Tag: Wydawnictwo Mag

Coraz większy rozmach Milesa Camerona

przez , 26.paź.2017, w Fantastyka

Przed nami kolejny, trzeci już tom przygód Czerwonego Rycerza, czyli Gabriela Muriena. Aroganckiego, pyszałkowatego przywódcy kompanii najemników, który, jak się po raz kolejny okazuje, jest ostatnią szansą na ocalenie ludzkości przed złem. Czyli magią i jej stworzeniami, zwanymi ogólnie Dziczą. Przy czym Miles Cameron z tomu na tom coraz bardziej utrudnia czytelnikowi, rezygnując z jasnych i klarownych ocen, kto tu jest dobry a kto zły. Jak w życiu. Tym razem stawka wędruje na wyższy lewel, okazuje się, że zamieszanie, w jakim nieustannie bierze udział kompania Czerwonego Rycerza to element większego planu pewnych…sił czy stworzeń, które rozgrywają własne gry. Podział na cywilizacja/Dzicz przestaje obowiązywać, są ci, którzy są z nami i tamci, a ludzie coraz częściej posługują się coraz silniejszą magią. Po ich stronie coraz częściej także opowiadają. Coraz bardziej podziwiam Camerona za opisy strategii i zastanawiam się, jak mocno jeszcze zawikła sprawę aby osiągnąć koniec. A koniec został już Czytelnikowi zdradzony – syn króla osiągnie najwyższą władzę, nie tylko nad tą rzeczywistością. Pytanie, czy będzie nim Gabriel Murien, bo on sam nie bardzo żywi na to ochotę.

Czerwonego rycerza pożegnaliśmy w poprzedniej części, kiedy to po uratowaniu cesarza otrzymał tytuł Diuka Tracji i rusza do Alby na rycerski turniej, wezwany tam przez królową. Samą królową zostawiliśmy w momencie, kiedy sytuacja na jej dworze stawała się coraz trudniejsza, ze względu na panoszących się tam galijskich rycerzy pod wodzą największego rycerza na świecie, Jeana de Vrailly. W „Okrutnym smoku” intryga Galów przynosi efekty i królowa Alby zostaje oskarżona o czary i cudzołóstwo i skazana na śmierć. Galowie formalnie przejęli władzę, wojna domowa wisi na włosku, a całe zamieszanie jest bardzo na rękę naszemu staremu przyjacielowi, czarnoksiężnikowi Głogowi, stojącemu po stronie Dziczy. Albo jeszcze jakiejś innej… W tej, zdawałoby się przegranej sytuacji Gabriel Murien ma bardzo dużo rzeczy do zrobienia. Przede wszystkim musi wygrać Sąd Boży w imieniu królowej…

Jak zwykle świetni bohaterowie i śmiało zarysowana fabuła. Cameron ma coraz większy rozmach w szastaniu tajemniczymi siłami, wprowadzaniu elementów światowej mitologii i budowaniu coraz bardziej skomplikowanych strategii. Ci, którzy lubią „wojenną rzeczywistość”, z planami, naradami, bitwami, ale i tym, co na tyłach, czyli logistyką i aprowizacją na pewno będą czytać książkę z przyjemnością. Ja też czytam ją z przyjemnością, bowiem dbając o dobry ogląd obszernej całości nie pomija autor całego zestawu smaczków, od szczegółów obozowego gulaszu po przekleństwa, jakimi obsypuje jedna z żołnierek swojego kochanka. Mnie osobiście najbardziej podobają się chyba  kontakty Smoka Erchu (tak, prawdziwego smoka) z ludzką płcią żeńską i złote niedźwiedzie, zwłaszcza jedzące miód.

Jak to w książkach o wojnie bywa, nie wszystko kończy się dobrze i bywa, że zostawiamy za sobą bohaterów, których polubiliśmy. Ale pojawiają się nowi i nic nie zostaje zakończone, a tomów cyklu jest przed nami kilka, więc będzie jeszcze okazja do kolejnej dobrej zabawy przez kilkaset stron.

Tytuł: „Straszny smok”

Autor: Miles Cameron

Wydawnictwo Mag

 

Zostaw komentarz :, , więcej...

Dla miłośników rodu Otori – Pan Ciemnego Lasu, Lian Hearn

przez , 06.lip.2017, w Fantastyka

Ludzie – lisy, magiczne sokoły, prastara rasa, która obdarzona jest magicznymi mocami, demony, zaklęte maski i przeznaczenie – czyli japońska stylistyka w pełni w dynamicznym i pełnym pasji zakończeniu Opowieści o Shikanoko. Lian Hearn z rozmachem kończy swoją legendę Ośmiu Wysp, jednocześnie łącząc ją fabularnie z opowieściami o rodzie Otori. Tymi samymi, które zdobyły autorce popularność.

Nazwisko Otori jednak pojawia się na samym końcu powieści, a tymczasem czytelnik musi sobie poradzi z tym miszmaszem, jaki pojawił się w części pierwszej. Zagubiony cesarz, uzurpator na tronie, protestujące niebiosa i natura, zaginieni potomkowie i kolejne złe charaktery dybiące na charaktery dobre. Autorka, żeby to rozwikłać, sięgnęła po cały zestaw z mitologii japońskiej, z prawdziwą wirtuozerią budując ni to baśń, ni historię rebelii. Przy okazji przemycając kwestie społeczno-filozoficzne, na przykład czy władza dana jest od boga, czy człowiek ma prawo do własnego życia, jeśli ciąży na nim odpowiedzialność za kogoś innego i czy można przełamać własną naturę i odkupić winy.

Bardzo podoba mi się ta książka, bo w przeciwieństwie do innych, nawiązujących do japońskiej tradycji nie skupia się na samurajskim kodeksie i potyczkach wojowników, na dodatek sporo w niej ważnych, kobiecych postaci – nawet ważniejszych niż mężczyźni, bo to one stawiają decydujące kroki. Odczyniają czary, uspokajają złe duchy, ratują tych, których trzeba ratować. Są przedsiębiorcze i samodzielne i nie załamują się w obliczu niesprzyjających okoliczności.

Lian Hearn świetnie maluje obrazy – kolorowe kimona, błyszcząca maska, ożywiona kukła wilka, srebrzysta sierść konia. Potrafi zbudować także nastrój jak z japońskiego filmu grozy, gdzie cienie tańczą na ścianach, a na nieostrożnych mężczyzn czyha wężowy demon pod postacią pięknej kobiety. Aż się prosi, żeby Opowieść o Shikanoko przenieść na duży ekran.

Tytuł: „Pan Ciemnego Lasu. Opowieść o Shikanoko”

Autor: Lian Hearn

Wydawnictwo Mag

1 komentarz :, , więcej...

Fantastyka w japońskich klimatach – „Cesarz Ośmiu Wysp”, Lian Hearn

przez , 11.maj.2017, w Fantastyka

Lian Hearn, a właściwie Gillian Rubinstein polscy czytelnicy znają dzięki historyczno-fantastycznej sadze Opowieści Rodu Otori, która kilkanaście lat temu ukazała się w naszym kraju, zdobywając rzesze wiernych czytelników. „Cesarz Ośmiu Wysp” także jest powieścią głęboko związaną z kulturą japońską, choć znacznie więcej tutaj elementów magicznych i ezoterycznych. Jest tu oczywiście o lojalności, wobec rodu i wobec cesarza, pierwotnych istotach, krwawej zemście, złośliwych duchach i, oczywiście, miłości. A to dopiero początek…

Książka, początek całego cyklu, składa się z dwóch części: „Cesarza Ośmiu Wysp” oraz „Jesiennej Księżniczki, Dziecka Smoka”. Opowiadają one o losach Shikanoko, potomka pewnego rodu, którego wuj bardzo chce się pozbyć, aby przejąć jego ziemię. Chłopakowi udaje się przeżyć próbę zabójstwa i trafia do obejścia czarownika, który pomaga mu odkryć magiczną, zwierzęcą stronę jego natury. Losy Shikanoko splatają się z losami pewnego dzielnego wojownika, którego ojciec zmusił do poślubienia żony młodszego brata. A także tajemniczej kobiety, potomkini starożytnego pajęczego rodu oraz potężnego opata, który używa magii do manipulowania przy sukcesji cesarskiego tronu. Jak to w przypadkach utworów dotyczących Japonii bywa, mamy tu do czynienia z niemożliwymi do rozwikłania konfliktami lojalności – wasala wobec pana, syna wobec ojca, poddanego wobec cesarza, ucznia wobec mistrza, które splatają się ze sobą, doprowadzając do tragicznego końca. Magia przeplata się tutaj z krwawym realizmem, magiczne miecze z równie magicznymi maskami, małe dziewczynki noszą ze sobą skrzynki z wyłupionymi oczami mędrców a zawiść i wyrachowanie są równie mocne jak czary.

Lian Hearn tworzy niezwykły klimat, bardzo mroczny i poetycki. Pełno w powieści dramatycznych momentów i zwrotów akcji, a otaczająca bohaterów aura przyprawia o ciarki na plecach. Książka jest napisana bardzo plastycznym i zmysłowym językiem i powinna spodobać się nie tylko miłośnikom fantastyki ale i tym, którzy – tak jak ja – uwielbiają klimaty samurajów. O ile jednak je znam, happy endu nie będzie, a raczej ogólny rozlew krwi.

Tytuł: „Cesarz Ośmiu Wysp”

Autor: Lian Hearn

Wydawnictwo Mag

 

 

 

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Mitologia nordycka według Neila Gaimana

przez , 18.kwi.2017, w Fantastyka

Mitologia nordycka jest ponura i krwawa, pełna podstępów, mordów i oczywiście, pozbawiona nadziei, bo na samym końcu czeka nas i tak wszystkich Ragnarok, czyli ostateczna zagłada. Często nawet sobie nie zdajemy sprawy, ale z mitologii nordyckiej czerpało wielu twórców – na przykład Tolkien czy R.R. Martin, a nawet słynna komiksowa fabryka, czyli Marvel (już nie mówiąc o tym, że od imion nordyckich bogów pochodzą angielskie nazwy dni tygodnia), a nawet nasi rodzimi pisarze, chociażby Jakub Ćwiek w swoim cyklu o Kłamcy. Jestem przekonana, że każdy mniej lub bardziej kojarzy Odyna, Lokiego czy złotowłosego Thora z jego młotem.

Jednak w zalewie zunifikowanych, ugrzecznionych, sympatycznych postaci nordyckich bogów trochę zapomnieliśmy o ich krwawej proweniencji. Postanowił ja nam przypomnieć as światowej fantasy, mistrz tworzenia mitologii, czyli Neil Gaiman.

Pomysł, czyli tworzenie własnych interpretacji mitów nie jest całkiem obcy polskim czytelnikom, podobny eksperyment zrobił kiedyś Andrzej Sapkowski z mitami arturiańskimi. W przypadku Sapkowskiego „Świat króla Artura” był esejem, Gaiman natomiast, sięgając do źródeł tworzy odrębne opowiadania poświęcone nordyckim bogom. Bardziej strawne dla współczesnego czytelnika niż taka np. Edda poetycka, nie pozbawione jednak całkiem charakterystycznej maniery opowieści skalda.

W tomiku znajdują się najbardziej porywające opowieści o nordyckich bogach: od stworzenia świata poprzez tworzenie cudownych przedmiotów, słynne łotrostwa Lokiego, historię przebrania Thora za pannę młodą czy początki królestwa Hel. Historie są krwawe, pełne przebiegłości, okrucieństwa, odgryzionych czy odrąbanych kończyn, bijatyk między bogami a olbrzymami, podstępów. Zdecydowanie ta trzódka nie jest wzorem ideału, szczególnie Loki, czyli bóg kłamstwa i podstępu. Bardzo potężny, który w opowieściach Gaimana płynnie przechodzi z groźnego i złowrogiego w śmiesznego i cwaniakowatego, który nieustannie swoimi oszustwami wpędza się w kłopoty, a potem musi wszystko odkręcać. Rozumiem jednam Gaimana, bo w przeciwieństwie do prostodusznego Thora z młotem, Loki to wdzięczna postać dla autora.

Nikt chyba nie ma wątpliwości, że Gaiman potrafi tworzyć wspaniałe historie (ja jego wszystkie utwory biorę w ciemno). Jego wersja mitów może nie jest bardzo szczegółowa i dokładna, dla badaczy i specjalistów zapewne szczątkowa, ale dla nas, zwykłych czytelników to znakomita okazja, żeby zanurzyć się  w świat krasnoludów, lodowych olbrzymów i gigantycznych wilków, zdolnych połknąć Słońce i Księżyc. Jak zwykle przepiękny język, pełen metafor a jednocześnie bardzo precyzyjny. No i brawa za wydanie, w twardej oprawie, z oszczędną grafiką Dark Crayon.

Tytuł: Mitologia nordycka

Autor: Neil Gaiman

Wydawnictwo Mag

Zostaw komentarz :, , , , , więcej...

Uwielbiam używać wyobraźni – rozmowa z Brandonem Sandersonem

przez , 24.mar.2017, w Fantastyka

Z wizytą do Polski przyjechał Brandon Sanderson, autor popularnych powieści fantasy, m. in. „Z mgły zrodzonego” czy „Drogi królów”. Zapytałam go o techniczne aspekty pracy pisarza i to, co mu się tak podoba w fantastyce :-)

Pierwsze pytanie, które mnie najbardziej dręczy. Pańskie książki mają wiele wątków, które się ze sobą przeplatają i mieszają na różnych poziomach. Jak jest Pan w stanie to wszystko ogarnąć i nad tym zapanować?

- To rzeczywiście skomplikowane i wymaga bardzo dobrej organizacji. Mam  asystenta, nawet kilku. Jeden od „ciągłości”, która jest najważniejsza. Mam też swoją osobistą „encyklopedię”, w której znajdują się wszystkie informacje z wcześniejszych książek. Kiedy napiszę nową książkę, asystent wprowadza wszystkie informacje z niej właśnie do tych zasobów. Będę mógł z tego korzystać pisząc kolejne książki.

Jak to się stało, że został Pan pisarzem? Na początku studiował pan nauki ścisłe

- Rzeczywiście zaczynałem od nauk ścisłych, ale potem już studiowałem pisanie. Uprawiam taki gatunek literacki, tak zwany high fantasy, w którym co prawda funkcjonuje magia, ale jest to magia działająca według naukowych zasad, więc udaje mi się to połączyć.

Skąd zainteresowanie fantastyką?

Powiem przewrotnie – dlaczego nie fantastyka? Uwielbiam używać wyobraźni. Fantasy daje mi niesamowitą możliwość zarówno uczestniczenia w procesie twórczym, jak przy innych rodzajach literatury,  ale też wymaga nadzwyczajnej inwencji.  To ekscytujące i bardzo rozwija wyobraźnię. W fantasy znajdziemy to samo, co w innych gatunkach literackich. Świetną stylistykę, jak u Ursuli Le Guin, możemy mieć kryminał, możemy mieć romans, powieść przygodową… A przy okazji tworzymy całkiem nowy świat z całkiem nowymi zasadami. Gdybym miał tworzyć „zwykłą” literaturę, brakowałoby mi właśnie tego elementu.

Jest jakiś pisarz, który jest dla pana szczególna inspiracją?

-Nie mógłbym wymienić jednego autora. Ale gdybym mógł wybrać wielu, moja odpowiedź będzie nietypowa – to moi studenci. Uczę kreatywnego pisania na uniwersytecie. Reakcje młodych ludzi, którzy są zapaleni do tego, żeby tworzyć  są odżywcze i ekscytujące. Rozmowy z nimi zawsze pozwalają mi odkrywać nowe rzeczy i są nieustannym źródłem inspiracji. Ale oczywiście jest wielu wspaniałych pisarzy, którzy wpłynęli na to, w jaki sposób piszę.

Są całe grupy fanów, grupy i fora internetowe, zajmujące się światami Brandona Sandersona. Ma Pan z nimi kontakt? Podrzucają panu pomysły, rozwiązania?

- Niezbyt często kontaktuję się z takimi grupami, choć jestem szczęśliwy, że istnieją. Odpowiadam na pytania, które mi zadadzą ale staram się zbytnio nie angażować. Wydaje mi się, że członkowie takich grup najbardziej są podekscytowani teoriami na temat tego, co może się wydarzyć. Moje zaangażowanie te teorie by zniszczyło a dyskusje uczyniło niepotrzebnymi. Gdybym na przykład odpowiedział, jakie będzie zakończenie danego wątku czy historii, uciąłbym wszelkie teorie na ten temat i zepsuł im zabawę.

Skąd Pan czerpie pomysły do książek?

- Odpowiedź na pytanie, skąd czerpie się pomysły jest dla każdego pisarza najtrudniejsza. Ze wszystkiego co mnie otacza. Nie mam jednego miejsca, do którego sięgam. Inspiruje mnie cały świat. Czasem to książka, którą przeczytam, ludzie, których spotykam, program, który obejrzę. Czasem mam do czynienia z historią, w której czegoś mi brakuje. Z tych luk, rzeczy niedopowiedzianych powstaje moja opowieść.

Czy zaczynając nową historię ma Pan ułożony plan od początku do końca czy tez pisze Pan i patrzy, jak historia się rozwija?

- Po trochę tego i tego. Bardziej planuję niż odkrywam. Kiedy zaczynam, mam już konstrukcję świata i główny tok fabuły, większość wątków. Postacie rozwijają się w trakcie pisania, bo nie można przecież zaplanować wszystkiego. Zawsze w trakcie pisania pojawia się coś nowego.

Czy jest taka pańska książka, która jest panu najbliższa i dlaczego?

- Wszystkie książki to moje dzieci. Nie jestem w stanie wybrać jednej. Wszystkie są mi bliskie i czuję z nimi taki sam związek. Gdybym nie był do nich przywiązany, to bym ich nie napisał.

Cierpiał Pan kiedyś na blokadę twórczą?

- Nie. Nie bardzo wiem, co to jest. Wydaje mi się, że jeżeli ktoś mówi, że ma blokadę, to tak naprawdę nie do końca wie, jak wygląda proces twórczy. Co nie zmienia faktu, że były takie książki, których pisanie sprawiało mi większą trudność niż innych. Najtrudniejszą książką był chyba ostatni tom cyklu „Koło czasu”, kontynuacja pracy Roberta Jordana. Ten cykl obejmował 20 lat, trzeba w tym tomie było zamknąć wszystkie wątki i wymagało to dużo skupienia, przemyśleń i uważnej redakcji, po której wiele rzeczy musiałem pisać jeszcze raz. Trudna też była „Studnia wstąpienia”, pierwsza kontynuacja, jaką kiedykolwiek napisałem. Nie byłem pewien jak to się robi, stąd trudność.

Pańskie książki – cykle pisane są czasem przez wiele lat. Nie jest Pan nimi znudzony?

- Dobre pytanie. Tworzę różne rzeczy. Robię kilka projektów na raz, a właściwie na zmianę. Gdybym miał robić tylko jedną na raz, rzeczywiście bardzo szybko bym się wypalił.

Woli pan pisać długie powieści czy opowiadania? To zupełnie inny rodzaj pracy.

- Rzeczywiście ich tworzenie wygląda zupełnie inaczej. Ja bardziej komfortowo czuję się pisząc długie formy. Zdecydowanie napisałem więcej długich powieści niż opowiadań, a i opowiadania należą do tych dłuższych, bardziej przypominają mikropowieści.

Czy jest taka książka, którą chciałby Pan napisać, ale się nie odważył?

- Może nie tyle się boję napisać, ale nie czuję się gotów. Mam teraz bardzo do napisania w swoich cyklach i jest taka jedna książka, do której w związku z tym podchodziłem już dwukrotnie. To początek całego cyklu „Cosmere”. Mam już do niej tytuł, ale widzę, że muszę napisać więcej książek w poszczególnych cyklach, zanim złapię się za ten początek.

 

 

 

 

 

 

 

Zostaw komentarz :, więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...