Tag: Wydawnictwo Znak

Porno story klasy B – polska prowincja według Michaśki

przez , 11.paź.2017, w Obyczajowe

Humor, groteska i mocny obraz polskiej prowincji, z jej beznadzieją, upodobaniem do kiczu i błysku, z aspiracjami, które mają być wielkie, a sięgają tylko udziałów w żałosnych reality show. Gdzie szczytem marzeń jest zostać gwiazdą instagrama dla młodszych, a zabłyśnięcie w kościele dla tych starszych. Jednym słowem Witkowski w formie.

Jest taki świat, z którym czasem się spotykamy i o którym wiemy, świat ludzi, którzy Michaśki pewnie nie czytają, ale za to Michaśka wie o nich bardzo dużo. Moherowe berety, wyczesane i wypchane apaszką, wyczesane trwałe na beton utrwalone lakierem, przystanki autobusowe, z których czas i luje usunęły wszystkie ruchome elementy. Tory, po których łazi się w pogoni za niewyobrażalnym, dziewczyny z wózkami, których zawartość odziedziczyła DNA nie wiadomo po kim. Światek tipsów i Aldony Orłowskiej, której kiedyś, tak, tak, ja także posłuchałam w przypływie biurowej głupawki, zwiedziona na pokuszenie przez kolegę. Wiecie, taki świat ponurej beznadziei, w którym marzy się o milionach ale na to, co się z nimi zrobi (bo na przepicie to chyba za dużo) już wyobraźni nie starcza. I Witkowski tarza się w tym światku z lubością, przegania kopniakami po kartkach książki jego bohaterów. Podstawia nam pod skrzywione w grymasie noski i mówi – tak, tak wygląda polska rzeczywistość. Tu masz odpowiedź na pytania o sondaże. I choćbyśmy nie wiadomo jak zaprzeczali, to ukryć się nie da, że rzeczywistość wymyślonego „Wymazanego” jest bardziej realna niż to, co na temat nas i naszego otoczenia sobie wmawiamy.

W „Wymazanym” kryją się olbrzymie pokłady ironii i równie olbrzymie pokłady smutku. Damian Piękny, najpiękniejszy chłopiec Wymazanego, a nawet Polski, taki Leonardo DiCaprio i Brad Pitt w jednym ma właściwie jedno marzenie – dymać stare baby. Tak, wulgaryzm zamierzony, innego określenia nie będzie. Im starsza, brzydsza, im bardziej biust obwisły a wąsik pod nosem widoczny, tym bardziej Damianka rajcuje. I w tym Wymazanym, które samo ma wielkie aspiracje, a jest tylko miasteczkiem na trasie tirów i z tirów żyjącym te stare baby, obiekt mrocznego pożądania, są czymś najbardziej spektakularnym. To sól polskiej ziemi, podstawa bytu i podpora gospodarki. Piękny Damian to tylko pretekst – prawdziwe są stare baby, cała ich cudowna galeria, od babci głównego bohatera po miejscową biznesłumenkę o ksywie Alexis. To starą babą jedzącą śledzie z gazety stoi polska prowincja. Starą babą kochającą podświetlane obrazy z jeleniem na rykowisku i słuchającą radiowych wróżek. Księżą gospodynią. Ekspedientką w sklepie dogłębnie wychujanym przez Tesco.

„Wymazane” jest całe jednym wielkim obrazem. To książka dygresja, bez właściwie myśli przewodniej innej niż podstawienie nam pod nos lusterka. Na dodatek krzywego i zapyziałego. Jeśli coś tu pachnie, to raczej śmierdzi, jeżeli ma kolor, to na pewno fluo, jeżeli smakuje, to raczej jest to żarcie do porzygu niż delektowanie się. Mocno, bezlitośnie, bez skrupułów. To jedna z lepszych powieści Witkowskiego – uderza jak młotek, na dodatek nie zostawia ani krzty nadziei. Dla tego świata najlepszym wyjściem jest wymazanie.

Tytuł: „Wymazane”

Autor: Michał Witkowski

Wydawnictwo Znak

 

Zostaw komentarz :, , więcej...

Historia w spódnicy – Damy, Dziewuchy, Dziewczyny

przez , 02.paź.2017, w Dla dzieci

Nareszcie inspirująca książka dla dziewczynek. Taka, dzięki której się dowiedzą, że kobiety są obecne w różnych dziedzinach życia, poza domem i kuchnią. Że nie ma czegoś takiego, jak przypisana do płci rola. Że jeśli bardzo czegoś chcesz, to to dostaniesz. I możesz być dzielna, odważna, mądra, kochać przygody, być uparta i nieposłuszna. Tak, bo to też są pozytywne cechy. Dzięki uporowi i nieposłuszeństwie wobec rodzin oraz społeczeństwa bohaterki książki Anny Dziewit-Meller osiągnęły życiowy cel, często sławę i laury.

Schemat fabularny książeczki jest niezwykle prosty – autorka wybrała kilka kobiet, Polek, tych znanych bardzo i tych, o których na kartach historii się wspomina ledwo ledwo. Reprezentują one rozmaite dziedziny – są wojowniczki i szpiedzy, jak Storrada, Henryka Pustowójtówna czy Krystyna Skarbek, kobiety kultury – poetki Elżbieta Drużbacka, Maria Komornicka czy malarka Zofia Stryjeńska, królowe: Storrada i Jadwiga andegaweńska, naukowczynie: Maria Skłodowska – Curie czy Simona Kossak, kolekcjonerka Izabela Czartoryska, parająca się chirurgia Magdalena Bendzisławska, działaczki takie jak Narcyza Żmichowska, sportsmenki – Wanda Rutkiewicz, projektantka Barbara Hulanicki  i kobiety ważne – Irena Sendlerowa, Stefania Wilczyńska czy architektki Warszawy. Każdą z nich przedstawia pierwsza aktorka – Henryka Pustowójtówna, dziewczyna z powstania. I przedstawia w charakterystyczny sposób – jako dziewczynę przełamującą ograniczenia i tabu. Bo autorka przypomina wszystko to, czego – czasami jeszcze niedawno – nie wolno było kobietom. Uczyć się na uniwersytetach, uczyć się w szkołach artystycznych, leczyć czy nawet ubierać się tak, jak im się podoba. To fantastyczne, mądre historyjki, którym towarzyszy w przystępny sposób podawana wiedza na temat prądów społecznych czy artystycznych oraz rozmaitych dziedzin nauki (takich jak np. modernizm, feminizm, ekologia, filozofia, secesja), słynnych postaci (Janusz Korczak, Pablo Picasso, Leonardo Da Vinci), ze szczególnym uwzględnieniem, oczywiście, kobiet. I to nie tylko Polek. Gdzieś w tle, za krótkimi, sympatycznymi historyjkami ukrywa przekaz o roli kobiet, często pomijanej w oficjalnych przekazach, i ich osiągnięciach. Oraz potężną zachętę – po pierwsze, żeby o tych kobietach pamiętać, samodzielnie ich szukać i je odkrywać, nie tylko w przeszłości ale i teraźniejszości, ale przede wszystkim – że można być tak jak one).

Świetna książka, którą widzę podczas wspólnej lektury rodzica i dziecka, przy czym bynajmniej nie mówię, że czytającym czy odbiorcą mają być tylko przedstawicielki płci żeńskiej. Dorosłym też warto uświadomić, że świat nie jest tak…hm, jakiego by tu słowa użyć…jednopłciowy? jak sądzimy. Warto to sobie przypominać wciąż i wciąż w momencie, kiedy np. trener czołowej polskiej drużyny piłkarskiej sformułowania „grać jak kobieta” używa w odniesieniu do fatalnej gry.

Znakomity dodatek do książki w postaci rysunków Joanny Rusinek.

Tytuł: „Damy, Dziewuchy, Dziewczyny. Historia w spódnicy”

Autorka: Anna Dziewit-Meller

Wydawnictwo Znak

Zostaw komentarz :, , , , , , więcej...

Dżentelmen w Moskwie – Amor Towles o sile ludzkiego ducha

przez , 26.wrz.2017, w Bez kategorii

Uratował go wiersz. Uznawany za rewolucyjne wezwanie do działania sprawił, że hrabia Aleksander Iljicz Rostow nie został skazany na śmierć, a na areszt domowy. A dokładniej areszt w ekskluzywnym hotelu Metropol, w którym to hrabia wiedzie życie godne dżentelmena. Kara ma być jednak karą, więc elegancki apartament hrabiego władze zmieniają na klitkę na ostatnim piętrze, pozwalając zabrać nieliczne sprzęty. Jednak hrabia wie, że w życiu ma się tylko dwie drogi. Albo się jest panem własnego losu, albo jego niewolnikiem. A hrabia bynajmniej niewolnikiem być nie zamierza… Szybko, dzięki niezwykłej mieszkance hotelu, dziewięcioletniej Ninie okazuje się, że Metropol jest znacznie większy, niż się to hrabiemu wydawało, a życie znacznie bardziej pełne niespodzianek.

Amor Towles nam pokazuje, że nie ma sytuacji beznadziejnych. Że zawsze gdzieś, choćby wydawało nam się, że przed sobą mamy ścianę, są w niej ukryte drzwi (choćby i przez szafę) a za nimi kolejne drzwi i kolejne możliwości. W czasach, kiedy przetrwanie okazuje się być trudne, wręcz niemożliwe, opadają więzy krępujące ducha. Siłę odnajduje się wtedy w rzeczach małych – smaku kawy, brzęczeniu pszczół, śladowi śniegu na czyimś kołnierzu. I dzięki ludziom, jeśli tylko zadamy sobie odrobinę trudu, żeby zajrzeć pod podszewkę.

 

Niezwykle ciepła książka i niezwykli jej bohaterowie – pełna pasji Nina, która przekracza granice każdego świata i ma ducha odkrywcy, kuchenni rycerze, czyli choleryczny kucharz Emil i rycerski szef restauracji Andriej. Szwaczka Marina i stary konserwator. Niezwykli goście – piękna i nie tak arogancka, jak by się wydawało aktorka czy pewien amerykański…szpieg? No i wreszcie hrabia Aleksander – uroczy, inteligentny, szarmancki, ale bynajmniej nie bez wad. Troszkę mu trzeba pomóc przełamać własne ograniczenia, ale w tym wszystkim jest w nim olbrzymia ciekawość życia, pokora w przyjmowaniu jego ciosów i niezłomność, aby pod tymi ciosami zachować własną duszę. Duszę rosyjską – bo i jeszcze trzeba zauważyć, że „Dżentelmen w Moskwie” to barwny obraz Rosji. Ludzi malutkich i zaślepionych, ale i wspaniałych artystów. Warty zauważenia jest tu fragment, w którym hrabia z pewnym hotelowym gościem, Niemcem, zakłada się, że Rosja dała światu coś więcej niż wódkę.

 

Ciepła, optymistyczna, doskonale napisana powieść – uznana zresztą przez najważniejsze media anglojęzyczne za najważniejszą powieść 2016 roku. Warto sięgnąć.

 

Tytuł: „Dżentelmen w Moskwie”

Autor: Amor Towles

Wydawnictwo Znak

 

Zostaw komentarz :, , więcej...

Bokser w bibliotece – Jankeski fajter, Aura Xilonen

przez , 12.wrz.2017, w Obyczajowe

On się nazywa Liborio i jest meksykańskim imigrantem w Stanach Zjednoczonych. Nielegalnym. Nie ma nic, poza fatalnie opłacaną pracą u pewnego księgarza, łachami, które ma na grzbiecie i legowiskiem na stryszku księgarni. W wolnych chwilach – czyta. A, i jeszcze – potrafi szybko biegać i ma niesamowicie mocny cios… Pewnego dnia Liborio staje w obronie pięknej dziewczyny z sąsiedztwa, w której od dłuższego czasu się podkochuje. Tak rozpoczyna ciąg zdarzeń, które zmienia jego życie jak wybuch atomówki.

O młodziutkiej (ur. w 1995 roku) Aurze Xilonen mówi się, że przebojem wdarła się na literacką scenę (swoja droga przypominając bardzo swojego bohatera, który łamie przeszkody i jednym ciosem rozwala przeszkody). Za „Jankeskiego fajtera” Aura zdobyła nagrodę Premio Mauricio Achar 2015 a prawa do jej debiutanckiej książki sprzedano w USA, Holandii, we Włoszech, Francji i w Niemczech. I niesamowicie trudno jest uwierzyć i w to, że jest to debiut, i w wiek autorki – chyba tylko dlatego, że Jankeski fajter ma w sobie niesamowita energię. Wręcz nią kipi, razem z głównym bohaterem, który czasem musi ja z siebie wyrzucić po prostu biegnąc przed siebie.

Xilonen próbuje się jakoś ustawiać i szufladkować, co jest nieco irytujące, bo sugeruje wtórność, a „Jankeski fajter” to książka samodzielna, oryginalna i świeża. W Polsce najczęściej spotykanym porównaniem jest Masłowska. To porównanie o tyle zrozumiałe, że obie autorki specyficznie dekonstruują język – czy też nadają rangę języka mowie ulicznej. Bohaterowie Fajtera jako środkiem wyrazu posługują się mieszanką hiszpańsko – angielską z naleciałościami slangowymi. Specyficznym, ubogim, maksymalnie uproszczonym językiem, w którym da się powiedzieć nadspodziewanie wiele, ale też pomija się wszelkie niuanse emocji. Ten język nadaje się do przekazywania twarzą w twarz, z dodatkiem mimiki i mowy ciała ale w książce wystarczający nie jest.  Dlatego też główny bohater i narrator jednocześnie mimowolnie przechwytuje styl komunikacji z czytanych przez siebie książek, tworząc mocno oryginalną mieszankę. Aura Xilonen wskazuje (nie wiem, czy to zabieg zamierzony), jak ubóstwo języka wpływa na ubóstwo kontaktu z drugim człowiekiem i jak bardzo jednak potrzebujemy umieć nazwać to, co nas przepełnia. Liborio często tego nazwać nie umie, więc skala reakcji jest u niego prosta – ucieczka albo atak.

„Jankeski fajter” to książka ważna społecznie, zwłaszcza w czasach rosnącej, nie tylko w Stanach Zjednoczonych nienawiści do wszelkiego rodzaju imigrantów. Liborio jest sprytny, silny i ma niesamowity instynkt przetrwania. Zadowala się byle czym – i łagodnie pozwala sobie to byle co dawać. Ci, którzy go widzą, oceniają po pozorach. Meksykanin, niewiele się odzywa, pewnie przygłupi, na dodatek na pewno leniwy i bardziej przypominający zwierzę niż człowieka. Jednocześnie Aura przypomina, że istnieje coś takiego, jak niezależna od odcienia skóry ludzka życzliwość. A „Jankeski fajter” staje się czymś w rodzaju współczesnej wersji „american dream”, realizowanego przez wyrzuconych poza nawias. Liboria, obdarzonego talentem do walki. Dziewczynę na wózku, która z determinacją dąży do tego, żeby zostać prawniczką. Dziennikarkę, która w zalewie plotkarskich newsów chciałaby, choć się do tego nie przyznaje, choć trochę poprawić świat. Właściciela przytułku dla dzieciaków. Symboliczne jest to, że dla tych osób pierwszym krokiem na zbudowanie lepszego świata jest… stworzenie biblioteki.

Kawałek mocnej prozy.

Tytuł: „Jankeski fajter”

Autorka: Aura Xilonen

Wydawnictwo Znak

 

Zostaw komentarz :, , więcej...

Spektakularny powrót Eberharda Mocka

przez , 30.sie.2017, w Kryminał

Marek Krajewski we wspaniałej formie! Z ziejącym zgrozą pomysłem fabularnym, brawurowym wykonaniem i akcją pędzącą jak pociąg, przyprawiającą o zawrót głowy. Tym razem mniej smaczków dotyczących Wrocławia, niż mnie do tego proza pana Marka przyzwyczaiła, trochę mniej lingwistyczno-filozoficznych rozważań, za to te, które są, łagodnie wplatają się w całość, dodając smaku jak sól potrawie.

Przyznam, że ostatnie książki Marka Krajewskiego przyjmowałam z pewna dozą ostrożności, bowiem były dość… nierówne w poziomie. Pierwszy Mock, będący prequelem i pokazujący początki przygody Mocka we wrocławskiej policji już znamionował zwyżkę formy i powrót na jej szczyt, a „Ludzkie zoo” już przywraca wiarę w rękę mistrza. Przede wszystkim chodzi o pomysł, nawiązujący zresztą do rzeczywistych wydarzeń – bo i idea ludzkiego zoo, i makabrycznych eksperymentów na ludziach „ras niższych” wielokrotnie przewijały się po kartach światowej historii.

Tym razem Mock, na prośbę swojej narzeczonej Marii, zajmuje się sprawą tajemniczych odgłosów w jej mieszkaniu. Kiedy policjant na własne uszy słyszy płacze i lamenty kobiet i dzieci oraz warczenie dzikich zwierząt jest dla niego jasne, że dziewczyna nie padła ofiarą własnej wrażliwości czy omamów. Wszystkie tropy prowadzą do podziemi nieczynnego Dworca Górnośląskiego w Breslau, które w rzeczywistości są areną makabrycznych praktyk, nie tylko seksualnych. Krok za krokiem Mock zbliża się do rozwikłania afery, w którą zaangażowani są oficerowie niemieckiego wywiadu, dyrektor miejscowego ogrodu zoologicznego, wystawiający jako żywe eksponaty sprowadzane z Afryki kobiety oraz tajemnicza grupa wrocławskich siłaczy. Mock eksploruje ruiny, szpera po archiwach, zagląda na zaplecza zoo czy cyrku, na zmianę obrywając po mordzie albo po mordach piorąc. Autor podsypał to też sporą dawką przypraw – sposobami szkolenia agentów wywiadu, afrykańskimi wierzeniami, przepychankami między agenturami rozmaitych mocarstw, zgubnymi nawykami arystokracji czy moralnymi aspektami tajemnicy spowiedzi. Czy ja już pisałam, że wszystko kręci się jak na karuzeli? W tym całym zamieszaniu Ebi stara się dbać o swoje drogie buty i dostaje furii, kiedy zdarzy mu się zapomnieć teczki z przyborami do ich pastowania.

Książka pełna jest smaczków z rozmaitych dziedzin i erudycyjnym popisem, który tak sobie u Krajewskiego cenię. Tak samo, jak równowagę między chęcią odmalowania wyrazistego obrazu a dobrym smakiem, gdzie brutalność jest przekonująca, ale nie przeraża ani nie obrzydza.

Dobra zabawa z dobrą puentą.

Tytuł: „Mock. Ludzkie zoo”

Autor: Marek Krajewski

Wydawnictwo Znak

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...