Tag: Wydawnictwo Literackie

Historia nie dzieje się tylko na polach bitew – rozmowa z Anną Brzezińską

przez , 04.paź.2017, w Powieść historyczna

- Czy jest za mało kobiet w historii? W książkach historycznych, powieściach?

Zdecydowanie tak. I to nie tylko za mało kobiet, ale za mało ludzi spoza elit. Nasza historia, szczególnie ta podręcznikowa, popycha nas w kierunku myślenia o przeszłości jako o tym, co się wydarzyło na polach bitew. Nie neguję tego, że pola bitew mają wpływ na nasze życie, ale wydaje mi się, że ewolucja rodziny, a już od czasów Arystotelesa wiemy, że rodzina też jest polityczna, ma większe przełożenie na to, kim ty jesteś, kim ja jestem niż data bitwy pod Orszą. To jakiś mankament myślenia i spuścizna jeszcze XIX wieku.

- Skąd wybór Jagiellonek jako bohaterek powieści?

Mało romantycznie – ponieważ jest to moja podstawowa specjalizacja jako historyczki. Po drugie uważam, że to świetne historie. Żal, że są tak nieznane. Oczywiście nasza jagiellońska historia nie jest tak spektakularna i pełna skrytobójczych mordów jak losy Borgiów czy Tudorów ale paradoksalnie Tudorowie są niezłą paralelą, bo myśmy się mierzyli z bardzo podobnymi wyzwaniami. Mieliśmy dynastię, której dziedzic nie potrafił doczekać się potomstwa płci męskiej. Też mieliśmy króla, który próbował się rozwieść. Tylko że w Polsce a właściwie w Koronie i na Litwie szukano zupełnie innych odpowiedzi niż w Anglii Tudorów. Jest coś gorzkiego w fakcie, że wiemy, kim był Henryk VIII a tak słabo znamy losy naszej własnej dynastii.

- Tym bardziej, że był to czas, kiedy Polska rzeczywiście była elementem europejskiej polityki i dynastycznej układanki.

Starałam się pokazać naszą dynastię jako część wielkiej, europejskiej rodziny i pokazać ciągłość kulturową monarchii Jagiellonów i całej chrześcijańskiej republiki europejskiej. Starałam się pokazać, że nasze królewny dorastały wśród tych samych opowieści, że też wiedziały, kim byli rycerze Okrągłego Stołu. W skarbcu jagiellońskim jest takie pudełko na szachy z płaskorzeźbami przedstawiającymi historie zaczerpnięte z romansów rycerskich. Wszystkie królewny XVI-wieczne dorastały wśród tych samych legend o świętych, opowieści zaczerpniętych z Biblii i materii antycznej. No i rodziła się kultura narodowa. Ona też wymieniała wątki między sobą. Ta ciągłość kultury europejskiej często nam umyka. No i takie niezmiernie długie trwanie – to, że niektóre żarciki Reja czy Kochanowskiego mają początek jeszcze w literaturze antycznej i są przez kolejnych twórców transformowane, opowiadane na nowo – to też wydawało mi się ważne.

- Książka przełamuje złą opinię na temat jednej osoby – królowej Bony.

Bona była kontrowersyjna. Mnie jest jej bardzo często żal, bo wydaje mi się, że ona tak strasznie nie rozumiała polskiej kultury politycznej. Ta jej wielka ofensywa wokół elekcji vivente rege, czyli posadzenia na tronie Zygmunta Augusta za życia jego ojca, króla Zygmunta Starego była zrozumiała z psychologicznego punktu widzenia. Ona sama doświadczyła przecież rodzinnej tragedii i jej rodzinne księstwo Mediolanu, jedno z najbogatszych miast ówczesnej Italii wymknęło się z rąk tej gałęzi Sforzów. A potem jej brat i dziedzic ojca został wzięty jako zakładnik przez króla francuskiego i tam zginął w wypadku, spadł z konia. To straszna tragedia i pokazuje, jak kruche jest życie dziedzica tronu. Myślę, że w tym kontekście powinniśmy myśleć o rzekomej nadopiekuńczości Bony, która, także według wielu współczesnych historyków straszliwie tego syna niańczyła. Ja bym też nie była taka wyrywna, żeby mojego wysyłać na pole bitwy. Starałam się w królowej Bonie zobaczyć nie tylko tę mroczną postać z pamfletów szlacheckich, ale przede wszystkim człowieka. To nie znaczy, że nie widzę jej błędów. To, że nie wydała za mąż swoich trzech najmłodszych córek uważam za ogromny skandal. Bardziej się tych dziewczyn nie dało skrzywdzić. To nie były czasy sprzyjające staropanieństwu – nawet nie próbuję używać określenia „singielki”, bo takiego słowa nie było i takiego losu też nie. Królowa, pochłonięta swoimi zmaganiami z Habsburgami, o swoich córkach najzwyczajniej nie pomyślała wtedy, kiedy należało o tym pomyśleć. Na jej usprawiedliwienie możemy powiedzieć, że nawet Habsburgowie nie byli w stanie w tamtej epoce wydać za mąż wszystkich swoich córek. To nie jest tak, że nie podejmowano kroków – może nie starano się wystarczająco energicznie. Natomiast ciężko mi w Bonie zobaczyć mityczną figurę zła – naszą funkcją nie jest tworzenie mitów, ale próba dotarcia do człowieka.

- A propos człowieka – „Córki Wawelu” to książka historyczna ale opowiedziana z bardzo nietypowego punktu widzenia. Powiernicy królewien, dwórki – karlicy Dosi. Skąd ten pomysł, skąd ta postać?

- Dosia jest w kolekcjach listów królewien. Ona rzeczywiście była zaufaną służką królewny Katarzyny Jagiellonki. Często zdarzało się w tamtej epoce, że karlice należały do ulubionych i zaufanych osób na dworze królowych. Nic nie wiemy o wczesnych latach Dosi, tutaj wszystko wymyśliłam. Ale pojawia nam się w korespondencji czy jako autorka listów, kiedy królewna Katarzyna jest uwięziona w Gripsholmie w Szwecji. Wiemy, że Katarzyna mogła wtedy wziąć ze sobą bardzo niewiele sług – dwóch służących, dwie panny z fraucymeru i dwie karlice. Jedną z nich była Dosia – to jest miarą zaufania królewny. Drugi taki moment, który świadczy o tym, jak blisko one były ze sobą związane to fakt, że Dosia została opiekunką królewskich dzieci, w tym następcy tronu, Zygmunta III Wazy. I ona naprawdę jeździł na niej jak na koniku, bo Dosia to opisała – że królewicz dorasta i robi się coraz cięższy.

- Wybór tej postaci jako wiodącej daje ciekawe możliwości fabularne. Karlica więcej widzi, zupełnie inaczej ocenia.

Na dworach królewskich i domostwach arystokracji często pojawiały się kobiety z plebsu i nie zawsze pojawiały się jako służące do zamiatania podłóg. To widać w teatrze elżbietańskim, teatrze czasów króla Jakuba – że te postaci mają dwoisty status. Z jednej strony są niżej w hierarchii społecznej, co ma przełożenie na relacje z pracodawcą, a z drugiej strony mają pewną władzę, bowiem mogą poruszać się swobodnie w poprzek tej hierarchii. Kiedy królowa chce zebrać wieści, nie może swobodnie poruszać się po mieście. Królowa nigdy nie jest sama, zawsze spoczywa na niej czyjś wzrok. Natomiast karlica może pójść praktycznie dokąd chce. Dlatego służki z plebsu były tak pożyteczne.

- W książce opisujesz tę część historii, która nie pojawia się w podręcznikach czy opracowaniach. Komnaty porodowe, wywód… Czy było trudno znaleźć takie informacje i skąd taka koncepcja?

Uważam, że to ważne jak przychodzimy na świat. Często zapominamy, że pewne fakty nie są tylko faktami biologicznymi. Takie rzeczy jak zdrowie i choroba są także faktami społecznymi. Zależało mi na pokazaniu, że pewne rzeczy, które wydaja nam się tak naturalne, że nie może być inaczej, bywały zupełnie inaczej rozumiane. Obok nas teraz siedzi dziecko i wydaje nam się naturalne, że obowiązkiem rodzicielskim jest bliskość. Kiedyś tak nie było.

Czy było trudno dotrzeć do tego rodzaju informacji?

- Nie. Te tematy są dosyć dobrze opracowane od kilkudziesięciu lat. Są kontynuowane też badania nad historią codzienności. Pewną trudnością było to, że Jagiellonowie nie byli formalistami. O ile na dworze angielskim czy burgundzkim wszystko było uregulowane – to u nas takich dokumentów nie było. Więc musiałam sobie to rekonstruować i robić hipotezę, jak to u nas mogło być, porównując to z innymi dworami. Jeśli był jakiś wyrazisty wzorzec to uznawałam, że u nas pewnie było podobnie. Ale zawsze starałam się zaznaczać, gdzie opieramy się na źródłach, a gdzie jest to hipoteza na podstawie innych krajów.

- Wiesz może jaka jest reakcja historyków na twoją fabularyzowaną historię Jagiellonek?

Nie wiem, ale nie pisałam jej dla historyków. Zresztą to nie jest tak, że każdy historyk wie wszystko o każdej epoce. Jakbyś mnie zapytała o XIX wiek, to starałabym się odwracać twoją uwagę od swojej niekompetencji. Ale nas przede wszystkim uczą poszukiwania odpowiedzi. Jeśli jakiś historyk będzie ciekaw, jak wyglądał poród, to sobie to sprawdzi. Natomiast zależało mi, żebyśmy dali szansę ludziom nie będącymi historykami, żeby tę opowieść poznali.

- Czy któraś z królewien jest twoją ulubienicą?

Gdybym miała wybierać, kim bym chciała być, to wolałabym być mądrą Zofią. Ona miała życie pozbawione fajerwerków ale spokojne, a pisarz swoje przygody przeżywa i tak w wyobraźni – i uważam, że to komfortowa sytuacja. Bardzo lubię każdą z nich. Każda jest inna i nawet nie potrafię ich ocenić. W jakimś wywiadzie zapytano mnie, która z nich zrobiła większą karierę. Jak to mam ocenić?  Żadna nie chciała robić kariery a która była szczęśliwsza…skąd mam to wiedzieć? I znowu to ten moment – to pytanie o karierę, o szczęście – kiedy nam się rozjeżdżają epoki. Nasza epoka odkleja się od tego, co było kiedyś. Królewny nie żyły po to, żeby się realizować. To nie były czasy, w których czujemy się zobligowani do tego, żeby nie zmarnować szansy i żyć pełnią życia. To czasy, kiedy żyje się do pełnienia pewnej roli, kiedy władza jest obowiązkiem, nie tylko przywilejem. Jagiellonowie mieli bardzo wysoką etykę władzy. Jest taka mordercza relacja jednego z posłów na dworze króla Władysława, króla Czech i Węgier.  Ten poseł powiedział: „król żaden, ale człowiek znakomity”. To da się powiedzieć o wielu Jagiellonach. To myślenie króla Zygmunta, który tak paskudnie się dawał ogrywać i książętom moskiewskim, i Habsburgom… I który potrafił powiedzieć swojej żonie, że on się nie będzie ubiegał o jakieś tam księstwo śląskie, bo ono należy do jego bratanka, a Zygmunt uważał, że ma dosyć swoich ziem i nie musi wyciągać ręki po cudze. Z naszej perspektywy może nie był więc to idealny władca ale był bliski temu, o czym pisał Erazm z Rotterdamu: ideału świeckiego monarchy, sprawiedliwego, świątobliwego, dobrego władcy. Córki Zygmunta były wychowane w takim etosie. One żyły po to, żeby wypełnić obowiązki, które na nie nakładano.

- Jako krakuska muszę cię o to zapytać – przeszłaś Wawel na własnych nogach?

Nie i w ogóle strasznie się w Krakowie gubię, bo tu się wszystko pozmieniało. Ale nie trzeba tego robić, są świetne badania. Nawet badania fitobotaniczne. Na przykład, jakie pyłki w jakiej epoce były na Wawelu. I wiemy np., że za ostatnich Piastów nie rosły tutaj bławatki, które pojawiły się późno. Bardzo ciekawe zresztą są te badania dotyczące historii biologicznej.

- Czy to jest feministyczna książka? Gdzie przez feminizm rozumiem równe prawa kobiet, w tym równe prawa do zaistnienia na kartach historii?

Bez problemu. Nie odżegnuję się od feminizmu, ale ta książka nie jest napisana z jakąkolwiek tezą. Nie uważam, że ta czy inna płeć jest ważniejsza, mądrzejsza czy lepsza od innej. Zawsze powtarzam, że to bardzo dobrze, że mamy te wszystkie polityczki prawicowe, bo one pokazują nam bardzo feministyczna wiadomość –  że kobieta może być równie głupia, łapczywa i pazerna na władzę jak każdy chłop. Bardzo równościowy przekaz.

- Ostatnie pytanie. Czy będzie jeszcze jakaś powieść fantastyczna twojego autorstwa?

W najbliższej przyszłości nie planuję. Nie odżegnuję się, ale wykorzystywałam fantastykę do powiedzenia czegoś o przeszłości i mam wrażenie, że doszłam do pewnej bariery. Że przy pomocy tego narzędzia już nic fajnego nie napiszę. Natomiast Nabokov powiedział, że każda powieść jest fantastyczna, bo każda jest konstrukcją świata i jego wymyślaniem. Więc z tego punktu widzenia każda następna książka będzie fantastyczna.

 

 

 

 

 

 

 

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Człowiek, którego góry nie pokonały – Ja, Pustelnik

przez , 28.wrz.2017, w biografia

Kiedy czyta się tę książkę, ma się wrażenie, że to historia słabego człowieka, który wiecznie się bał i cały czas mu nie wychodziło. A potem jest ta chwila – halo, halo, to przecież Piotr Pustelnik, zdobywca „Korony Himalajów”, i to jako trzeci Polak i 21 człowiek na Ziemi. A tymczasem jego autobiografia to wcale nie historia herosa, „człowieka sukcesu”. To książka, w której nie ma ani krzty arogancji. Jest zwierzęcy strach, dręczące fobie i śmierć. I niezwykły, czasem niezrozumiały upór, który popycha bohatera i narratora jednocześnie do zdobywania szczytów, dosłownych i metaforycznych, o których zwykły człowiek może tylko marzyć.

Nie znam się na górach, wspinaczce, himalaizmie, nie oceniam sportowych dokonań Piotra Pustelnika, nie wiem za bardzo, na czym polega ta słynna różnica we wspinaniu się z tlenem czy bez. Natomiast potrafię docenić dobrą historię. A „Ja, Pustelnik”, zdecydowanie jest dobrą historią. Chorowity chłopak z wadą serca, którego rodzice trzymali jak najdalej od sportu i w którym zawsze siedział malutki, bojący się śmierci chłopczyk. Człowiek, który nie ukończył swojego pierwszego kursu wspinaczkowego, za to usłyszał, że do wspinaczki się nie nadaje. I ten człowiek wspinał się z największymi polskimi i zagranicznymi himalaistami, zdobywając w pocie i bólu kolejne wierzchołki. Zdobywając, chociaż z książki można wywnioskować, że bardzo często rezygnując ze zdobywania. Pustelnik bez ogródek opowiada, że się bał, że był słaby, zaniedbał trening, czuł się stary, pokonały go warunki. Gdzieś między wierszami przewija się tylko ta nieustępliwość ducha, która pcha go na Annapurnę cztery razy, aby wreszcie za piątym mógł zdobyć tę górę.

„Ja, Pustelnik”, choć jest biografią, jest też historią polskiego i światowego himalaizmu. Opisem trudnych, przaśnych, peerelowskich warunków, gdzie cudem i szantażem zdobywało się materiał na bluzę i po mięso na zaopatrzenie podjeżdżało się ukradkiem od zaplecza, żeby uniknąć wzburzenia kolejkowego tłumu. Stopniowej komercjalizacji wspinaczki, która osobiste spotkanie człowieka z naturą przekształciła w imprezę. Historią także ludzi, których zastraszająco wielu góry pokonały, zostawiając przyjaciołom i rodzinie martwe ciała. Opowiada o tym wszystkim nie tylko Piotr Pustelnik, ale i Piotr Trybalski – dziennikarz, podróżnik i fotograf, który opowieści Pustelnika wysłuchał i ją spisał, dodając do niej background w postaci faktów czy rozmów z bohaterami.

Zdecydowanie książka motywacja a i kawałek solidnej, dziennikarskiej roboty. Jako bonus – zachwycające zdjęcia ostrych grani, wielkich przestrzeni i dzielnych ludzi.

Tytuł: „Ja, Pustelnik”

Autorzy: Piotr Pustelnik, Piotr Trybalski

Wydawnictwo Literackie

Zostaw komentarz :, , , , więcej...

Księga nocnych kobiet – Marlon James

przez , 27.wrz.2017, w Obyczajowe

Marlon James – laureat Nagrody Bookera z kolejną wstrząsającą książką. Tym razem inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami historia buntu wznieconego na jamajskiej plantacji przez czarne kobiety. To dramatyczny obraz niewolnictwa – nie tylko zniewolenia czarnych przez białych ale i kobiet przez mężczyzn. Obraz odwiecznej niesprawiedliwości, kiedy to jedni uważają, że miejsce urodzenia, płeć czy kolor skóry daje im prawo do bycia panem życia i śmierci innych. To taka książka, która, choć opowiada o historii, niezwykle mocno wybrzmiewa teraz, kiedy na całym świecie podnoszą głowy ruchy nacjonalistyczne i rasistowskie.

Główną bohaterka książki jest Lilit, czarna niewolnica z zielonymi oczami, które dobitnie świadczą o domieszce „białej” krwi. Niewolnica z urodzenia, ale nigdy w duchu. Niepokorna i szalona, kiedy ktoś chce ja złamać, z krwią na rękach. Inni widzą w Lilit mrok – a kobiety z plantacji widzą w niej szansę na osiągnięcie swojego celu, totalnego buntu. Jednak w duszy Lilit nic nie jest proste, a nienawiść wobec „massa” i „białego człowieka” miesza się z lojalnością i miłością wobec jednostek.

To książka o kobietach – silnych nawet wtedy, kiedy zdaje się, że bardziej ich skrzywdzić i upokorzyć nie można. To książka o mrocznej sile i pamięci, której nic nie zagłuszy. To książka o zemście i wdzięczności, brutalna i przerażająca w opisach, bo James plastycznie i wyraziście oddał terror panujący w jamajskich plantacjach trzciny cukrowej na przełomie XVIII i XIX wieku, wszystkie te baty, tortury, wymyślne kary. Taka książka, po lekturze której należy zacząć się bać kobiet, jeśli tylko cokolwiek ma się wobec nich na sumieniu.

Marlon James stworzył takie postaci, które na długo pozostaną w pamięci. Książkowe bohaterki noszą mityczne imiona – fabularnie dlatego, że słabość do mitologii miał właściciel plantacji. Ale zupełnie inaczej odczytuje się książkę znając to, co stoi za każdym z imion. Lilith, pierwsza żona Adama, której imię nawiązuje do nocy, a ją samą utożsamia się z demonem. Nieulękła Pallas z nieodłącznym garłaczem. Gorgona. Hippolita. Czy wreszcie ta, która tworzy historie i splata wszystkie wątki, Homer. Zresztą tych literacko – mitycznych nawiązań jest więcej – wystarczy chociażby przypomnieć sobie sceny, kiedy Lilit próbuje zmyć z rąk niewidzialną krew. Do szeregu niewolnic dołącza „biała” panna Isobel – zdegenerowana, szukająca własnej wolności na własny sposób.

Wreszcie, last but not least – język. Już w „Krótkiej historii siedmiu zabójstw” James pokazał, że jest mistrzem narracji, konstruowania języka a za jego pomocą – osobowości. W „Księdze nocnych kobiet” mamy język czarnych i język białych, różny formą i treścią, niesiona za formą. Język zresztą jest w książce sposobem na uzyskanie wolności – to czytanie i pisanie jest tym, czego absolutnie nie wolno robić „czarnuchom”. Książki pokazują, że można inaczej i dlatego są niebezpieczne.

Tytuł: „Księga nocnych kobiet”

Autor: Marlon James

Wydawnictwo Literackie

 

 

 

1 komentarz :, , , więcej...

Wariacje nie tylko o Edypie. Nowa powieść noblisty Orhana Pamuka

przez , 23.sie.2017, w Bez kategorii

Trudna książka Orhana Pamuka poruszająca wiele tematów, od współczesnych i politycznych po uniwersalne. Jest w niej i kryzys społeczeństwa, ekonomiczne problemy i przemiany, stosunek do kobiet, relacje w związkach, walka starego z nowym, kryzys męskości i dojrzewania, hymn na temat światowego dziedzictwa kulturalnego… Tak naprawdę „Rudowłosą” trzeba by było czytać kilka razy, uważnie, robiąc notatki i pewnie wciąż można by było znaleźć kolejne fragmenty do rozszyfrowania. Siła tej książki też polega na tym, że niezależnie od „punktu siedzenia”, czy jesteśmy mieszkańcem Turcji czy Polski, mężczyzną czy kobietą jesteśmy w stanie w niej znaleźć fragment akurat dla nas.

W małym miasteczku pod Stambułem, w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku mistrz Mahmut, studniarz i jego pomocnik, „panicz” Cem, przekopują mozolnie metr po metrze jałową działkę, próżno szukając wody mozolnie kopia studnię w daremnym poszukiwaniu wody. W wolnych chwilach opowiadają sobie historie, pokazujące, jak różnie patrzą na świat. Jedną z nich jest opowieść o ojcobójstwie Edypa. Stary kawaler w sile wieku i młody chłopak nawiązują więź, która przypomina relację między ojcem a synem. Rozluźnia ja i rozrywa miłość, jaką młodzieniec zapałał do rudowłosej aktorki wędrownego teatru. Finałem historii jest tragiczny wypadek do studni, do jakiego dochodzi z powodu nieuwagi Cema. Chłopak ucieka do Stambułu i dopiero po wielu latach dowiaduje się, czy naprawdę był winien śmierci mistrza i jakie konsekwencje miał jego młodzieńczy romans.

Oczywiście najbardziej w książce rzuca się w oczy historia Edypa, czyli ukryta w mitologicznej formie historia ewolucji stosunków ojca i syna. Z całą ich rywalizacją, brakiem, miłością, tęsknotą, uwalnianiem się i poczuciem winy. Główny bohater historię Edypa przeżywa kilka razy – w sposób najbardziej oczywisty, jako czytelnik i poszukiwacz kolejnych interpretacji, w tym także takich należących do rodzimej literatury. I w sposób osobisty, jako syn zostawiony przez ojca, potem tego ojca odnajdujący w osobie mistrza, budowniczego studni, sposób pełen emocji i zakończony również tragicznym wydarzeniem. Czy wreszcie jako ojciec. Ten wątek już daje nam cały wachlarz interpretacji – poszukiwanie wzorców, kryzys męskości, przechodzenie rytuału wtajemniczenia, a jednocześnie łączy Zachód ze Wschodem i odpowiednikiem greckiego mitu, opowieścią o Sohrabie i jego ojcu. Gdzieś w tle przewija się historia polityczna, kontaktów Turcja – Iran, z krótką opowieścią o dziełach sztuki, ich przemieszczaniu się, legalnym czy mniej. Płynnie z tego Pamuk przechodzi do kwestii dziedzictwa, historii przekazywanych ustnie, spisywanych w księgach, przedstawianych w spektaklach teatralnych czy na obrazach. Ale to dziedzictwo dotyczy nie tylko kultury, ale i sposobu życia czy pracy. Ci, którzy znają inne książki noblisty zapewne znajdą tutaj wątki już przez niego poruszane. Na przykład zawód budowniczego studni jest metaforą odchodzącego i tracącego swoje wartości świata, tak jak to było ze sprzedawaniem buzy, opisywanym już w „Dziwna myśl w mej głowie”.

„Rudowłosa” jest stosunkowo cienką książką. Tym bardziej poraża wielość wątków w niej zawartych. Skompresowanych i wyrażonych jednocześnie precyzyjnie jak i metaforycznie, przemieszczających się między skrajnościami, jak szalona wyścigówka po torze, zazębiających się, splatających i rozplatających. To książka pełna aluzji i nie tylko skłaniająca, ale wręcz zmuszająca do refleksji. Powieść godna noblisty.

Tytuł: „Rudowłosa”

Autor: Orhan Pamuk

Wydawnictwo Literackie

 

Zostaw komentarz :, , więcej...

Siła przetrwania – Drugi koniec świata, Małgorzata Sobieszczańska

przez , 11.sie.2017, w Obyczajowe, Powieść historyczna

Znakomita saga rodzinna o dziedzictwie, zawiłych ścieżkach losu, utracie i przebaczeniu. Książka, która jak niewiele powieści zachęca do przyglądania się własnym korzeniom i zachęca do zadawania pytań. Nie tylko o rodzinę, ale i przynależność czy tożsamość: religijną, kulturową, narodową.

Jest rok przed II wojną światową. W maleńkiej Mirabilii pod Nowogródkiem jest zaledwie kilka domów, a w nich mieszkają obok siebie Polacy, Białorusini, Tatarzy i Żydzi. Jedni sa bogaci, inni biedni, jedni wierzą w Allaha, inni w Jahwe, ale nie przeszkadza im to żyć w harmonii i prawdziwej sąsiedzkiej wspólnocie. Takiej, która pozwala im modlić się w jednej kapliczce, w której każda religia ma swoja ścianę.

W Mirabilii są nowocześni gospodarze i tradycyjna szeptucha. Pojawiają się pisarz ikon i boży szaleniec, żydowski nauczyciel i muzułmański garbarz z niechęcia do jakiejkolwiek pracy. Wśród nich wyrastają siostry – Olga, poważna  i odpowiedzialna, bez specjalnych oczekiwań od życia oraz impulsywna marzycielka Joanka, która chce zostać aktorką. Jednak jakiekolwiek plany mieliby mieszkańcy osady, wszystkie przerywa rok 1939. Potem już do Nowogródka na zmianę wkraczają Rosjanie i Niemcy, a uporządkowany świat zmienia się w chaos.

Losy mieszkańców Mirabilii, a zwłaszcza Joanki i Olgi poznajemy nie tylko obserwując je same, ale także dzięki opowieściom córki jednej z nich i wnuczki. Każda z nich boryka się ze swoimi problemami – życiową drogą, mężczyznami, którzy się na niej pojawiają i rodziną. Bowiem, jak się okazuje, nawet jeśli nie chcemy, to przekazujemy następnym poleceniom nie tylko to, co byśmy chcieli.

W książkę Małgorzaty Sobieszczańskiej wpada się jak w studnię. Trudno z niej się wydostać i niesamowicie trudno oderwać się od kartek, na których autorka tworzy prawdziwą łamigłówkę wątków i losów. To nieskończone dyskusje o tym, kim jesteśmy i co nas tworzy, czy jesteśmy w stanie żyć bez przyklejania etykietek i piętnowania. To także książka o zakrętach – tych minutach, które ważą na całym naszym życiu, tych słowach, przez które nic już nie jest takie samo, miejscach, w których pojawiliśmy się w złym czasie. Życie to cholerny labirynt i nie unikniemy ślepych uliczek, chodzenia po własnych śladach i wpadania w pułapki. Pytanie – na ile sami kształtujemy nasz los, a na ile jest on dziełem przypadku. Lub też zapisanych gdzieś w Księdze Życia planów?

Książka, w której niby bohaterowie twardo stąpają po ziemi, ale w której też nieustannie snuje się jakaś mgiełka mistycyzmu, czarów i przepowiedni.

 

 

 

Zostaw komentarz :, więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...