Tag: Marek Krajewski

Breslau:początek – „Mock” Marek Krajewski

przez , 08.wrz.2016, w Kryminał

Cykl o Eberhardzie Mocku zaczyna mi przypominać filmy o Batmanie. Poznajemy Ebiego w trakcie jego policyjnej kariery, śledzimy upływ czasu, patrzymy, jak Mock się zmienia, dojrzewa, starzeje i umiera, potem jednak okazuje się, że tak naprawdę jest forever, bo przecież przygód miał bez liku… Nic dziwnego, że czas na Mock – początek. Tym bardziej, że Mock, jak prawdziwy superbohater, przywrócił polskiemu kryminałowi rangę i popularność, jednocześnie rozsławiając Wrocław (pardon, Breslau). To dzięki Mockowi – i jego twórcy, Markowi Krajewskiemu – polscy czytelnicy poznali zakamarki, speluny, teatry, podejrzane dzielnice, parki i eleganckie hotele Breslau, historię tego miasta i jego klimat. Nic więc dziwnego, że wydanie nowej książki o Mocku stało się jednym z wydarzeń związanych z ustanowieniem Wrocławia Europejską Stolicą Kultury (tak autor tłumaczył, dlaczego z wydaniem nowej powieści czekał na 2016 rok). Sam Mock, jako miłośnik klasycznej edukacji i niedoszły doktor filozofii zapewne przyklasnąłby temu pomysłowi.

Nowa powieść o Mocku to nie – tak jak ostatnie książki Krajewskiego – powieści wracające do niektórych wydarzeń z przeszłości policjanta. Krajewski postanowił na bazie tego, co już wiemy o Mocku przybliżyć nam początki policyjnej kariery Eberhardta. W „Mocku” widzimy go jako mężczyznę w sile wieku, przebywającego już w Stanach Zjednoczonych (tam zresztą, według „Końca świata w Breslau” umiera), wspominającego swoje pierwsze kroki w policji – jako najmłodszego członka wrocławskiej obyczajówki, zaledwie wachmistrza. Wplątany w obyczajowy skandal, za wszelką cenę chcący uniknąć powrotu do rodzinnego Wałbrzycha Mock godzi się na propozycję swojego przełożonego i wbrew poleceniom policyjnej wierchuszki na własną rękę prowadzi śledztwo w sprawie zgonu czterech gimnazjalistów. Chłopcy zostali znalezieni w budowanej właśnie Hali Stulecia, a nad nimi dyndał powieszony człowiek w dziwacznym kostiumie ze skrzydłami u ramion. Sprawa poruszyła mieszkańców Breslau. Jedni szukają winnych tradycyjnie wśród Żydów, inni gardłują przeciwko bogaczom. Okazję do zaspokojenia swoich ambicji i pozbycia się wroga upatrują w wydarzeniu zwalczające się frakcje – masoni i Związek Wszechniemiecki. Obie też do swoich celów chcą wykorzystać niedoświadczonego, ale szalenie ambitnego Mocka. Żadna jednak nie bierze pod uwagę przenikliwości, błyskotliwego, analitycznego umysłu mężczyzny i jego umiejętności w wydobywaniu informacji. Zwłaszcza od ludzi dalekich od elity. A Mockowi pomagają woźni, prostytutki, a nawet uliczne bandziory.

Jak i poprzednie książki Krajewskiego, także „Mock” nawiązuje do klasycznego chandlerowskiego kryminału, z „wieńczącą dzieło” sceną wyjaśniania wszystkich zagadek przez zainteresowanych. Krajewski tutaj również w sposób mistrzowski maluje realia przedwojennego Breslau, z jego politycznymi i społecznymi antagonizmami, topografią i klimatem. W „Mocku” podziwiamy eleganckie salony, uniwersyteckie sale, ale i ciemne zaułki podejrzane bary. Razem z Mockiem próbujemy piwa i „topielców”, ale także poznajemy mistyczne konotacje wrocławskiej architektury, z jej zwieńczeniem, czyli Halą Stulecia. Nie brakuje także prawdziwych popisów erudycji na temat masońskich symboli, dzieł Nietzschego, klasycznych filozofów czy prawodawstwa.

Marek Krajewski, jak prawdziwy długodystansowiec pióra miewa lepsze i gorsze chwile. Jednak w „Mocku” widać rękę wirtuoza w szczytowej formie, a książka wciąga jak pierwsze przygody Eberhardta.

Tytuł: „Mock”

Autor: Marek Krajewski

Wydawnictwo Znak

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Komisarz Popielski rozlicza się ze światem

przez , 15.paź.2015, w Kryminał

Gdy przeczytałam, że rzecz dotyczy Darłowa, od razu zastrzygłam uszami, bo to przecież moje rodzinne okolice. Więc nawet jeśli ostatnia książka o przygodach komisarza Popielskiego nie przypadła mi do gustu, postanowiłam dać Krajewskiemu szansę. I bardzo dobrze zrobiłam, bo „Arena szczurów” to książka bardzo dobra, chociaż mniej ma wspólnego z kryminałem, a bardziej przypomina powieść sensacyjną i moralitet w jednym. Bo głównym przesłaniem powieści jest pytanie, które Popielski pośmiertnie zadaje swojemu synowi – i czytelnikowi także: „czy można dla ocalenia własnego życia zabić niewinnych ludzi?”.

Krajewski_Arena-szczurow_poprAkcja dzieje się po wojnie, w – jak już wspomniałam -  Darłowie. Po miasteczku grasuje gwałciciel, który gryzie ofiary i zaraża je paciorkowcem. Ze skutkiem dla ofiar niestety śmiertelnym. Sprawą interesuje się miejscowy lekarz. I to on prosi o pomoc miejscowego nauczyciela matematyki i łaciny. Nikt poza nim nie wie, że mentor młodzieży, zawsze elegancko ubrany starszy pan to Edward Popielski, zwany Łyssym, dawny lwowski komisarz policji. Popielski, któremu nie w smak, że ktokolwiek poznał jego tożsamość, niechętnie zgadza się na sprawdzenie tropu, który podsuwa mu lekarz. Niestety śledztwo prowadzi go do prawdziwego piekła.

Tak jak i w poprzednich książkach, Krajewski wcale nie kreuje swojej czołowej postaci na bohatera. Dla Popielskiego liczy się głównie jego bezpieczeństwo i jego życie. Żadne szlachetne odruchy nie są w stanie skłonić go do pomocy lekarzowi, który szuka mordercy i gwałciciela. Wszystko, co Popielski robi, robi niechętnie i ze strachu przez zdemaskowaniem, a czasem – wiedziony wdzięcznością na bardzo zwierzęcym poziomie. Żeby osiągnąć swój cel Łyssy znowu nie zawaha się użyć kłamstwa i przemocy, nawet wobec słabszych i potrzebujących pomocy. W każdej chwili Popielski wybiera między większym i mniejszym złem, a dokonany wybór nie spędza mu snu z powiek. Ot, robi co musi robić. I w ten sposób staje przed ostatecznym wyzwaniem, wyrażonym przez pytanie przytoczone w pierwszym akapicie. I tylko pozornie odpowiedź na to pytanie jest prosta.

Oczywiście, poza akcją sensacyjną „Arena szczurów” to opis stosunków panujących na polskich ziemiach tuż po wojnie, gdzie o władzę, szczególnie w małych miastach walczyli funkcjonariusze UB i oficerowie Armii Czerwonej. Gdzie na porządku dziennym było donosicielstwo i przekupstwo, kradzież i kombinatorstwo. Gdzie nie można było ufać nikomu – matce, przyjacielowi, narzeczonej, ukochanym uczniom. Gdzie miejscowa polska ludność uginała karki przed tymi, co rządzą. Gdzie w bestialski sposób wykorzystywało się tych, którzy mieli to nieszczęście, że byli przedstawicielami narodu przegranych. Jest, nie ma co ukrywać, brutalnie i krwawo, a myślą przewodnią jest to, że człowiek, choćby nie wiadomo jakim był erudytą, potrafi zapomnieć o swojej cywilizacyjnej otoczce, wykształceniu i wyznawanych przez siebie zasadach. Byle przeżyć.

Tytuł: „Arena szczurów”

Autor: Marek Krajewski

Wydawnictwo Znak

 

2 komentarze :, , więcej...

Zbrodnie prawdziwe

przez , 15.cze.2015, w Reportaż

Parę dni temu zdarzyło mi się zasiedzieć w nocy. Kolega zapytał, czemu, wstając do pracy bladym świtem, czyli o 5.30, sporo po północy jeszcze nie leżę w łóżku smacznie śpiąc. Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że czytałam świetną książkę i koniecznie chciałam ją skończyć. Jak usłyszał, jaka to książka, powiedział tylko „ty jednak jesteś nienormalna. Żeby się tak fascynować sekcjami zwłok!”

Owszem, medycyna sądowa i antropologia sądowa mnie od jakiegoś już czasu fascynują, ale w książce „Umarli mają głos. Prawdziwe historie” nie tylko o to chodzi. A o to, że choć jednym z autorów jest znakomity polski „kryminalista”, Marek Krajewski, to książka pokazuje, że rzeczywistość czasem tworzy lepsze scenariusze niż najlepsi pisarze.

umarli

Współtwórcą – i pomysłodawcą książki jest Jerzy Kawecki. Wykładowca w Katedrze i Zakładzie Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, biegły sądowy z wieloletnim doświadczeniem zawodowym. I równie długoletni konsultant Marka Krajewskiego przy pisanych przez tego ostatniego powieściach. Wieloletnia współpraca przerodziła się w przyjaźń, a Jerzy Kawecki z konsultanta zmienił się także w inspiratora. Pewnego dnia, gdy obaj panowie siedzieli na kawce, Jurek zdradził Markowi, że drobiazgowo gromadzi materiały ze spraw, w których wystąpił jako biegły sądowy. I że kiedyś, na emeryturze, chciałby te przypadki opisać. Krajewski materiały obejrzał, wysłuchał jednej historii…i uparł się, że na emeryturę Kaweckiego czekać nie będą. Tylko napiszą wspólnie książkę, która jest nie tylko opowieścią o ludzkich występkach, ale także o pracy biegłego sądowego. I tak powstał „Umarli mają głos”, zbiór dwunastu smakowitych historii.

Choć Krajewski zmienił okoliczności opisywanych przypadków, dbając o dobra osobiste bohaterów, sedno opowiadań zostało takie samo. Zbrodnia, obrażenia zwłok powstałe w jej wyniku, postępowanie doktora Kaweckiego w każdym z przypadków, poszczególne etapy śledztwa, hipotezy i ekspertyzy. To „mięso” przyprawia Krajewski, tworząc z suchych faktów fascynujące historie, nie pozbawione dramatyzmu, a czasem okraszone czarnym poczuciem humoru, charakterystycznym dla lekarzy medycyny sądowej. Drastycznych (bardzo) szczegółów nie ma, chociaż ci, którzy mają bujną wyobraźnię, mogą się nieco tu i ówdzie wzdrygnąć. Ale nie ma konieczności czytania na pusty żołądek, if you know what I mean J

„Umarli mają głos” to zbiór 12 historii o przypadkach wyjaśnionych i tych, które do dziś nie doczekały się rozwiązania. Znajdziemy tu i historie hieny cmentarnej o specyficznych upodobaniach, tajemnicze rytuały, satanistów, zabójstwa na tle rabunkowym, tajemniczo znikające czaszki denatów, zmowy milczenia  i zbrodnie w afekcie. Rozmaite motywy i przedziwne przypadki, upartych policjantów i interesownych prawników. A także rozmaite okoliczności prowadzenia śledztwa, od czasów socjalizmu po współczesność, kiedy to technika (na przykład badania DNA) mocno ułatwiła życie śledczym. Ułatwiła, ale nie zwolniła z myślenia.

Co najlepsze w książce to to, że mamy do czynienia z autentycznymi przypadkami. A prawda zawsze jest bardziej pasjonująca niż najlepsza nawet fikcja.

Tytuł: „Umarli mają głos. Prawdziwe historie”

Autor: Marek Krajewski, Jerzy Kawecki

Wydawnictwo Znak

 

 

 

Zostaw komentarz :, , więcej...

Matematyczny demon hula po Wrocławiu

przez , 19.wrz.2014, w Kryminał

Tajemniczy Władca liczb żąda ofiar z ludzi. Wystarczy znaleźć się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu… Tak przynajmniej głosi teoria szalonego matematyka. Edward Popielski, emerytowany policjant, w powojennym Wrocławiu zajmujący się poszukiwaniem informacji dla prawniczej kancelarii, dostaje intratne zlecenie. Ma za zadanie udowodnić, że za tajemnicze samobójstwa odpowiedzialny jest nie matematyczny demon, tylko przypadek. Czy słynny Łyssy poradzi sobie z zadaniem, wrocławskimi zakapiorami i komunistycznymi organami ścigania?

Po ostatniej książce Krajewskiego, „W otchłani mroku” stwierdziłam, że autora chyba dopadł kryzys twórczy, bo zamiast eksplozji smaku dostałam książkę bardzo przeciętną. Daleka jestem jednak od zarzekania się, że już w takim razie nigdy więcej i dałam szansę „Władcy liczb”. I słusznie, bo Krajewski jakby złapał drugi oddech.

władca liczb

Akcja „Władcy liczb” dzieje się dwutorowo . Pierwsza część dzieje się w powojennym, socjalistycznym Wrocławiu, a jej głównym bohaterem jest siedemdziesięcioletni  Edward Popielski. Wciąż aktywny, wciąż prowadzący pseudodetektywistyczną działalność – chociaż teraz już na zlecenie kancelarii adwokackiej – i życiowo ustabilizowany. Popielski spędza po 8 godzin w kancelarii, ma ustalone pory posiłków, mieszka ze swoją kuzynką i z tą kuzynką w równie ustalony, schematyczny sposób spędza wieczory. Aż się prosi, żeby w tę nudę i przewidywalność, w ten PORZĄDEK  wpleść chaos. I o dziwo chaosem staje się sprawa pewnego matematycznego geniusza. Przykuty do łóżka ekscentryk, zamknięty od zewnątrz w swoim mieszkaniu, którego nie odwiedza nikt poza rodziną i pewnym księdzem ukuł teorię o liczbowym demonie. Według tej teorii są daty i geograficzne punkty, które przyciągają żądnego krwi demona. Jeśli jakaś osoba znajdzie się w wyznaczonym czasie w określonym punkcie, popełnia potem samobójstwo. Brat matematyka, bogaty arystokrata  za wszelką cenę chce pokazać, że geniusz to nie geniusz, tylko wariat, a trzy samobójstwa popełnione według takiego samego schematu to przypadek. Dowieść tego ma przy pomocy Popielskiego…

Jak widać, Krajewski odszedł od przestępstw na tle seksualnym, za to bardziej skupił się na opisach. Wrocławia socjalistycznego, w którym króluje kwaterunek i meliny z bimbrem, a policjantów na wysokich stanowiskach zastąpili aktywiści. To Wrocław nowy, wciąż pamiętający jednak o przedwojennym szyku i pełen nostalgii za nim. Prowadzący prywatne śledztwo Popielski odwiedza zarówno spelunki jak i komisariaty i parki, meliny, dworcowe kafeterie i kościoły, opery i miejsca odwiedzane przez margines. Tym samym „Władca liczb” daje nam dosyć barwny i pełny opis miasta, nie tak ponurego może jak Gotham City, ale i nie świętego. Do dopełnienia tego obrazu Krajewski włącza  Wrocław współczesny, z jego uczelniami i miejscami odwiedzanymi przez hipsterów, w którym ponurych żuli, władców dzielnicy zastąpili dilerzy. Jednak niezależnie od miejsca i czasu nie zmienia się jedno – niepokorny duch w mężczyznach z rodu Popielskich. Mimo podeszłego przecież wieku i pozornej bezradności nie daje sobie w kaszę dmuchać ani słynny Łyssy, ani jego potomek, Wacław Remus.

Różnicę widać też w backgroundzie naukowym. „W otchłani mroku” raczyła nas obficie filozofią, „Władca liczb” poświęcony jest matematyce. Na szczęście fascynacja „królową nauk” nie przytłacza, a jest tylko tłem dla śledztwa. Skłamałabym jednak mówiąc, że Krajewski zrezygnował całkiem z filozoficznych rozważań, bo w książce nie brakuje rozmów o naturze dobra i zła. Intensywnie oddaje się tym rozważaniom Popielski, upatrując w sobie, mimo dobrych intencji, siewcę zła. Być może dlatego, ze względu na drzemiące w nim wyrzuty sumienia za przekraczanie granic nie tylko przyzwoitości, ale i zasad moralnych i etycznych tak łatwo Popielskiemu uwierzyć w istnienie złowrogiego demona. Wbrew szarpiącym nim rozterkom Popielski nie rezygnuje ze swoich działań. Być może dlatego, że w ostatecznym rozrachunku służyć one mają jednak dobru?

„Władca liczb” opiera się na prostym fabularnie zamyśle – Edward Popielski zostawia swojemu synowi, Wacławowi, opis kilku nierozwiązanych spraw. Sprawa matematycznego demona jest drugą z zagadek, z jakimi musi uporać się Wacław Remus. Rozwiązując je, jednocześnie dowiaduje się coraz więcej o sobie i swojej przeszłości, coraz bardziej też zmienia się jego charakter i osobowość. Być może w ten sposób Krajewski przygotowuje nas do nowego kryminalnego cyklu, w którym to właśnie Remus, nie jego ojciec, grał będzie pierwsze skrzypce?

Tytuł: „Władca liczb”

Autor: Marek Krajewski

Wydawnictwo Znak

 

Zostaw komentarz :, , , , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...