czy komiksie, bo serię o Sandmanie pokochałam całym sercem od pierwszego obrazka. To jeden z nielicznych autorów, który tak swobodnie porusza się na pograniczu jawy i snu, zwyczajnej codzienności i strefy mroku. Jego swoboda w kreowaniu niesamowitych światów przyciągnęła do niego rzesze wielbicieli, i to w każdym wieku, bo przecież Gaiman tworzy nie tylko dla dorosłych. A od kiedy jego utwory ( „Koraliną”, „Gwiezdny pył”, „Amerykańscy bogowie”) przeniesiono na duży ekran, popularność autora jeszcze wzrosła. I nie jest to pusta popularność czy efekt marketingowej machiny – Gaiman ma olbrzymi talent i udowadnia to na każdym kroku.

Najnowsza jego książka to „Ocean na końcu drogi”. Jej bohater, obecnie mężczyzna około 40-letni wspomina wydarzenia z czasów dzieciństwa. Lokator, wynajmujący pokój w rodzinnym domu chłopca, popełnił samobójstwo. Jego czyn obudził pewne…stworzenie. Mieszkańców miasteczka mogą obronić trzy panie Hempstock, mieszkające na końcu drogi. Wydawałoby się zwyczajne farmerki. Tylko która ze zwykłych farmerek pamięta Wielki Wybuch i jest w stanie widzieć elektrony?

Przez chwilę, drobną chwilę zastanawiałam się, czy „Ocean na końcu drogi” jest książką dla dorosłych czy dla dzieci. A potem machnęłam ręką, bo w obliczu treści przynależność gatunkowa traci tutaj znaczenie. Czytając czułam się jak dziecko, bezradne dziecko, przyjmujące w sposób zupełnie naturalny najbardziej niesamowite zjawiska i za fenomen uznaję to, że Gaimanowi w czytelniku takie właśnie dziecko udaje się obudzić. Przypominamy sobie, jak baliśmy się potwora spod łóżka i jak bardzo przestrzegaliśmy zasady, żeby nie nadepnąć na złączenie płyt chodnikowych, z jaką ufnością przyjmowaliśmy, że nasze łóżko jest bezpieczną tratwą w krainie duchów i jak mocno wierzyliśmy we wszechwładzę dorosłych.

Gaiman nie wykorzystuje motywów i schematów – no, może doszukamy się w „Oceanie…” cienia mitu o Wielkiej Bogini w trzech osobach czy przekonania o sile magicznego kręgu…są to jednak wpływy na tyle powszechne i zakorzenione w sferze kultury światowej, że nawet ich jako zapożyczeń nie uznajemy. Cała reszta to zadziwiająca fantazja autora.

Jeden jest minus książki – jest strasznie krótka. Ale i tak się cieszę. Z każdego przecinka.

Tytuł: „Ocean na końcu drogi”
Autor: Neil Gaiman
Wydawnictwo Mag

Zostaw komentarz :, , więcej...

Kosmiczna kolonizacja K. S. Robinsona

przez , 29.paź.2013, w Fantastyka

Wydawało mi się, że klasyczne science – fiction o kolonizacji w kosmosie – i to tym bliskim, w granicach naszego układu słonecznego – są już passe, a tu niespodzianka. Kim Stanley Robinson, czołowy amerykański twórca gatunku, znany ze swojego „marsjańskiego” cyklu nie dość, że wrócił do tradycji, to jeszcze spojrzał na nią w sposób bardzo nowatorski.

Jest rok 2312. Ludzkość osiągnęła niewyobrażalny stopień rozwoju – jest w stanie terraformować całe planety, budować atmosferę, glebę i biosystemy. Jest też w stanie osiągnąć wszystko, jeżeli chodzi o przerabianie ludzkiego ciała – zarówno jeżeli chodzi o udogodnienia fizyczne, medycynę czy wreszcie traktowanie „materiału ludzkiego” jak dzieła sztuki. Człowieka w jego działaniach wspomaga zaawansowana technologia i Sztuczne Inteligencje. Jednocześnie Ziemia, która od dawna nie jest już politycznym, społecznym i gospodarczym centrum świata, przeżywa głęboki kryzys. O wpływy w układzie słonecznym walczą społeczności zamieszkujące Merkurego, Saturna, Wenus oraz poszczególnych konglomeratów asteroid. Na dodatek w całym tym kosmicznym gulaszu ktoś mocno miesza.

Robinson moment przełomowy w życiu ludzkości pokazuje w sposób bardzo interesujący. Czytelnik dostaje do ręki fragmenty, z których musi złożyć całość – tak jak badacz, który w zakurzonych archiwach grzebie w teczce z listami, notatkami, wycinkami z gazet czy dokumentami, poznaje prawdę z pamiętników i oficjalnych przekazów. Tutaj są to relacje osób głęboko, choć czasem mimowolnie zaangażowanych w zachodzące procesy – niezbyt zrównoważonej emocjonalnie artystki, Swan (chociaż czy bycie artystą nie jest jednoznaczne z byciem niezrównoważonym emocjonalnie?) i mężczyzn z nią związanych – inspektora międzyplanetarnej policji oraz dyplomaty, urywki pochodzące jakby z oficjalnych kronik właśnie czy luźne notatki, nie wiadomo czyje. Początkowy chaos, jednocześnie z prowadzonym śledztwem (tak, tak, mamy w „2312” i wątek kryminalny) zaczyna się nam układać w bardziej czytelną całość, aż do momentu, kiedy klepiemy się w czoło z okrzykiem „aha!”.

Co mi się podoba w „2312” to odejście od klasycznych space-oper z ich herosami czy heroinami (przede wszystkim poprawność polityczna). Tu perspektywa globalna miesza się z wizją bardzo osobistą, a herosów ewidentnie brak. Są za to zamieszki, przypadki, złe decyzje, ponownie przypadki, popełniane błędy, nagłe impulsy i niezrozumiałe działania. Świat w roku 2312 wyłania się z chaosu podobnego do tego, w jakim trzeba zanurzyć planetę, aby nadawała się do życia. Robinson dyskutuje ze społecznymi normami i moralnością, pokazując mechanizm „przywykania” do dziwactw. Nie tolerujemy homoseksualizmu? A przecież mamy już osobniki żyjące nie w klasycznej dwuosobowej relacji, a w relacji heksagonalnej, na dodatek dysponujące cechami obu płci. Uważamy, że jedzenie mięsa jest nieetyczne? A co z tymi, którzy jedzą inne inteligentne gatunki, i to w celach rytualnych? Może to i znamienne, a na pewno nie neutralne, że Robinson „klasyczną” Ziemię, z jej ustrojami polityczno-społecznymi i bliską nam etyką, Ziemię jednocześnie zacofaną, skłóconą, na granicy globalnej katastrofy i unicestwienia zestawia ze świetnie prosperującymi kosmicznymi „koloniami”, bardziej otwartymi na zmianę w każdej dziedzinie życia, a przede wszystkim – na współpracę. Wynikającą z tolerancji, nawet jeśli za nią nie stoi zrozumienie.

Książka, co może przekonać opornych, otrzymała nagrodę Nebula za najlepszą powieść fantastyczną 2012 roku.

Tytuł: 2312
Autor: Kim Stanley Robinson
Wydawnictwo Fabryka Słów

Zostaw komentarz :, , , , więcej...

Módl się i czytaj – Lucius Shepard

przez , 10.paź.2013, w Fantastyka

O Luciusie Shepardzie już pisałam, przy okazji jego poprzedniej wydanej w Polsce książki („Smok Griaule”, jak kto nie czytał to niech koniecznie nadrabia). Tym razem dostaliśmy pakiecik trzech dłuższych opowiadań. Każde dzieje się w innej scenerii, każde z innego folkloru czerpie, ale jedną mają myśl wspólną – realizm magiczny. We wszystkich trzech magia niepostrzeżenie dla czytelnika, a nawet samych bohaterów wkrada się do świata opowieści. Tak, że w pewnym momencie już nie wiemy, czy to sen, złudzenie czy halucynacja. Zresztą nie wiedzą tego także sami bohaterowie, balansujący na krawędzi szaleństwa, złudzenia i normalności. I często zadają sobie pytania, co tak naprawdę jest rzeczywiste?

Jak już wspomniałam, akcja każdego z opowiadań dzieje się w innej scenerii. „Modlitewnik amerykański” to historia mężczyzny, który odkrył siłę modlitwy. Nie, nie chodzi tu o religijne uniesienia czy nawrócenie grzesznika – raczej o odkrycie siły sugestii, wykorzystanie modlitwy nie w celach duchowego, dość (przynajmniej dla mnie) mglistego wsparcia, ale uzyskania realnych korzyści. Opowiadanie na czasie biorąc pod uwagę dzisiejsze zainteresowanie siłą sugestii, wszelkie hasła „chcieć to móc” (sama nawet używam) oraz rozważania na temat tego, do jakiego stopnia nasz mózg jest w stanie kreować rzeczywistość. Według Sheparda – te realizacje zdeterminowanego umysłu mogą być bardzo namacalne. Obrazoburcze? Może troszeczkę. Dla mnie ciekawe ze względu na obraz amerykańskiego podejścia do religii, bardziej jako zjawiska medialnego, zależnego od marketingu i telewizji. O prawdziwej wierze Shepard raczej nie mówi – raczej o wszelkiej maści szarlatanach, cudotwórcach i wszystkich tych, którzy twierdzą, że mają monopol na kontakty z wyższym bytem.

Opowiadanie drugie, “Luizjanski blues” to gratka dla wielbicieli amerykańskiego Południa i wpływów religii voo doo. Tematyka ta sama – zaklinanie rzeczywistości. Tej osobistej, z odprawianiem małych czarów i rytuałów, i tej wielkiej. I tak mi się nasuwa skojarzenie – w czym małe luizjanskie miasteczko ze swoją wiarą w Szarego Człowieka jest lepsze niż taka Częstochowa i jej przekonanie o tym, że Najświętsza Panienka chroni miasto? Oczywiście jest też o sile miłości i o muzyce.
Trzecie opowiadanie, „Viator” dzieje się z kolei na Alasce. Gdzie kilku Skandynawów, dawnych włóczęgów i wyrzutków społeczeństwa ma za zadanie odzyskać surowce z wraku statku. Tu też sen miesza się z rzeczywistością, choroba psychiczna z normalnością a baśniowa kraina zaczyna się zaraz za domami faktorii dla marynarzy. I tu także, podobnie jak w dwóch poprzednich opowiadaniach, motywem wiodącym jest uczucie między dwojgiem ludzi. Miłość, która pozwala odnaleźć właściwą ścieżkę.
Znakomite, barwne, bardzo impresjonistyczne opowiadania, w których wrażenia są ważniejsze niż akcja. Jest w nich dużo muzyki, rytmu poezji, szlachetnych obrazów. Za to nie ma błyszczących wampirów i niech Bogu będą za to dzięki.
Tytuł: „Modlitewnik amerykański. Luizjański blues. Viator”
Autor: Luciu Shepard
Wydawnictwo Mag

Zostaw komentarz :, , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...