Tag: Templariusze

Anioły nie lubią ludzi – „Angele Dei”, Dariusz Domagalski

przez , 20.paź.2016, w Fantastyka

Są anioły i demony, Arka Przymierza i templariusze, ale wbrew schematowi nie chodzi o władzę nad światem. Dariusz Domagalski w swojej powieści „Angele Dei” zajmuje się raczej kwestią wolnej woli i zaufania wobec Stwórcy.

Powieść fantasy, w której głównym tematem wbrew pozorom nie są ładne obrazki, a podstawowa dla chrześcijaństwa (przynajmniej tak wydaje się mnie, humanistce i niekatoliczce) idea. Czyli, że Bóg wie co robi i należy mu zaufać, a nie podważać jego kompetencje. Jeżeli Bóg stworzył człowieka słabym i podatnym na grzechy, a także obdarzył go wolną wolą, pozwalającą mu tych grzechów uniknąć (lub się w nich tarzać, jeśli ma taka ochotę), to wara komukolwiek do kwestionowania boskiego działania. Bardzo adekwatny komentarz do rzeczywistości, w której wolna wolę próbuje się zastępować normami prawnymi, nieprawdaż? Tylko, że podważającymi boskie decyzje i wchodzącymi w boskie buty nie są rozmaici terlikowscy (z małej litery pisani, bo określam raczej stan umysłu)a byty wyższe, czyli anioły. Anioły bardzo ludzkie, bo zazdrosne o uwagę Ojca, aroganckie i dumne.

„Angele Dei” to bynajmniej nie pierwsza w polskiej fantastyce książka o hufcach anielskich i mówcie co chcecie, ale powieści Kossakowskiej w tym temacie chyba nikt nie prześcignie. I niestety także niektóre z wątków (nie będę ich zdradzać, żeby nie spojlować) są wobec powieści Kossakowskiej wtórne. Ciekawostką jest natomiast sposób prowadzenia fabuły – akcja dzieje się w czasach Nabuchodonozora, wojen krzyżowych i współcześnie. Mamy tu ludzkich strażników Arki Przymierza i strzegące ich byty wyższe, uwaga – niekoniecznie anielskie. Bo tematem tym razem jest intryga anielska – jak by tu zgładzić ludzkość i wkraść się z powrotem w łaski Boga. Przez dłuższą chwilę nie wiadomo, kto tu jest dobry, kto zły, do kogo trzeba czuć sympatię a do kogo wręcz odwrotnie, jak w dobrym kryminale. Dla mnie wyjątkowo interesujące są poszczególne anielskie postacie i brawa dla Domagalskiego za wyobraźnię. Zarówno przy tworzeniu ich atrybutów, jak i jednostkowych historii. Chociaż wciąż czekam na pisarza, który opisze anielicę (ewentualnie demonicę) jako dosyć szpetną, albo chociaż nie obłędnie atrakcyjną, z długimi nogami i pięknym biustem. No i plus za obrazoburczą ideę, że anioły również uprawiają seks (a odkrycie, kim naprawdę jest najsłynniejszy asasyn świata, Starzec z Gór, to prawdziwe zaskoczenie).

Interesujące, bez wstrząsów, z paroma niespodziankami.

Tytuł: „Angele Dei”

Autor: Dariusz Domagalski

Dom Wydawniczy Rebis

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Krwawi królowie, trucizna i intrygi

przez , 09.lip.2015, w Powieść historyczna

Byłam ostatnio na międzynarodowym zlocie młodzieży. Z całej niemal Europy, a nawet spoza niej. Tematyka była poważna, bo nowoczesne wojny, migracja, terroryzm. Wielka polityka i to, że nie czujemy się bezpieczni. I tak sobie słuchałam tego, co mają do powiedzenia specjaliści i młodzi ludzie, a w przerwach czytałam książkę, która wybitnie pokazuje, że w intrygach i przemocy ludzkość, mimo technologicznego zaawansowania, wcale nie jest lepsza od swoich przodków.

maurice

Książką, którą sobie wybrałam do poczytania dla rozrywki był pierwszy tom „Królów przeklętych” Maurice Druona. Gigantyczna opowieść o środkowej Europie  w czasach panowania ostatnich pięciu Kapetyngów i pierwszych Walezjuszy, pokazująca polityczne niuanse władzy. W wielkiej machinie rządzenia pojedynczy ludzie to zwykłe mięso. Niezależnie od tego, czy są żołnierzem, stróżem, kupcem, ministrem czy królem.

Tom I „Królów” zaczyna się w momencie, kiedy rządy we  Francji sprawuje Filip IV zwany Pięknym. Człowiek, który uczynił Francję potężnym krajem i który zasłynął tym, że zniszczył zakon templariuszy (scena kaźni wielkiego mistrza i słynnej klątwy Jakuba de Molay jest zresztą jedną z pierwszych w książce ). Druon opisuje intrygi możnych i tych mniej wpływowych, za to sprytnych. Specjaliści od promocji określają „Królów przeklętych” mianem prawdziwej „Gry o tron”, ja bym ją nazywała pierwotnym „House of Cards”. Jak widać szantaż, podstęp, „zbieranie haków”, przekupstwo to nie są wynalazki XXI wieku. Może tylko poplecznicy Filipa Pięknego byli bardziej biegli w używaniu trucizn.

„Królowie przeklęci” to tak, powieść historyczna, którą czyta się lepiej niż niejeden kryminał. A tym lepiej, że to nie fikcja…Druon pisząc swój cykl bardzo mocno opierał się na badaniach historycznych i źródłach, ale suche fakty i białe plamy historii uzupełnił ze swadą i wyobraźnią. I tak, że nie ma się najmniejszych wątpliwości, że takie uczucia, emocje i motywy kierowały bohaterami książki. Co może zaskoczyć co niektórych, cykl był pisany w latach 1955 – 77, jednak ani treść, ani styl nie przestają zachwycać. O ile przyznaję, że moje ukochane historyczne lektury z dzieciństwa, czyli Bunsch i Gołubiew jeśli chodzi o użyty język są już mocno retro, przez co mogą zniechęcać co młodszych czytelników, to „Królów przeklętych” czyta się z wypiekami na twarzy, tak jak…no, niech będzie, jak „Grę o tron” właśnie.

Piszę o „Królach przeklętych” dlatego, że Wydawnictwo Otwarte wydaje ten siedmiotomowy cykl w nowej wersji. W tomie I znajdziemy  trzy powieści „Król z żelaza”, „Zamordowana królowa” i „Trucizna królewska”. Całości towarzyszą obfite przypisy i notki biograficzne, co powinno usatysfakcjonować zapalonych miłośników historii.

Jak dla mnie całość pierwsza klasa.

Tytuł: „Królowie przeklęci. Tom I”

Autor: Maurice Druon

Wydawnictwo Otwarte

 

 

Zostaw komentarz :, , , , , , , więcej...

Czarny rycerz vs. asasyni

przez , 25.mar.2015, w Fantastyka, Powieść historyczna

Jakiś rok temu pisałam o debiutanckiej powieści Marka Orłowskiego. „Miecz Salomona” był pierwszym tomem przygód Rolanda z Montferratu. Miło mi oznajmić, że cykl „Samotny krzyżowiec” doczekał się drugiego tomu, a Czarny Rycerz przeżywa w nim coraz bardziej fantastyczne przygody. Coraz mocniej bowiem Orłowski ze ścieżki rycerskiego eposu skręca w stronę fantastyki, chociaż – co przyjęłam jednak z ulgą, święty Graal nie pojawia się także i w tym tomie.

samotny

Znacznie mniej jest w „Ścieżkach przeznaczenia” ogólnego rysu historycznego z czasów wojen o Ziemię Świętą – więcej za to przygód samego Rolanda, przypominającego coraz bardziej średniowiecznego Indianę Jonesa. Takiego, co to wiecznie się pakuje w kabałę i wychodzi z niej cudem, opatrzony co prawda całą kolekcją siniaków i może bez ulubionego kapelusza (pardon, w tym przypadku sztyletu). Brakuje tylko pięknej odaliski lub towarzyszki przygód. Albo chociażby odpowiednika Sancho Pansy – Roland bezwzględnie jest sam. Może po to, by nie przeżywać dylematów moralnych i przeć do przodu zgodnie ze swoimi zasadami.

Orłowski sam przyznaje, że pisząc swój cykl sięgnął po rycerskie baśnie, chansons de geste (a także, swoją drogą, rodzime opowieści o Zawiszy Czarnym czy historie o beduińskich farysach) – stąd tak dużo miejsca w powieści zajmują sprawy kodeksu rycerskiego i wzoru szlachetnego zachowania. Rycerz ma być prawy, bronić słabszych i niewinnych, być bezwzględnie odważny i wierny swojej religii. Zawsze walczy do końca i dotrzymuje przysięgi, nawet jeśli złożył ją wrogowi. Miło się czyta, choć postawa ta zdecydowanie jest daleka od współczesnych wzorców zachowania). Przy całej swojej szlachetności Roland pozostaje jednak postacią mało sympatyczną i szczerze powiedziawszy zimną. Jedyne, co ociepla jego wizerunek, to miłość do wierzchowca.

W „Ścieżkach przeznaczenia” odchodzi autor od pisania o templariuszach, za to więcej miejsca poświęca asasynom i legendom związanym z królem Salomonem. Pojawiają się pierwsze demony, zaklęcia i magia, a wszystko wskazuje na to, że trzeci tom będzie już mocno poświęcony tej tematyce. Tym samym z przygodowej powieści historycznej skręcamy w kierunku fantasy i nie powiem, żebym się jakoś martwiła z tego powodu.

Niestety sceny porównywalnej do tej z ogórkiem brak.  :-)

Tytuł: „Samotny krzyżowiec. Ścieżki przeznaczenia”

Autor: Marek Orłowski

Instytut Wydawniczy Erica

Zostaw komentarz :, , , więcej...

O templariuszach raz jeszcze

przez , 20.cze.2014, w Fantastyka, Powieść historyczna

Rozprażone słońcem ulice na zewnątrz („na dwór” w Krakowie mówić nie wolna, „na pole” wciąż nie przechodzi mi przez gardło), jeszcze ze trzy godziny trzeba poczekać, aż zrobi się na tyle znośnie, żeby pójść pobiegać. Nie pozostaje mi więc nic innego jak tylko czytać i pisać o tym, co właśnie przeczytałam. Ostatnio była fantastyka, więc kontynuuję temat, chociaż w sposób nieoczywisty. I przedstawiam wam Marka Orłowskiego i jego „Samotnego krzyżowca”.

Samotny-krzyzowiec

„Samotny krzyżowiec” to literacki debiut autora o dosyć specyficznych zainteresowaniach – od historii średniowiecza i zabytkowej broni, przez turystykę górską po sporty wodne. Sama książka to opowieść o utracie Jerozolimy przez chrześcijan i – oczywiście, dlaczego by nie – o templariuszach. A zwłaszcza o związkach templariuszy z sektą asasynów. Znajdziemy tu także najpopularniejsze legendy Ziemi Świętej – skarby Świątyni Salomona odkryte przez rycerzy Templum i poszukiwanie cudownej Arki Przymierza. Do tygla wrzucił autor także legendę o nefilim, czyli potomkach ludzi i upadłych aniołów i wymyślony przez siebie cudowny miecz. No bo właściwie czemu nie? W największych rycerskich eposach jest miejsce na cudowną broń (Ekscalibur króla Artura, Durandal Rolanda czy Tizona Cyda – ten ostatni istnieje w realu, można go oglądać w muzeum w Madrycie), dlaczego miałby być pozbawiony tego rekwizytu mądry król Salomon?

Choć powieść zaczyna się od historii o wspomnianym Salomonie, akcja dzieje się znacznie, znacznie później – w czasach, kiedy Saladyn zdobywa Jerozolimę a chrześcijanie walczą o utrzymanie ostatnich placówek w Ziemi Świętej. Bohaterem „Samotnego krzyżowca” jest rycerz Roland z Montferratu – młody, odważny i niepokonany w boju. Ceniący sobie cnoty rycerskie w przeciwieństwie do układów i polityki, która go mierzi. Roland nie jest jednak naiwnym prostaczkiem o czystym sercu,  a raczej odrzuca wszelką działalność, która pozostaje w sprzeczności z jego zasadami. Dlatego też, mimo iż jego droga nieustająco przecina się z drogami templariuszy i wiele ich nauk jest mu bliskich, Roland nie decyduje się na przywdzianie białego płaszcza z czerwonym krzyżem. Woli sam decydować, jak i za jaką sprawę będzie walczył, a nie poddawać się pokornie władzy wielkiego mistrza. I słusznie, bo rycerskie cnoty, których pełni są zwykli rycerze, są zdecydowanie obcy możnym tego świata. Co nie przeszkadza bohaterowi stawać z templariuszami ramię w ramię do walki czy służyć im swoim doświadczeniem.

Powiem tak – sięganie po templariuszy jako temat do książki uważam za ryzykowne. Owszem, budzą ciekawość i są nieustającą tajemnicą, ale to wszystko sprawia, że wszelkiej maści artyści przemaglowali ich już na dziesiątą stronę (chociażby Dan Brown czy George Lucas). Jedni to robią gorzej, inni lepiej, skalę porównawczą ma się dużą i osobiście bym się bała pisać na temat tak szeroko eksplorowany. Podziwiam więc odwagę autora i to, że do legendy starał się dodać coś nowego (czyli chociażby tytułowy miecz Salomona i konszachty templariuszy z asasynami), zamiast po raz kolejny bawić się w poszukiwanie Graala. Rzemieślniczo wśród powieści o Ziemi Świętej Orłowski plasuje mi się gdzieś w połowie skali, jako zręcznie napisana powieść przygodowa, choć bez wstrząsów i fajerwerków. Z wyjątkiem jednej sceny z ogórkiem, która naprawdę jest wysokiej klasy :-)

Tytuł: Samotny Krzyżowiec. Miecz Salomona

Autor: Marek Orłowski

Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica

 

Zostaw komentarz :, , , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...